Przejdź na stronę główną Interia.pl

Joanna Jędrzejczyk: Walka zaczyna się gdzie indziej

​Siniaki, rozcięcia i powybijane palce to codzienność. Nazywają ją Bestią, bo jest niezwyciężona. Na walki Joanny Jędrzejczyk, mistrzyni świata w MMA, przychodzą Lady Gaga i Leonardo DiCaprio. Ale na co dzień nie ma w niej agresji. Planuje ślub, marzy o domu pełnym dzieci. "Czuję się stuprocentową kobietą", mówi.

Listopad 2016. Za kilka dni Joanna Jędrzejczyk ma po raz czwarty bronić tytułu mistrzyni świata MMA, czyli mieszanych sztuk walki. Jej przeciwniczka to Karolina Kowalkiewicz - dziewczyny stoczą pierwszy w historii polsko-polski pojedynek o mistrzostwo. Jeszcze przed walką odbywa się tzw. staredown, czyli konfrontacja twarzą w twarz. Kowalkiewicz w szarej spódniczce przed kolano, czarnym sweterku, białej bluzce z kołnierzykiem i z rozpuszczonymi włosami wygląda jak grzeczna uczennica. Jędrzejczyk ma na sobie skórzaną kurtkę i ogromny, ciężki pas mistrzowski przewieszony przez ramię. Gdy stają naprzeciwko siebie i stykają się czołami, mierząc się wzrokiem, między nimi iskrzy. Wyglądają, jakby chciały rzucić się sobie do gardeł. Telewizyjny komentator mówi o Joannie: "Być może jest jedną z najniższych zawodniczek, ale mało kto działa na przeciwniczki tak onieśmielająco jak ona". 

Reklama

- To nie jest sztucznie wykreowany show. Jeśli przez wiele tygodni przygotowujesz się do walki, intensywnie myśląc o rywalce, to wytwarza się ogromne napięcie. Podczas staredownu nie można okazać słabości. To trochę tak jak w świecie zwierząt - trzeba udowodnić swoją dominację. Stąd złowrogie spojrzenia, szczerzenie zębów. W MMA nie chodzi wyłącznie o siłę fizyczną, ale i o psychiczną. Walka zaczyna się jeszcze przed wejściem do oktagonu (ośmiokątny ring, przypominający klatkę - red.) - opowiada Joanna. 

W nocy z 12 na 13 listopada 2016 roku, po pięciu rundach i 25 minutach walki, JJ obroniła tytuł mistrzyni świata wagi słomkowej. Wyraźnie zmęczona, z opuchniętym prawym okiem i podejrzeniem złamania nosa serdecznie uścisnęła rywalkę. Tłum wiwatował na stojąco. 

"Przyjechać z Polski i podbić Stany Zjednoczone? To niesamowity wyczyn. W koszykówce jest łatwiej: gdy gram słabszy mecz, mogę liczyć na wsparcie czterech kolegów. Joanna przystępuje do walki sama", zaznacza Marcin Gortat. 

Fajterka, nie modelka

Od kilku miesięcy dzieli życie między rodzinny Olsztyn, gdzie są jej bliscy, i Florydę, gdzie trenuje. W Stanach uznawana jest za gwiazdę. Jej fanką jest Lady Gaga, na walki przychodzi Leonardo DiCaprio, a spotkany przypadkowo w samolocie Jean-Claude Van Damme dał Joannie swój numer telefonu i zaproponował wspólny trening

Tam MMA ma taką samą pozycję jak boks zawodowy, a żadna kobieta nie wygrała tylu walk, co Jędrzejczyk. Od ponad półtora roku jest najlepszą zawodniczką świata bez podziału na wagi.

- W Stanach zawodnicy MMA są noszeni na rękach, stają się idolami. Ludzie podziwiają ich za to, że tak wiele są w stanie poświęcić dla sportu, i to jest piękne. Kiedy Amerykanin zdobędzie tytuł mistrza, to prezydent osobiście składa mu gratulacje - opowiada Przemek, narzeczony Jędrzejczyk.

Tylko w Polsce Joanna wciąż musi walczyć ze stereotypami. "Czy kobiety nie mogą zostawić tego brutalnego zajęcia mężczyznom?", "Czy ring albo oktagon to miejsce dla nich?", padają pytania. 

- Ludzie nie widzą we mnie mistrzyni, tylko dziewczynę, która się bije. Bo to, co robię, przez wielu nie jest traktowane jako sport. Tymczasem w skład MMA wchodzą zarówno dyscypliny nieolimpijskie, jak i olimpijskie, takie jak boks, dżudo, zapasy. Tutaj mierzą się ze sobą najlepsi - mówi Joanna. 

- Jeszcze kilka lat temu nie było walczących kobiet. A teraz funkcjonujemy na takich samych prawach jak mężczyźni, zarabiamy tyle samo, co oni, mamy równie dużo fanów. Bo to nie jest żadne szarpanie się za włosy, choć klatka dodaje całemu widowisku pikanterii. MMA to urazowy sport. Zdarzają się zwichnięcia stawów, blizny, siniaki i tzw. kalafiory, czyli zniekształcone uszy. Ale Joanna nigdy nie miała nawet złamanego nosa. Czasami ma powybijane palce w stopach, jednak przyzwyczaiła się do tego: po prostu wkłada szpilki o rozmiar większe. 

- Nie boję się o urodę. Wiadomo, że muszę liczyć się z pewnymi "uszkodzeniami", to jest wpisane w mój zawód. Nie jestem modelką, tylko fajterką. Rzadko chodzę w sukienkach, nie mam na co dzień makijażu, ale i tak czuję się stuprocentową kobietą. Lubię siebie. Najbardziej, kiedy jestem już po walce i nabieram trochę ciała - mówi. I przyznaje, że w jej szafie stoją louboutiny z czerwoną podeszwą. Najgorszy ze stereotypów? Że skoro bije się zawodowo, to na pewno jest chuliganką szukającą okazji do zaczepki. 

- Ludzie znają mnie z oktagonu, do którego wchodzę z zaplecionymi warkoczykami, podminowana. Wtedy jestem ostra. Ale na co dzień nie ma we mnie agresji. Bywam emocjonalna, łatwo się wzruszam. W takich momentach staję się kruchą kobietką, która potrzebuje wtulić się w swojego mężczyznę. Nie można cały czas być wojowniczką - twierdzi Joanna. 

Ale gdy w ramach walki ze schematami zaproponowano jej udział w rozbieranej sesji do kalendarza, odmówiła. "Ja swoją pracą przełamuję stereotypy. Nie chcę się wybijać na pośladkach, tylko na tym, co robię w oktagonie". 

Nokaut na dyskotece

Nie wychowała się w rodzinie sportowej, rodzice nie wozili jej na dodatkowe zajęcia, nie kupowali drogiego sprzętu. Dorastała na olsztyńskich Jarotach, największym osiedlu w mieście, i uwielbiała gry zespołowe. Na podwórko przychodziło pięćdziesięcioro dzieciaków, dziewczynki rywalizowały z chłopcami. - Zawsze była przywódcą grupy i chłopczycą. Budziła szacunek - mówi Ewa, starsza siostra Joanny. 

W szkole najbardziej lubiła wf., grała w piłkę ręczną i koszykówkę. Ale kiedy była nastolatką, sporo przytyła. Na dodatek okazało się, że ma za dużą wątrobę, i musiała z koszykówki zrezygnować. Czuła się gruba, brzydka, gorzej ubrana. O sporcie po raz pierwszy zaczęła myśleć poważnie, gdy chłopak siostry zabrał ją na wspinaczkę skałkową. Lubiła tę adrenalinę, zrobiła nawet kurs taterniczy. Ale potem ten sam chłopak zaprosił ją na trening muai thai, czyli boksu tajskiego. Po dwóch miesiącach Joanna stoczyła swoją pierwszą walkę. Wróciła do domu z chusteczką w nosie, bo leciała jej krew, ale wygrała. 

- Wtedy zrozumiałam, że to jest to, co chcę w życiu robić, i całkowicie poświęciłam się sztukom walki. Postanowiłam, że hobby stanie się moją pracą. I udało się, ale dopiero po kilku latach - wspomina. Sukces kosztował ją wiele wyrzeczeń, nie na wszystkie była gotowa od razu. 

- Byłam zwykłą nastolatką i tak jak moi rówieśnicy lubiłam chodzić na imprezy, bawić się. Aż któregoś dnia powiedziałam: stop, ja tak już dłużej nie chcę, to mi psuje kondycję. Nie mogę być taka jak wszyscy, jeśli chcę zrobić coś wyjątkowego - opowiada. 

Poza tym w jednej z olsztyńskich dyskotek wydarzyło się coś, o czym pamięta do dziś. Zwróciła uwagę pijanemu chłopakowi zataczającemu się na parkiecie, że powinien z niego zejść, a on zaczął ją wyzywać. Joanna nie wytrzymała, wyprowadziła prawy sierpowy i trafiła go w szczękę. To był nokaut. Nigdy wcześniej ani później nie straciła kontroli nad sobą. 

Worek z medalami

Miała 19 lat, gdy po raz pierwszy pojechała do Tajlandii na treningi. Wcześniej za granicą była tylko na zawodach w Niemczech i na wycieczce w Dreźnie oraz w Pradze. Do Azji wracała jeszcze kilka razy, a na wyjazdy zarabiała, między innymi, pomagając rodzicom w prowadzeniu osiedlowego sklepu. Zaczynała dzień o piątej rano - jechała na giełdę po towar, a potem stała za ladą. Ale lubiła to. 

W Olsztynie nie było kobiet, z którymi mogłaby trenować, pozostawali więc tylko mężczyźni. Czasem chcieli jej udowodnić, że są silniejsi, ale dawała sobie z nimi radę. Ale choć wygrywała kolejne walki, nie mogła utrzymać się z boksu tajskiego. 

- Długo żyłam w przekonaniu, że z mojej przygody ze sportem, mimo coraz cięższego worka z medalami, nie wyjdzie nic dobrego. Byłam na rozdrożu - przyznaje Joanna. A jej siostra Ewa dodaje: - Joasi ciężko było się przebić. Poświęciła wiele czasu, wysiłku i funduszy na to, żeby osiągnąć sukces. Nawet kiedy nam się wydawało, że to, co robi, nie ma sensu, ona szła w zaparte. Nigdy nie narzekała, że jest jej ciężko, bo zawsze robi dobrą minę do złej gry. Ale w końcu udowodniła, że to ona miała rację. 

W muai thai Jędrzejczyk zdobyła tytuły mistrzyni Europy i świata, nie miała już z kim walczyć. Wtedy trenerzy namówili ją, żeby spróbowała sił w MMA. Zgodziła się, bo wiedziała, że to jej ostatnia szansa na pozostanie w sporcie. Zadebiutowała w maju, pięć lat temu. Ale nie chciała walczyć dla KSW, największej firmy organizującej walki MMA w Polsce. Marzyła o UFC, czyli największej takiej firmie na świecie. 

Karol Jędrzejczyk, jej kuzyn i menedżer, wyjaśnia: - KSW organizuje pięć walk rocznie. UFC ma ich pięćdziesiąt, w różnych częściach świata. Skala jest nieporównywalna. Joanna przyznaje, że w KSW jej bohaterem jest Mamed Chalidow, starszy kolega z olsztyńskiego klubu. Jest szczęśliwa, gdy dostaje od niego wiadomość: "Asiu, zaje...a walka. Jesteś naszą mistrzynią". 

Sam Chalidow mówi o niej: "W kobiecym MMA osiągnęła wszystko, co można osiągnąć. Nikt jej nie promował, nie lansował w mediach. Sama wyznaczyła sobie cel i do niego dążyła". 

Miękkie serce

Wymarzone UFC zgłosiło się do niej samo, nie musiała o nic zabiegać. Kiedy zaproponowano jej kontrakt, miała łzy w oczach. Na przygotowanie się do pierwszej walki dostała pięć tygodni. Musiała w tym czasie schudnąć do 52 kg, bo tyle wynosi limit wagi słomkowej. Na co dzień Joanna waży 59-60 kg, więc zaczęły się drastyczne ograniczenia, a na dwa dni przed walką odstawianie wody, czyli odwadnianie organizmu. Efekt? Kompletny brak energii. 

Dzisiaj Jędrzejczyk ma dobrych dietetyków, tych samych, co supermodelka Adriana Lima, i zrzucanie kilogramów odbywa się stopniowo. 

- Nie mam limitu kalorii ani żadnej diety, po prostu jem zdrowo. Rezygnuję z glutenu, laktozy. Jeśli mam ochotę na coś słodkiego, to wybieram jaglane brownie. A w każdy piątek chodzę na sushi - opowiada. 

W Stanach dostaje gotowe posiłki, ale uwielbia sama gotować. Kiedy jest w Olsztynie, często zaprasza całą rodzinę, przyjaciół i przyrządza dla nich niedzielny obiad. Najczęściej makaron, bo lubi włoską kuchnię. Smykałkę do gotowania odziedziczyła po tacie, który jest świetnym kucharzem. 

Trenuje dwa razy dziennie. Godzinę, półtorej, czasem godzinę czterdzieści pięć. Jeśli rano trening jest ciężki, wieczorem wybiera lżejszy. Biega, uprawia gimnastykę, ćwiczy elementy crossfitu, zapasy, dżudo, dżiu-dżitsu, boks, kick-boxing, muai thai, bo dopiero potem to wszystko sklejane jest w całość. 

Po wieczornym treningu bierze ciepłą kąpiel, rozmawia przez komunikator z bliskimi, odpisuje fanom na wiadomości, czyta książki. Teraz na jej nocnej szafce leżą "Król" Szczepana Twardocha, reportaż o Saharze Zachodniej Bartka Sabeli "Wszystkie ziarna piasku", "Jezus" Jamesa Martina, bo Joanna jest głęboko wierząca, oraz poradnik "Negocjuj, kobieto!" Ewy Szejner, który dostała od przyjaciółki. 

- Kiedyś śmiałam się z powiedzenia, że w biznesie trzeba być rekinem, bo wydawało mi się mocno przesadzone. Ale na własnej skórze przekonałam się, że jak się ma miękkie serce, to trzeba mieć twardy tyłek. 

Czy czasem nie ma dość codziennej rutyny? - Miewam kryzysy. Bywało, że w drodze na trening trzy razy zawracałam, bo chciałam pójść z moim narzeczonym na pizzę czy wypić kieliszek ulubionego wina. Ale wtedy zadawałam sobie pytanie: czy naprawdę chcesz teraz, po tych wszystkich latach wyrzeczeń, zrezygnować? I brałam się w garść. 

Porywczy dyktator

To siła woli sprawia, że w oktagonie jest niezwyciężona. - W tym sporcie najbardziej kręci mnie rywalizacja. To, że ktoś mówi, że coś jest niemożliwe, a ja udowadniam, że jednak nie - podkreśla Joanna. - Ludzie czasem myślą, że jestem butna, arogancka. A ja po prostu wiem, na co mnie stać. Pracuję, odnoszę sukcesy. Gdy staję do walki, jestem pewna, że wygram. Ale wiem też, że to sport i wystarczy jeden pechowy cios, który może skończyć moją karierę - dodaje. 

W tym roku będzie mieć 30 lat, jednak dla sportowca to dobry wiek. - Chciałabym zejść ze sceny niepokonana. A jednocześnie wiem, że trudno mi będzie powiedzieć: stop, to koniec. Bo zawsze pojawi się kolejny tytuł do zdobycia, kolejna bariera do pokonania. Nie chcę jednak zakończyć kariery zbyt wcześnie, bo potem mogłabym tego żałować. Długo pracowałam na sukces i teraz chcę żyć swoim american dream. Mój czas jeszcze nie minął, wciąż mam kilka walk do wygrania, więc reszta planów życiowych musi poczekać. 

Te plany to: prowadzenie fundacji pomagającej dzieciom, którą właśnie otwiera, własna kawiarnia w Olsztynie, w której sama będzie gościom przyrządzała kawę, założenie rodziny, urodzenie dzieci. 

- Aśka nie dałaby się zamknąć w domu. Ona potrzebuje działania, bo jest niezwykle dynamiczna, kreatywna - twierdzi jej narzeczony. Z Przemkiem poznali się podczas studiów na AWF-ie. Mieli już nawet wyznaczoną datę ślubu, ale musieli ją przełożyć, gdyż Joanna przygotowywała się do obrony tytułu mistrzyni. 

- Życie ze sportowcem nie jest łatwe, bo wszystko kręci się wokół moich treningów, muszę być samolubna. A teraz jeszcze dzielą nas tysiące kilometrów. Pojawiają się nieporozumienia, tęsknota, jak w każdej relacji. Ale pracujemy nad naszym związkiem i ufamy sobie. Nie boimy się zdrady. Jesteśmy ze sobą już siedem lat i wiele razem przeszliśmy. Przemek wspiera mnie od momentu, gdy moja kariera dopiero zaczęła raczkować. Od początku wiedział, co oznacza bycie ze mną, i akceptował moje plany - opowiada Joanna. 

- Dla mnie to oczywiste, że teraz cała uwaga musi być skupiona na Asi. Dlatego gdy przygotowuje się do walki, staram się jej nie zaprzątać głowy codziennymi, przyziemnymi sprawami - stwierdza Przemek, który kiedyś grał w piłkę w trzecioligowym Huraganie Morąg. Joanna żartuje, że dopiero jemu udało się dokonać niemożliwego: wytłumaczył jej, czym jest spalony. 

Jak to jest być narzeczonym kobiety, która nazywana jest Bestią? - Wiadomo, że sukces czasem rodzi zawiść, dlatego zdarzają się zaczepne komentarze w stylu: "Ty to pewnie w domu dostajesz łomot od swojej kobiety". Ale staram się nie zwracać na to uwagi - zapewnia Przemek. 

Oświadczyny Joanna przyjęła w 2015 roku na deptaku w Krynicy Morskiej. Wcześniej na stadionie w Gdańsku obejrzeli mecz Lechii z ich ulubionym klubem, Juventusem. Przemek przyznaje, że są z narzeczoną przeciwieństwami: - Asia często działa pod wpływem impulsu, bywa porywcza. Dlatego ja muszę być bardziej stonowany. Ale dzięki temu, że jesteśmy różni, idealnie się uzupełniamy. I jesteśmy ze sobą szczęśliwi - mówi. A Jędrzejczyk śmieje się, że narzeczony już nie chce, by prasowała mu koszule - jest tak niecierpliwa, że zapomina o rękawach lub kołnierzyku. Dlatego teraz woli robić to sam. 

Z zamkniętymi oczami

13 maja w Dallas po raz piąty będzie broniła tytułu mistrzyni i zmierzy się z Brazylijką Jéssicą Andrade. Na trybunach zasiądzie prawie cała jej rodzina. - Podczas poprzedniej walki, w Nowym Jorku, zjechało się nas niemal trzydzieścioro. Teraz będzie podobnie - mówi Karol Jędrzejczyk. 

- Ja się tą walką denerwuję bardziej niż ona. Każdą oglądam ze łzami w oczach i odliczam czas do końca. A Asia powtarza: "Nie ma się czego bać, to moja praca". Jest twarda. Walki zaczęłam oglądać dopiero wtedy, kiedy siostra dołączyła do UFC, wcześniej nie umiałam się przełamać. Mama do tej pory nie jest w stanie tego zrobić, te emocje są dla niej zbyt wielkie - stwierdza Ewa. 

A druga siostra Kasia, jej bliźniaczka, dodaje: - Pytałam kiedyś Asię, czy podczas walki, gdy dostaje mocny cios, nie czuje bólu. Odpowiedziała, że nic wtedy nie czuje, bo adrenalina jest tak wielka. Ból pojawia się potem. Pierwsze dni po walce są ciężkie. Ciało jest całe w siniakach, spuchnięte, a hormony szaleją. Joanna nawet przez dwa tygodnie dochodzi do siebie. 

Tym razem po pojedynku w Dallas planuje rodzinne wakacje - zabierze swoich bliskich na Florydę, pokaże im ulubione miejsca w Miami, a potem na dwa, może trzy tygodnie przyleci do Polski. 

Jej oazą spokoju jest dom w Nowej Kaletce, położonej niecałe 30 kilometrów od Olsztyna, do której jej rodzice przeprowadzili się dwanaście lat temu. Cała rodzina spotyka się tam w weekendy. Pływają wtedy łódką po jeziorze, spacerują po lesie, grają w badmintona lub tenisa stołowego, gotują, biesiadują. 

- Nasz dom jest zawsze otwarty, pełno w nim ludzi - mówi Joanna. - Z niecierpliwością czekam na te chwile, bo tęsknię za bliskimi, ale wiem, że za moment znów będę głodna kolejnej walki. I wpadnę w wir pracy. Bo nie ma nic przyjemniejszego niż zwycięstwo.

PANI 5/2017
IGA NYC

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje