Przejdź na stronę główną Interia.pl

Joanna Racewicz: Czas na nową mnie

​Dzisiaj odkrywam, co znaczy normalne życie, i daję sobie zgodę na szczęście - mówi z uśmiechem Joanna Racewicz.

Uwielbia podróże. Bo to najlepszy sposób poznawania ludzi i nabierania dystansu do siebie i własnego małego świata. Ostatnio wybrała się na Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych. - Dwa tygodnie oderwania się od codzienności. Odpoczynek, spokój, inspiracja. Gigantyczne wrażenie zrobił na mnie Wielki Kanion. Nigdy nie czułam się takim okruchem jak tam. Chciałabym jeszcze raz odwiedzić to miejsce, ale z synem - mówi. Zazwyczaj podróżuje z Igorem, ale tym razem zrobiła wyjątek. Nie chciała, żeby opuścił lekcje. - Czwarta klasa to ważny moment - tłumaczy. W Ameryce zaskoczyły ją paradoksy, które można zobaczyć na każdym kroku. - Dzielnice San Francisco, gdzie finansiści w supereleganckich garniturach mijają bezdomnych, którzy śpią na ulicach. Poruszające. To, że można wyjść w piżamie do sklepu i nikogo to nie zainteresuje. Czujesz, że jest to wolny kraj - możesz robić, co chcesz. Oczywiście, jest kilka stanów, w których jest inaczej, ale w Kalifornii oddycha się swobodą. W Polsce nie mamy przyzwolenia na różnorodność, na odmienność. Nie dajemy jej ani sobie, ani innym. No i nie usłyszymy z rana tylu miłych słów od nieznajomych co tam - przyznaje z uśmiechem. Jej życie się harmonizuje, a ona wydaje się uwolniona od skutków traumy po stracie męża Pawła Janeczka, oficera Biura Ochrony Rządu, który zginął w katastrofie w Smoleńsku. I choć przy wigilijnym stole, jak od siedmiu lat, znowu pozostanie puste miejsce, to chyba będzie już mniej smutku. Wigilię spędzi w domu rodzinnym, a potem święta z przyjaciółmi - rodziną z wyboru. 

Karmię dobrego wilka

Reklama

Wszystko, co się w jej życiu wydarzyło, stało się pretekstem do zatrzymania się w biegu i przyjrzenia się sobie. - Podobnie jak dzieje się to w przypadku osób, które nagle stopuje niepokojąca diagnoza. Wtedy wszystko wydaje się inne. Doczesność przestaje być taka istotna, praca taka absolutnie ważna. Okazuje się, że jak czegoś nie zobaczę, gdzieś nie będę, to świat się nie zawali. I nie stanę się przez to uboższa. Mogę zyskać to, co ważniejsze. Uśmiech kogoś bliskiego, potrzymanie za rękę, porozmawianie o życiu, pomyślenie o sobie. 

Zweryfikowała wiele spraw w swoim życiu. Znajomości, przekonania, wyobrażenia. - Mam chyba intuicję w relacjach z ludźmi, ale zdarza mi się pomylić. Straciłam kogoś, kogo uważałam za bliską przyjaciółkę, bo okazało się, że w tym trudnym momencie zawiodła moje zaufanie. Brak lojalności uważam za niewybaczalny - mówi i przyznaje, że ciężko przeżywa takie zawody. Ale pojawiają się w jej życiu nowi ludzie. - Najbardziej się cieszę, że jestem dla nich po prostu Joasią - opowiada dziennikarka. Jedną z nich jest malarka Joanna Sarapata. Spotkały się podczas wywiadu dla TVP Polonia.

- Tak mi się spodobała ta Joasia, tyle miała w sobie ciepła. Zostawiłam dla niej w studiu pomalowaną przeze mnie chustę. Nawet nie zawracałam jej głowy, tylko poprosiłam kogoś, żeby ją przekazał tej miłej blondynce. Potem znowu się spotkałyśmy i nieoczekiwanie rozwinęła się z tego taka ładna znajomość - wyjaśnia Joanna Sarapata. - Takie nowe znajomości są jej teraz potrzebne. Jest w niej coś takiego, co sprawia, że chciałabym się nią opiekować. Może kruchość, wrażliwość. Myślę, że szuka sposobu, żeby znaleźć spokój i zrozumieć, co jest dla niej dobre. Jest osobą pełną chęci życia, ale trzymaną na smyczy przez media i, niestety, politykę. Cudze wyobrażenia o tym, jak powinna się zachowywać w żałobie, sprawiały, że się dystansowała, chowała za niedostępnością i w ten sposób chroniła. 

Joanna Racewicz przyznaje: - Długo mogłam być postrzegana jako osoba smutna. Dzisiaj chcę się otworzyć na nową mnie. Doświadczoną, ale wstającą z kolan - uśmiecha się i zaznacza, że widzi zmianę w sposobie, w jaki traktują ją dawni znajomi i ci nowo poznani. - Przestają się mnie obawiać. Co mnie cieszy. Własne przeżycia sprawiły, że odczuwa wspólnotę z osobami, które przetrwały trudne doświadczenia. Wie dokładnie, co czuje człowiek w sytuacji kryzysowej, wychodzący z traumy, dlatego właśnie takie wywiady publikuje w PANI i prowadzi spotkania motywacyjne dotyczące m.in. radzenia sobie w ciężkich sytuacjach. - Rozmowy o dramatycznych przeżyciach są niełatwe. Ale mam nadzieję, że moje zrozumienie emocji pomaga. Może mam jakieś specjalne uprawnienia? W końcu żaden podręcznik nie będzie tak wiarygodny jak osoba, która sama przeżyła tragedię, a teraz potrafi cieszyć się życiem i sobie radzi - dodaje. 

Właśnie wspólnota doświadczeń sprawiła, że zaprzyjaźniła się z Anną Kalitą, żoną zmarłego na raka polityka Tomasza Kality. - Asia odezwała się do mnie po śmierci Tomka. Spotkałyśmy się, siedziałam u niej w domu z herbatą na kanapie i było tak, jakbyśmy się znały od zawsze. Miałam poczucie totalnego zrozumienia. Była dla mnie w tamtym momencie jak opatrzność. Niczego nie musiałam tłumaczyć. Wszystko wiedziała. Mówi się, że właśnie w najtrudniejszych chwilach często traci się przyjaciół. Ja zyskałam - opowiada Anna Kalita i zaznacza: - Widzę w niej ogromną siłę. Co daje mi nadzieję, że i ja kiedyś stanę na nogi. 

Jedną z osób, z którą Joanna Racewicz przyjaźni się niemal od zawsze, jest fryzjer Leszek Czajka. - Nie wiem, czy wypada tak mówić o pięknej kobiecie, że znamy się naprawdę bardzo długo. Zaczęło się od relacji fryzjer - klientka, ale wydarzyło się coś magicznego i to trwa do dzisiaj. Dwadzieścia lat przyjaźni w interesownym środowisku show-biznesu to jest coś. Jesteśmy w bliskim kontakcie. Jednak nie słodzimy sobie nieustannie do słuchawki. Rozumiemy się i wspieramy. Kiedyś nasza znajomość miała bardziej rozrywkowy charakter, ale dzisiaj jesteśmy bardziej dorośli, skupieni na ważniejszych sprawach - mówi Leszek Czajka i przyznaje, że w czasie żałoby Joanna Racewicz trochę się wycofała. - Była smutna, co zrozumiałe. Czekałem. Cały czas byłem gotowy, jeśli okazałoby się, że do czegoś mogę być jej potrzebny. Jednak nie chciałem być natarczywy, bo Joasia jest osobą delikatną. Wiedziałem, że musi minąć czas. Teraz widzę, że wraca do siebie, do Joasi, jaką znałem przed tymi dramatycznymi wydarzeniami. 

Jak sobie pomaga? - Wiele dał mi wyjazd na sześciodniowy detoks. A tam codzienna medytacja bez jedzenia. Tylko zioła, woda i oliwa z cytryną. Wróciłam kompletnie odmieniona. Choć nie była to klasyczna psychoterapia, zadziałała podobnie. Uświadomiłam sobie, że jesteśmy niewiarygodnie doskonale i spójnie działającymi instrumentami, boską maszynerią. Konstruuje cię to, co jesz. A to, co i jak myślisz, definiuje twoje życie. Przyciągasz to, co dobre, i to, co złe, w zależności od tego, o czym myślisz. Jest taka przypowieść o starym Indianinie, który opowiada wnukowi o dwóch wilkach, które mieszkają w człowieku. Dobrym i złym. Który wygrywa? Zawsze ten, którego karmisz. Postanowiłam tego złego, rozumianego tak- że jako strach przed złymi sprawami, nie dokarmiać. Próbuję podrzucać dobre kąski temu, który mówi: dasz radę, możesz, potrafisz, to nie jest koniec świata, to jest początek czegoś nowego. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś... - milknie i zastanawia się przez chwilę. - Pewnie zaraz usłyszę: "Mówiłaś, że przeprowadzisz śledztwo, i co?". Moje śledztwo przeprowadziłam i nie mam sobie nic do zarzucenia. Mogę spojrzeć synowi w oczy. Powiedziałam mu: "Znalazłam twojego tatę, wiem, co się z nim stało". Chciałaby, żeby jak wyglądało jej życie? - Specjaliści od energii mówią: stwarzaj świat, w którym chciałbyś się znaleźć. Próbuję. Choć to piekielnie trudne. Fajnie byłoby znowu być szczęśliwą. Oderwać się od stygmatu, przez pryzmat którego widzą mnie inni. Na pytanie, czy jest gotowa na nowy, poważny związek, nie odpowiada od razu. - Partner nie jest dla mnie warunkiem koniecznym do szczęścia. Osobą naprawdę mi niezbędną jest teraz mój syn - mówi zdecydowanie. - Ale to nie znaczy, że postanowiłam być sama. Jeśli spotkam właściwego mężczyznę, będę wiedziała, że to ten. 

Czy w niebie jest podłoga?

Przeżycie nagłej utraty nauczyło ją, żeby niczego nie zakładać. - Planowaliśmy domek na wzgórzu z widokiem na rzekę, w Kazimierzu nad Wisłą. Także na późną spokojną i piękną starość. Nie wyszło - przyznaje. Ale dzisiaj już nie stwarza alternatywnych scenariuszy. - Nie próbuję się zastanawiać, co by było gdyby... Bo nigdy nie będę wiedzieć. Mogłam powiedzieć mojemu mężowi, żeby nie leciał do Smoleńska, bo miał wybór i się radził, co zdecydować. Ale lot do Stanów oznaczałby, że tata nie byłby na drugich urodzinach syna, a dla nas obojga syn był najważniejszy. Obecność Igora miała w najtrudniejszych momentach decydujące znaczenie. 

- Zupełnie sobie nie wyobrażam, co by było, gdyby nie on. Syn jest dla mnie jak potężna bateria życiowa. Przeprowadził mnie przez rubikon. Dzieci są mądrzejsze, niż nam się wydaje, są wrażliwsze niż my. Bardzo jest mi bliskie korczakowskie podejście do wychowania. Szacunek i założenie, że dzieci są dorosłymi zamkniętymi w małych ciałkach, czasem nieporadnych w ruchach czy wyrażaniu emocji. Ale jeśli się wsłuchamy w to, co potrafią powiedzieć, skóra cierpnie - przyznaje Joanna Racewicz. Boli ją cierpienie jej syna i innych dzieci, które doświadczyły utraty rodzica. - Córeczka bliskiej mi osoby straciła tatę, gdy miała siedem lat. Przeżywała to strasznie. Była wiosna, czas roztopów, Wisła wylewała. Stała w oknie, patrzyła na podmokły teren i mówiła: "Mamusiu, chcę, żeby ta woda przyszła i mnie zabrała. Do taty". I pamiętam, jak siedzieliśmy z siedmioletnim Igorem w Tatrach, zmęczeni po jeżdżeniu na nartach, i on nagle mnie pyta: "Mamusiu, a czy w niebie jest podłoga. Bo jak jest podłoga, to muszą być schody. Jeśli są, to można byłoby tak szybciutko zbiec, kiedy Pan Bóg by na chwilę zasnął...". 

My, dorośli, kiedy nie dajemy sobie rady z cierpieniem, mamy wiele sposobów, żeby je na chwilę odsunąć. Dzieci przeżywają wszystko bez znieczulenia - podkreśla, że opowiada o tym, nie po to, żeby epatować cierpieniem, ale żeby otworzyć innym oczy na złożoność emocjonalną. - Jesteśmy żywymi ludźmi, a nie figurami w narodowej układance i żałobie na wysokim C. Nie chcę się zastanawiać, po której stronie barierki na Krakowskim Przedmieściu jesteśmy każdego 10. dnia miesiąca. Dlatego zamierza napisać książkę dla dzieci i rodziców wspólnie z Igorem. Ma się składać z ich rozmów o emocjach, wyobraźni i ważnych doświadczeniach. Planuje też program telewizyjny dla rodziców poświęcony temu, jak przygotować dzieci na nowe, niełatwe czasy. Jak wybierać dla nich zajęcia dodatkowe, jak rozpoznawać talenty, jak wspierać w rozwoju. Sama z synem jeździ na rolkach i rowerze. Wybierają się wspólnie na przejażdżki skuterem. 

- Igor zakłada wtedy swój ulubiony niebieski kask. Latem jest czas na deskę. On to bardzo lubi, ja tylko nieśmiało próbuję - śmieje się. Jako że Igor jest zapalonym piłkarzem, razem oglądają mecze. - Dzięki niemu już zrozumiałam, co to jest spalony. Na co dzień stara się chronić syna przed nadmiarem niezrozumiałych informacji. - Kiedy następuje wzmożenie informacyjne związane ze Smoleńskiem, chowam gazety, nie włączam wiadomości. Nie chcę, żeby musiał się z tym zmagać - przyznaje. Ale pamięta, że jednym z pierwszych pełnych zdań, jakie nauczył się wypowiadać Igor, było: "Proszę nie robić zdjęć". - Powtarzałam je nieustannie, kiedy fotografowie nas nie odstępowali. Dlatego tak ważna jest dla niej obecność osób wspierających Igora. 

Jednym z najważniejszych jest Dariusz Białas, oficer BOR, przyjaciel jej zmarłego męża. - Po katastrofie miałem poczucie, że zaopiekowanie się synem przyjaciela to mój obowiązek. Igor był malutki. A że mam syna w tym samym wieku, udawało nam się organizować wspólne spędzanie czasu, m.in. treningi dżudo. Dzisiaj chłopcy trenują piłkę nożną, każdy w innym klubie. Ale bywamy razem na meczach reprezentacji - mówi Dariusz Białas. - Staram się utrzymywać kontakty z Igorem, bo czuję, że to jest mu potrzebne. Facet rośnie, fajnie na to patrzeć. Nie zastąpię mu Pawła, ale myślę, że moja obecność w jego życiu nie zaszkodzi. 

Miło na dzień dobry

Urodziła się w Hrubieszowie, małej miejscowości na krańcu Polski. Tam chodziła do szkoły. Liceum skończyła w Zamościu. Na studia wyruszyła do Warszawy. Chciała być dziennikarką, zmieniać świat, mieć wpływ. Zaczęła od stażu w Teleexpressie. - Tam się poznaliśmy - wspomina dziennikarz Maciej Orłoś. - Zaczynała swoją karierę, ale już wtedy była świetną dziennikarką. Mam jak najlepsze zdanie o jej pracy, także tej późniejszej, w Panoramie. Świetnie dawała sobie radę podczas wywiadów z gośćmi na żywo. Joanna była konkretna, zdecydowana, ale jednocześnie słuchająca. Nie przepadam za wywiadami, podczas których dziennikarz co chwilę przerywa gościowi, jakby nie interesowało go, co ten ma do powiedzenia. Joanna potrafi znaleźć równowagę między aktywnością podczas wywiadu a wysłuchaniem gościa. 

Jak to robi? - Lubię słuchać i jestem ciekawa różnych poglądów, postaw, spojrzeń na świat. Nie mam poczucia, że muszę komuś narzucać mój punkt widzenia. Rozmowa uświadamia, że możemy się różnić i że nie ma w tym nic złego. W Panoramie spędziła dużą część zawodowego życia. - Tam uczyłam się fachu, bo jak wiadomo, żadne studia, łącznie z tymi, które ukończyłam, czyli dziennikarskimi, tego zawodu nie nauczą. To było moje przedszkole, szkoła, liceum i szkoła wyższa - wspomina. Odeszła w 2005 roku i na chwilę trafiła do TVN-u, do telewizji śniadaniowej. - Dzięki spokojowi, którym zostałam tam obdarowana, urodził się długo wyczekiwany Igor - mówi. Dzisiaj zadomowiła się w innej telewizji śniadaniowej, prowadzi program "Pytanie na śniadanie" w TVP2. - Kiedyś wydawało mi się, że nie ma świata poza newsami. Pierwsze, co robiłam, to prasówka, przeglądanie tego, co pokazują inne stacje. Nie wyobrażałam sobie wakacji bez wiedzy o tym, co się dzieje na świecie. A teraz już tak nie jest. I jest mi z tym dobrze - deklaruje. 

Jednym z powodów tej zmiany nastawienia jest dzisiejsza sytuacja w polskich mediach. - Zastanawiam się, jakich słów użyć, by nie urazić kolegów. Z wieloma z nich dzieje się coś niezrozumiałego. Zostali funkcjonariuszami zwalczających się armii, założyli bagnety i dźgają się bez opamiętania. Nie rozmawiają ze sobą, wygłaszają tyrady. Nie odnalazłabym się w tym świecie. Dzisiaj dziennikarstwo polityczne to coraz częściej wojowanie, a ja cenię sobie rozmowę. Tak mnie uczono. Odkryła, że telewizja śniadaniowa jest niezwykle wdzięczna. - Kiedyś zdarzało mi się, przyznaję się i kajam, patrzeć na kolegów, którzy się tym zajmowali, i myśleć: ile można gadać o zdradach małżeńskich, problemach z dziećmi, dietach, roślinach doniczkowych... A teraz uważam, że to jest prawdziwe życie, że przychodzą do nas niezwykli goście i że tylu rzeczy się od nich uczę. Odkrywam normalność. Może to naiwne. Ktoś może popukać się w czoło i powiedzieć z przekąsem: "No, rzeczywiście, znalazła pani coś niezwykłego". Ale taki mam teraz czas - twierdzi z uśmiechem. Telewizja śniadaniowa ma dużą oglądalność, co daje prowadzącym popularność. - W bezpośrednich kontaktach sygnały, jakie dostajemy - bo to dotyczy chyba wszystkich prowadzących - są miłe. Jeśli ktoś podchodzi na ulicy, to nie po to, żeby powiedzieć: "Ale jesteś nabotoksowana, lala" albo "Głupio wczoraj zadałaś pytanie". Mówią coś miłego, proszą o autograf albo wspólne zdjęcie. I to nigdy nie jest problem. 

Amerykański aktor Fred Allen ładnie powiedział, że człowiek sławny to osoba, która pracuje ciężko dla popularności, a nosi ciemne okulary, żeby go nie rozpoznano. Ja tak nie robię. Ostatnio Joanna Racewicz odkryła Instagram i nagrywa krótkie zapowiedzi swoich programów. - Ludzie je oglądają, komentują. W studiu nie mamy bezpośredniego kontaktu z publicznością, a dzięki komentarzom w mediach społecznościowych widzę od razu opinie widzów. Dla mnie to przyjemny dowód, że na co dzień jesteśmy gośćmi w domach wielu ludzi. I cieszę się, że mogę im powiedzieć miłe, uśmiechnięte "dzień dobry".

Zobacz także:

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje