Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kasia Smutniak: Zrzucam maskę, jestem sobą

We Włoszech ma status gwiazdy. Mimo to ucieka od czerwonych dywanów i błysku fleszy. Dla niej najważniejsza jest rodzina. „Życie wystawiało mnie na różne próby, które udało mi się przetrwać i które mnie wzmocniły. Dziś mogę o sobie powiedzieć, że jestem silną kobietą”, mówi.

Piazza Verbano, malowniczy placyk w północnym Rzymie. Serce dzielnicy Trieste, do której nie docierają turyści. Jest środek zimy, ale świeci słońce, a na drzewkach pomarańczowych rosną owoce. W kawiarni Amelie unosi się zapach świeżo zmielonej kawy, na zewnątrz, przy kilku stolikach, siedzą "lokalsi" i czytają gazety. Czas płynie tu leniwie, nikt się nie spieszy. Kiedy wchodzi Kasia Smutniak, kelnerka wita ją serdecznie. Aktorka mieszka tuż obok i tutaj jest zwykłą dziewczyną z sąsiedztwa, chociaż we Włoszech znają i kochają ją wszyscy. Dowód? Jest jedyną nie-Włoszką, która poprowadziła festiwal filmowy w Wenecji. Najpierw sławę zyskała jako modelka, potem podbiła kino. Wyszła za mąż za gwiazdora reality show i aktora Pietra Taricone. Stali się włoskim power couple. Kiedy siedem lat temu Taricone zginął podczas skoku ze spadochronem, Kasia Smutniak wycofała się z życia publicznego i poświęciła wychowywaniu córki. Gdy wróciła do zawodu, znalazła szczęście u boku producenta filmowego Domenico Procacciego.

Reklama

O Pietro nie zapomniała, założyła fundację jego imienia i właśnie skończyła budować szkołę w Nepalu, gdzie po raz pierwszy pojechali razem. Jak o niej opowiada, świecą jej się oczy. O żadnej roli nie mówi z taką pasją. Kiedy się z nią spotykam, ma na sobie luźną męską marynarkę, prostą czarną bluzkę i szerokie spodnie. Włosy ciasno związała w kucyk. Na twarzy nie widać nawet śladu makijażu. Kasia ma w sobie młodzieńczy urok i zachwyca nie mniej niż w błysku fleszy na czerwonym dywanie. Subtelną urodą przypomina Audrey Hepburn, chociaż częściej bywa porównywana do innej wielkiej aktorki.

Polska Monica Bellucci - tak o tobie mówią. Trudno we Włoszech o większy komplement.

Kasia Smutniak: (długa cisza, Kasia wygląda na speszoną) Ktoś tak kiedyś napisał, a teraz wszyscy powtarzają. Oczywiście miło jest być porównaną do pięknej kobiety, ale Bellucci reprezentuje odmienny typ kobiecości. Ona ma niesamowitą klasę...

Tobie też nie można jej odmówić.

- Mnie bliżej do chłopczycy. Nie przejmuję się choćby tym, czy siadam lub poruszam się jak dama. A Monica jest zawsze doskonała. Myślę, że ona nawet po domu nie chodzi w kapciach (śmiech). To ikona seksapilu. Ma w sobie kipiącą zmysłowość i subtelność jednocześnie. Ale imponuje mi nie tyle urodą, co inteligencją. Świetnie potrafiła poprowadzić swoją karierę. Przekroczyła pięćdziesiątkę, a wciąż gra role femme fatale. W epizodzie, który miała w ostatnim "Jamesie Bondzie" ("Spectre", reż. Sam Mendes - red.), jest zabójczo uwodzicielska. Spodobało mi się coś, co kiedyś powiedziała: "Kobieta w pewnym wieku musi wybrać: albo twarz, albo tyłek".

Dosadne, ale w punkt.

- Prawda? Zabawne i jednocześnie boleśnie prawdziwe. Dzisiaj nawet nastoletnie modelki są poprawiane w Photoshopie, przez co tworzy się obraz kobiety perfekcyjnej, która w rzeczywistości nie istnieje. Żyjemy w czasach selfie, mamy obsesję na punkcie wyglądu, kreujemy swój wyidealizowany wizerunek na Facebooku czy Instagramie, wrzucając kolejne przefiltrowane zdjęcia, a to paranoja... Ja staram się mieć do tego wszystkiego zdrowy stosunek. Wiadomo, że dla aktora wygląd jest ważny, jednak on nie zawsze działa na moją korzyść. Było wiele ról, o które się starałam i których nie dostałam właśnie ze względu na urodę.

- W relacjach z ludźmi fizjonomia też potrafi tworzyć barierę - atrakcyjnej kobiety dziewczyny się boją, a mężczyźni widzą w niej tylko to, co na zewnątrz. Ale nauczyłam się z tym żyć. Zdaję sobie sprawę z tego, że dziś uroda jest, a jutro może jej nie być. Poza tym teraz podobam się sobie bardziej niż dekadę czy dwie temu. Wiem już, kim jestem, nabrałam samoświadomości jako kobieta. Zaakceptowałam swoje niedoskonałości i mam do siebie dystans. Trochę tak jak Bellucci, która nic sobie nie robi ze swoich krągłości. Stworzyła z nich znak rozpoznawczy, wręcz markę. Poznałam ją kiedyś i zaskoczyła mnie tym, że potrafi żartować z samej siebie. Chociażby ze swojego akcentu. Pochodzi z małej miejscowości w Toskanii i mówi w specyficzny, "prowincjonalny" sposób. Rzymianie się z tego śmieją, a ona śmieje się razem z nimi.

A ty czujesz się już Włoszką czy jeszcze Polką?

- Zawsze stanowczo odpowiadałam, że jestem Polką we Włoszech. Ale ostatnio coraz częściej się nad tym zastanawiam. Mieszkam w Rzymie od lat, moje dzieci są tutaj. Jednak wciąż nie czuję się Włoszką...

Tęsknisz za krajem?

- Tęsknię. Dlatego dzieci staram się uczyć polskich zwyczajów. W domu musi być Wielkanoc i Wigilia, gotuję wtedy nasze tradycyjne dania. Uważam, że w Polsce nawet kawa i pizza są lepsze. Moja córka, kiedy ma jakiś sekret i chce, żebym tylko ja ją zrozumiała, mówi do mnie po polsku. A z drugiej strony od mojego wyjazdu minęło szesnaście lat i wiele się przez ten czas wydarzyło. Momentami mój kraj jest dla mnie nie do poznania...

Nie lubisz zmian?

- W Rzymie nic się nie dzieje. Jeśli spotkamy się za dziesięć lat na tym samym placu, to ten bar dalej będzie tu stał, będą w nim pracowali ci sami ludzie. Nawet prace drogowe zapewne utkną w martwym punkcie, a w ulicy będą wciąż te same niezałatane dziury. Z jednej strony to wkurza, a z drugiej jest fajne, bo daje poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. We Włoszech czas płynie powoli, a w Polsce wszystko pędzi. Kiedy tu przyjeżdżam i kupuję gazetę, to nie wiem, kim są ci wszyscy ludzie, o których czytam. Poprzednim razem jeszcze ich nie było, a zaraz będą nowi. Ja się w tym gubię.

W rodzinnej Pile jesteś traktowana jak światowa gwiazda?

- Absolutnie nie. Tam nikt nie zwraca na mnie uwagi. Tylko raz, i to wiele lat temu, pojawił się w moim mieście paparazzo. Wyszłam przed dom, patrzę, a tam jakiś facet robi zdjęcia. Przez chwilę myślałam, że fotografuje budynek za moimi plecami, bo do głowy mi nie przyszło, że chodzi mu o mnie.

Nasi reżyserzy nie próbują cię zatrudniać do swoich filmów?

- Jeśli nie byłam zajęta pracą na innym planie, to nie dostawałam ciekawych propozycji. A kiedy przyszły, to akurat nie miałam czasu. Zagranie w filmie to połączenie wielu elementów, a dla mnie wyjazd do Polski to praca za granicą, z dala od rodziny i dzieci.

Ostatnio mogliśmy oglądać "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" z twoim udziałem. Produkcję Paola Genovese zobaczyło we Włoszech 2,5 mln osób, dostała nagrodę David di Donatello, czyli włoski odpowiednik Oscara. Trudno o większy sukces komercyjny.

- Zjechaliśmy z tym filmem pół świata i wszędzie był tak samo dobrze odbierany. Powstanie nawet kilka remake’ów, m.in. w Wietnamie i Indiach, których jestem bardzo ciekawa. Cieszę się tym zainteresowaniem, ale to nie jest jedna z tych produkcji, które stanowią punkt zwrotny w moim życiu. Moim osobistym wyznacznikiem sukcesu nie jest to, ile osób ją zobaczyło, tylko czy ja jestem z niej i z siebie dumna. A im trudniejsza rola, tym ważniejsza. Pierwszym momentem przełomowym było dla mnie "Nelle tue mani" Petera Del Monte (premiera w 2007 r. - red.).

- Grałam tam matkę, która sobie nie radzi z życiem, i to było dla mnie spore wyzwanie. Tym większe, że sama byłam młodym rodzicem, moja córka miała wtedy roczek. Dzięki temu filmowi zrozumiałam, w jakim kinie chcę występować. I zaczęłam szukać ról, których się boję. Bohaterek zupełnie innych niż ja, z którymi nie wiem, jak sobie poradzić. Na szczęście nigdy nie było filmu, który momentalnie wywindowałby mnie do pozycji gwiazdy. Do wszystkiego musiałam dochodzić małymi kroczkami. Uważam, że nagły sukces to dla aktora nieszczęście, bo najpierw trudno sobie z nim poradzić, a potem jeszcze trudniej go zatrzymać.

W "Dobrze się kłamie..." twoja bohaterka podczas kolacji z przyjaciółmi wymyśla ryzykowną grę: wszyscy kładą na stół swoje telefony komórkowe i od tej chwili to, co się dzieje - każda rozmowa i SMS - stają się publiczne. Zagrałabyś w coś takiego?

- Czemu nie? Uważam, że prawda jest oczyszczająca. Zrobiłam sobie nawet takie postanowienie noworoczne: będę szczera do bólu. Nie zawsze mi to wychodzi, ale się staram. A jakie będą konsekwencje tej brutalnej szczerości? Zobaczymy, może jak porozmawiamy pod koniec roku, to będę samotna jak palec (śmiech).

A prawda o innych? Myślisz, że zawsze warto ją znać?

- Jeszcze rok temu powiedziałabym, że nie. A teraz jestem gotowa przyjąć wszystko. Położyć na stół telefony i dowiedzieć się o swoich bliskich oraz przyjaciołach "najgorszych" rzeczy. Nie chcę już tracić czasu na relacje, które nie są prawdziwe.

Czyli nie masz w swojej komórce wstydliwych sekretów?

- Sekretów nie. Ale jeśli ktoś wziąłby do ręki mój telefon, to znalazłby kilka rzeczy, które wprawiłyby mnie w zakłopotanie. Jakieś notatki, głupie zdjęcia. Telefony to takie "czarne skrzynki", trzymamy tam wszystko, ale czy to jest prawda o nas? Ja jestem z pokolenia, które
wychowywało się bez komórki, i walczę z jej wpływem na moje życie. Nie chcę, żeby jakieś urządzenie miało kontrolę nade mną. Cenię sobie prywatność, nie mam potrzeby być wiecznie dostępna. W moim domu pod Rzymem, gdzie spędzam sporo czasu, nie ma zasięgu, i bardzo mi z tym dobrze. Od SMS-a wolę rozmowę w cztery oczy. Nie rozumiem ludzi, którzy zamiast prawdziwych relacji międzyludzkich wybierają wirtualną rzeczywistość i social media. Ja nie mam konta na Facebooku, Instagramie czy Snapchacie i często słyszę pełne zdziwienia pytanie: "Jak możesz nie interesować się tym, co dzieje się w social mediach?". Po prostu mogę.

Siedem lat temu zagrałaś u boku Johna Travolty w "Pozdrowieniach z Paryża" Pierre’a Morela. Film był hitem, drzwi do Hollywood stały przed tobą otworem. Nie chciałaś robić kariery za oceanem?

- Praca nigdy nie była dla mnie priorytetem. To dzieci i rodzina nimi są. W Stanach, mam wrażenie, jestem obca. Mogę tam pojechać maksymalnie na kilka miesięcy. Potem ciągnie mnie do domu. W europejskim kinie podoba mi się to, że jest kameralne - mam bliski kontakt z reżyserem i całą ekipą, od oświetleniowca po makijażystkę. A plan filmowy w Los Angeles to wielka bezosobowa machina. Biznes, w którym liczy się jedynie zysk. Wszystko jest niesamowicie profesjonalne, jednak ja wolę inny styl pracy. Wybrałam więc spokojne życie we Włoszech.

O rolę Caroline zabiegało wtedy wiele znanych aktorek. Spodziewałaś się, że wygrasz ten casting?

- Ani trochę. Byłam nawet bliska, żeby z niego zrezygnować. Brałam udział w wielu przesłuchaniach do międzynarodowych produkcji i za każdym razem rolę ostatecznie dostawała jakaś wielka gwiazda. Wcale nie chciało mi się lecieć do Paryża na kolejne, które miało skończyć się porażką. Pomyślałam: nie nastawiam budzika, jeśli rano nie obudzę się na czas, to nie polecę. Ale obudziłam się i nie było wyjścia, musiałam jechać na lotnisko. Tekstu uczyłam się dopiero w samolocie. Dlatego kiedy po castingu zadzwonił telefon i usłyszałam: "Kasia, wzięli cię do filmu", to nie mogłam uwierzyć.

Ponad dwa lata temu urodziłaś syna Leone. Chłopca wychowuje się inaczej niż dziewczynkę?

- Inaczej, ale z innego powodu. Minęło dwanaście lat, odkąd po raz pierwszy zostałam mamą, i dzisiaj jestem inną osobą. Trochę przeżyłam i te doświadczenia, nie zawsze łatwe, bardzo mnie zmieniły. Nie jestem już Kasią, która ma dwadzieścia parę lat i dopiero wchodzi w życie. Wtedy moje macierzyństwo było bardziej na luzie. Wszędzie z małą jeździłam i niczym się nie przejmowałam. A teraz? Zaplanowane godziny spania, jedzenia. Jak w zegarku.

A ja myślałam, że to za drugim razem matki są bardziej wyluzowane...

- Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, najpierw ogarnęła mnie panika, bo przez wszystkie te lata zupełnie zapomniałam "instrukcji obsługi" małego dziecka. Nie wiedziałam, co mam robić i czy sobie poradzę. Jednak dałam radę. Paradoksalnie okazało się, że macierzyństwo po trzydziestce jest łatwiejsze. Gdy w 2004 roku urodziłam Sophie, nie mogłam doczekać się momentu, kiedy ją odchowam i odzyskam trochę wolności. Jedyne, o czym wtedy marzyłam, to wyjść z domu, pobyć z dala od pieluch.

- Jak masz dwadzieścia kilka lat i twoi znajomi wybierają się na pizzę, to chcesz iść z nimi. Bierzesz więc dzieciaka i siedzisz w tej pizzerii do północy. Wszyscy na ciebie patrzą i mówią: "Biedne dziecko", a ty się bronisz: "Jakie biedne? Jest ze mną, więc jest szczęśliwe". Pamiętam, jak nie mogłam złożyć wózka, żeby wepchnąć go do bagażnika samochodu, i myślałam, niemal płacząc: Boże, moje życie się skończyło. Ale minęło trochę czasu i zrozumiałam, że moje życie wcale się nie skończyło. Po prostu zaczęło się inne.

Teraz nie chcesz już uciekać z domu?

- Teraz nie mam wózka (śmiech). A tak na poważnie, to celebruję każdą chwilę z moim synem. Nawet wstawanie do niego w środku nocy, gdy płacze. Bo wiem, jak szybko to się skończy.

Leone to mężczyzna twojego życia?

- Zdecydowanie. Jestem w nim zakochana po uszy. Przy synu nie potrafię być zasadniczą mamą. Próbuję, ale zazwyczaj mi nie wychodzi, bo ten mały człowiek już teraz potrafi mną manipulować.

Wróciłaś do pracy, kiedy miał cztery miesiące. Nie za szybko?

- Nie, bo syn zawsze był ze mną. W filmie "Limbo" (reż. Lucio Pellegrini - red.) grałam żołnierkę, a akcja toczyła się w Afganistanie, więc kostiumografowie zrobili małemu miniaturową kefiję (tradycyjne arabskie nakrycie głowy - red.), w której wyglądał uroczo. W czasie przerw w zdjęciach zrzucałam mundur, odkładałam karabin i brałam go na ręce.

Część zdjęć powstawała na poligonie i wtedy Leone musiał zostawać w domu. Nie miałaś wyrzutów sumienia, że zostawiasz takie małe dziecko?

- Bardziej przeżywałam rozstania z córką. Teraz uważam, że jestem szczęściarą, bo mogę swoim dzieciom poświęcić znacznie więcej czasu i uwagi niż kobieta, która jest w biurze od dziewiątej do siedemnastej i potem wraca zmęczona. Ja pracuję intensywnie przez dwa miesiące, ale kolejne trzy mam całe dla rodziny. I wtedy jestem dla niej w stu procentach. Nie wiszę na telefonie, nie wysyłam maili, nie zajmuję się innymi sprawami.

Dziecko to test dla związku?

- Nie tyle dla związku, co dla nas samych. Razem i osobno. Nagle wszystko się zmienia. Nie potrafię powiedzieć, czy na lepsze, czy na gorsze, po prostu jest inaczej. Priorytety się przewartościowują. Wszystko to, co wiedziałaś i myślałaś, że wiesz, nagle przestaje mieć rację bytu i musisz budować swoje postrzeganie świata od nowa. Fajnie jest, jeśli partnerzy potrafią budować razem.

Dla kobiety ten świat zmienia się bardziej niż dla mężczyzny?

- Nie zawsze. Mówi się, że mężczyźni później zaczynają czuć miłość do dziecka i więź z nim, ale to stereotyp. Dawniej rola ojca sprowadzała się do tego, że przychodził do domu, całował potomka w czoło i wychodził, a wszystkie obowiązki związane z wychowaniem spoczywały na kobiecie. Widok mężczyzny, który sam szedł ze swoim synem na spacer do parku, był co najmniej dziwny. Teraz to się zmieniło. Znam takich facetów, którzy są bardziej matkami niż same matki.

A jednak Włochy to wciąż mocno patriarchalne społeczeństwo. Polska też.

- Rzeczywiście kobietom wciąż jest trudniej. Musimy pogodzić role matek z byciem idealnymi pracownicami, partnerkami i kochankami, na dodatek pięknymi, inteligentnymi i zabawnymi, z którymi przyjemnie spędza się czas. Mamy być jak Wonder Woman, niezłomne wojowniczki i superbohaterki dnia codziennego. To ogromna presja, od której można zwariować.

A ty jesteś taką Wonder Woman?

- Raczej jestem jak ośmiornica. Ogarniam swoimi mackami mnóstwo rzeczy naraz. Taki wzorzec wyniosłam z domu, w którym kobiety pracowały i jednocześnie zajmowały się dziećmi, świetnie gotowały, miały idealnie posprzątane itp. Ale potrafię też odpuścić, ta umiejętność przyszła z wiekiem. Wiem już, kiedy należy się spiąć, a kiedy nie warto. Zrozumiałam, że nie w każdej dziedzinie muszę być idealna.

Ale jak swego rodzaju superbohaterka ratujesz świat. Zbudowałaś  szkołę w Nepalu, w rejonie Mustang. Jak tam trafiłaś?

- To było już piętnaście lat temu. Mój mąż Pietro pewnego dnia wrócił z szalonym pomysłem i oznajmił: "Jedziemy do Mustangu!". Nie wiem, skąd mu to przyszło do głowy, ale miał w sobie ciekawość i entuzjazm dziecka, i jak coś postanowił, to musiał to natychmiast zrealizować. A ja byłam młoda i po uszy zakochana, więc bez zastanowienia zaczęłam pakować walizki - byłam gotowa wyruszyć w nieznane (śmiech). Nie przeszkadzało mi to, że Mustang kojarzył mi się wyłącznie z marką sportowego samochodu lub rasą koni w Ameryce. Nic nie wiedziałam o tym miejscu, ale mało kto wiedział, bo do 1994 roku był to region zamknięty dla turystów. Tylko raz, w latach 60., udało się tam przedostać pewnemu irlandzkiemu geologowi. Położony wysoko w Himalajach, odcięty od świata, do 2008 roku był niezależnym Królestwem Lo, a potem został wcielony do Nepalu, choć kulturowo bliżej mu do sąsiedniego Tybetu.

- I tak my, ludzie z uporządkowanego świata Zachodu, trafiliśmy do miejsca poza cywilizacją, w którym nie było nawet dróg, a przemieszczać się można było jedynie pieszo lub konno. To była lawina nieznanych mi wcześniej doznań i emocji. Na miejscu poznaliśmy Tenzyna, wówczas dziewiętnastoletniego chłopaka, który dopiero co ożenił się ze starszą od niego Pemą. Chociaż sami byli ubodzy, gościli nas w swoim domu, niczego w zamian nie oczekując, nawet jednego centa. Pema została wtedy moją duchową siostrą i z obojgiem przyjaźnię się do dziś. Mieliśmy zostać w Mustangu tylko tydzień, ale straciliśmy poczucie czasu i tydzień zamienił się w miesiąc.

Wróciliście tam potem?

- Kiedy wyjeżdżaliśmy, Pietro powtarzał, że musimy coś zrobić dla naszych przyjaciół i kultury ich regionu. Pomóc im w tym, żeby ta kultura nie zniknęła. Uważał, że jako osoby uprzywilejowane jesteśmy im to winni. Obiecaliśmy sobie, że szybko tam wrócimy. Ale życie potoczyło się inaczej i z mężem nigdy już do Mustangu nie pojechałam. Zaszłam w ciążę, urodziłam córkę, a Mustang, w którym nie było elektryczności ani bieżącej wody, nie wydawał się odpowiednim miejscem dla małego dziecka. Parę tygodni po śmierci Pietra Tenzyn odprawił w swojej wiosce pudźę (modlitwa chóralna mnichów tybetańskich - red.) za duszę mojego męża, a potem szedł przez kilka godzin do najbliższego miasta, żeby do mnie zadzwonić.

- Zrozumiałam, że nadszedł czas, aby tam wrócić. Wtedy założyłam fundację imienia Pietra Taricone. Wybrałam się do Mustangu i długo zastanawiałam się, od czego zacząć w miejscu, gdzie potrzebne jest wszystko. Aż w końcu postanowiłam, że wybuduję szkołę. Zajęło mi to cztery lata, ale w zeszłym roku w lipcu w końcu ją otworzyłam. Dzień przed ceremonią mnisi odprawili modlitwę - przez kilka godzin usypywali mandalę z kolorowego piasku, którą wieczorem zniszczyli - a potem odbyły się tańce i śpiewy. Pojechałam tam razem z córką oraz partnerem i dla nas wszystkich było to niesamowite przeżycie. Przez te wszystkie lata miałam kilka kryzysów, ale kiedy zobaczyłam dzieciaki siedzące w ławkach, wszystko nabrało sensu.

Cztery lata to rzeczywiście długo...

- Budowa była trudnym przedsięwzięciem. W Mustangu nie ma dróg, wszystkie materiały musiały być transportowane rzeką. I to nie łodzią, ale traktorami i ciężarówkami jadącymi po dnie. A w ten sposób można jeździć tylko przez trzy miesiące w roku, bo klimat nie pozwala na więcej. W Himalajach zimą wszystko zamiera. Wiedziałam, że w tym czasie pojawią się trudniejsze momenty, ale myślałam, że jestem na nie psychicznie gotowa.

Córka jeździła do Mustangu razem z tobą?

- Oczywiście, bo to nie jest miejsce, do którego przybywam z krótką wizytą. Bywały lata, że spędzałam tam więcej miesięcy w roku niż w Rzymie. To mój drugi dom. Mam tam znajomych, mówię w ich języku. Dla tych ludzi nie jestem znaną aktorką, tylko Kasią. Tą ze szkoły. Ale w ubiegłym roku, kiedy po trzęsieniu ziemi nie było tam zbyt bezpiecznie, córka nie mogła ze mną jeździć. Ciężko przeżywałam te momenty rozłąki. Byłam sama na końcu świata, lecz wiedziałam, że dobra energia kiedyś do mnie wróci.

Ten drugi dom jakoś cię zmienił?

- Sprowadza mnie na ziemię i przypomina, co w życiu jest naprawdę ważne. Poznałam tam ludzi, którzy nie mają nic, ale dadzą ci wszystko. Od nich nauczyłam się, że to najpiękniejsze jest jednocześnie najprostsze. Proste wartości, proste przyjemności. W naszym świecie zbyt często się o tym zapomina, wciąż chce się więcej i więcej.

Zderzenie tych dwóch światów bywa drastyczne?

- W pierwszych latach tak było. Potem zrozumiałam, że nieważne, gdzie jesteś, tylko kim jesteś. Nauczyłam się być sobą niezależnie od sytuacji, nie wkładam już masek.

Od pomagania można się uzależnić?

- Można. I wcale nie trzeba jechać na drugi koniec świata, żeby coś zrobić. Kiedy w 2015 roku Nepal dotknęło trzęsienie ziemi, to pomoc humanitarną organizowałam z Rzymu: filtry do wody, namioty, środki pierwszej pomocy dla ponad dwóch tysięcy osób. Byłam zabiegana, zawodowo miałam gorący okres, jednak w skrajnych sytuacjach zawsze znajdzie się czas. Chciałabym robić jeszcze więcej. Gdy widzę, w jak tragicznym położeniu są imigranci przedostający się do Włoch, serce mnie boli. Ale wiem, że aby wykonywać coś dobrze, muszę skupić się na jednej rzeczy. Skończyć to, co zaczęłam, zanim zaangażuję się w kolejny projekt.

Budujesz, masz licencję pilota, od rozmów o sukienkach wolisz motocykle. To nietypowe zainteresowania dla kobiety.

- O ciuchach też mogę rozmawiać, ale mniej mnie to interesuje (śmiech). Zawsze ciągnęło mnie do przygody, lubię adrenalinę. Może dlatego lepiej dogaduję się z mężczyznami. Dla nich nie ma znaczenia, czy masz dobrze ułożoną fryzurę, co dzisiaj na siebie włożyłaś i czy kolor torebki pasuje ci do butów. To my, kobiety, cały czas nawzajem się oceniamy. Jesteśmy bardziej skomplikowane, a ja wolę prosty, męski punkt widzenia. Konkret, nie abstrakcję.

Lubisz przecież kobiece atrybuty, takie jak biżuteria. Właśnie zostałaś ambasadorką znanej polskiej marki…

- Rzeczywiście, mam słabość do ozdób, jednak zazwyczaj zakładam je tylko na wyjątkowe okazje. W moim zawodzie noszenie biżuterii często okazuje się niepraktyczne. Jeśli przez dwa miesiące jestem na planie filmu, a moja bohaterka nie nosi kolczyków, to ja też ich nie noszę. Kiedyś zdejmowałam biżuterię tuż przed wejściem na plan ale kończyło się to tym, że upychałam ją po kątach w hotelowym  pokoju, zapominałam o niej, a potem musiałam po nią wracać. Najbardziej lubię ozdoby z historią, babcine pierścionki i wisiorki. Mam kilka takich, które mają dla mnie sentymentalną wartość. A jeśli kupuję coś nowego, stawiam na prostotę. Złoto w dzień, srebro na wieczorne wyjścia.

Czemu zdecydowałaś się na współpracę z Apartem?

- Kiedy dostałam tę propozycję, byłam bardzo szczęśliwa. Apart zawsze kojarzył mi się z dobrym gustem, ponadczasową elegancją, silnymi kobietami i z Polską! Oznaczał ponowne spotkanie z fotografem Marcinem Tyszką, jedną z niewielu osób, z którymi współpracowałam w kraju. Znamy się od lat. Zdjęcia powstawały w Rzymie, w pięknych miejscach, trwały dwa dni. Trochę dziwnie było pracować z polską ekipą na ulicach, które tak dobrze znam (śmiech). Przyjechały również Anja Rubik, Kasia Sokołowska oraz Małgosia Socha i razem nakręciłyśmy reklamę. Była wspaniała pogoda, wesoły nastrój, czarujące kreacje i przepiękne diamenty!

Lubisz podobać się innym?

- Fizycznie? Nie szukam tego rodzaju zainteresowania. Jedyne oczy, w których chcę widzieć podziw, to oczy mojego partnera. Jemu mam się podobać, innym nie muszę. Jeśli kiedykolwiek zaczęłabym tej aprobaty oczekiwać od obcych mężczyzn, to byłby dla mnie znak, że powinnam zmienić partnera.

A czym mężczyzna może ci zaimponować?

- Pewnością siebie. Facet powinien wiedzieć, do czego dąży i czego chce. A o to wcale nie jest łatwo. Coraz więcej jest maminsynków, których ktoś musi prowadzić za rękę.

Lubisz siebie?

- Tak. Bo uczę się na błędach i potrafię zdobyć na samokrytykę. Dziś mogę już o sobie powiedzieć, że jestem silną kobietą. Życie wystawiło mnie na różne próby, które udało mi się przetrwać i które mnie wzmocniły. Sporo tej siły zawdzięczam też macierzyństwu. Czuję się zrealizowaną babką, prawdziwą szczęściarą. Generalnie jestem z siebie dumna (śmiech).

Bardzo się różnisz od dwudziestotrzyletniej Kasi, która zagrała w „Hakerze” Janusza Zaorskiego, po czym wyjechała podbijać świat?

- Bardzo. Nie chciałabym znów mieć dwudziestu lat. Tyle stresu, presji i oczekiwań… A jednocześnie gdybym mogła cofnąć czas, niczego bym nie zmieniła. Nie myślę o tym, co było, nie zastanawiam się, co przyniesie jutro. Nauczyłam się żyć tu i teraz, i to jest chyba najcenniejsza lekcja, jaką odebrałam.

Iga Nyc

PANI 4/2017

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Dowiedz się więcej na temat: Kasia Smutniak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje