Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jeżeli kochać, to indywidualnie

Przepis na związek z mistrzem olimpijskim? 250 dni rozłąki w roku i intensywne bycie ze sobą, kiedy on jest wreszcie w domu.

Katarzyna von Engel – stylistka paznokci, linergistka i szkoleniowiec microbladingu (piórkowej metody makijażu permanentnego brwi), prowadzi w Warszawie salon Velure, Klinikę Urody na Saskiej oraz placówkę szkoleniową Saska Beauty Academy. Mama 3-letniego Henryka. Ma 32 lata.

"Nie ma lepszego od Piotra Małachowskiego!". Kiedy w sierpniu ubiegłego roku Piotrek startował w igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro, razem z rodziną i przyjaciółmi mieliśmy na sobie specjalnie zaprojektowane koszulki z tym napisem. Pojechałam z naszym 3-letnim synem Heniem do rodzinnego miasteczka Piotra - Bieżunia na Mazowszu. Przy domu jego rodziców stworzyliśmy prywatną strefę kibica. Urządziliśmy grilla na blisko 50 osób, postawiliśmy wielki telewizor. Każdy miał trąbkę albo gwizdek, a ja dopingowałam Piotra przez megafon. Kiedy po raz drugi w swojej karierze został wicemistrzem olimpijskim, nikt z sąsiadów nie spał. Kilka minut potem uradowany Piotr zadzwonił, więc włączyłam tryb głośnomówiący. Wszyscy, krzycząc z radości, gratulowaliśmy mu sukcesu. On musiał szybko kończyć rozmowę, bo biegł na kontrolę antydopingową, ale nasza impreza trwała jeszcze... półtora dnia! 

Reklama

Nigdy nie zapomnę jego powrotu z Rio. On pewnie też nie. Wiedział, że jak zwykle zorganizuję dla niego huczne powitanie, ale tym razem udało mi się go zaskoczyć. Wynajęłam parking, który należy do przedszkola. Sprowadziłam brazylijskie tancerki, didżeja, skrzypaczkę oraz saksofonistę. A do tego food trucka - była nawet barmanka serwująca drinki. Kupiłam też 500 balonów z helem. Wcześniej rozwiesiłam na osiedlu kartki z informacją dla sąsiadów: wyjaśniałam, że Małachowski przywozi srebro olimpijskie, i prosiłam o wyrozumiałość, gdyby było za głośno. Pamiętam minę Piotra, gdy razem z Henrykiem przywieźliśmy go z lotniska. Zdziwił się, że przy naszym osiedlu jest tyle aut. "Co jest?", zaniepokoił się. I aż przystanął, kiedy zobaczył tych wszystkich ludzi. Ja zresztą też, bo planowałam 50 osób, a przybyło 200. Ta impreza przeszła do historii. A zorganizowałam ją w ciągu dwóch dni! 

I pomyśleć, że kiedy poznałam Piotra osiem lat temu, to nie miałam pojęcia o jego osiągnięciach. Już wtedy był mistrzem świata w rzucie dyskiem. "Zobacz, przyprowadziłem ci olimpijczyka", powiedział kolega, gdy przyszedł do mojego salonu urody w towarzystwie wysokiego mężczyzny. Spodobał mi się. Pamiętam, że zapytałam, ile ma lat. Odpowiedział, że 25. Rok więcej niż ja. "Za młody jesteś dla mnie", rzuciłam żartem, a jemu zrzedła mina. Jako uznany sportowiec pewnie nie słyszał takich słów na co dzień.  Potem często widziałam go w telewizji. Taka sytuacja: budzę się o trzeciej w nocy, nie mogę spać. Włączam odbiornik, patrzę: Piotr Małachowski na podium, grają hymn Polski. Płaczę ze wzruszenia. "Piotrek, jestem z ciebie dumna!", myślę. Kiedy dwa lata później spotkaliśmy się na imprezie, to ja zainicjowałam rozmowę. Wkrótce zaczęliśmy się spotykać, szybko ze sobą zamieszkaliśmy. 

Nasz związek nie należy do tradycyjnych. Nie tylko dlatego, że nie mamy ślubu. Piotr więcej czasu spędza poza domem niż w nim. Szczerze? Mnie to odpowiadało od samego początku. Bardzo dużo pracuję, bo uwielbiam to, co robię. Od 13 lat prowadzę swój salon. Teraz otwieram klinikę urody. Każde z nas pędzi do swoich obowiązków, spraw. Nawet kiedy Piotrek wyjeżdżał na cztery tygodnie, nie był to dla mnie problem. Dzwoniliśmy do siebie wieczorami. Ten rok jest wyjątkowy, bo cały styczeń trenował w Polsce i wpadał do domu na weekendy. W zeszłym roku o tej porze był w RPA. Od kiedy mamy synka, bywa jednak trudno. Pierwsze sześć miesięcy życia naszego dziecka spędziłam z nim w szpitalu. Piotr nie mógł być przy nas non stop, zostawały telefony. Ale pomagają mi rodzina, niania i znajomi, nie mogę narzekać. Dla Heńka to normalne, że tata znika na dwa, trzy tygodnie. Codziennie pyta go przez telefon: "Tato, jedziesz do nas?". Dopiero teraz zaczyna odczuwać tęsknotę za ojcem. Piotrowi też coraz trudniej wyjeżdżać. 

Z moim partnerem ciężko cokolwiek zaplanować, nawet urlop. On nie lubi myśleć długofalowo, chyba że chodzi o sport. W czasie wakacji, gdy wyjeżdża na treningi, biorę synka i dołączam do znajomych. A gdy Piotr wraca, "wyszarpuję" tydzień, dwa wolnego, abyśmy wreszcie mogli wyjechać we trójkę. Ostatnio spędziliśmy z Piotrkiem pół soboty, leżąc w domu na kanapie. "Piotrek, kiedy ostatnio tak leżeliśmy?", zapytałam. "Na pewno wtedy, kiedy Henia nie było jeszcze na świecie". Takie wspólne chwile są luksusem. 

Piotr jest przyzwyczajony do jadania w restauracjach. Lubi mieć wybór i jedzenie podane pod nos. Kiedyś robiłam przez pół soboty krem dyniowy, a on tylko się skrzywił i nawet go nie spróbował. Powiedziałam, że to ostatni raz, jak na razie dotrzymuję słowa (śmiech). Chodzimy więc na rodzinne obiady do restauracji razem ze znajomymi i ich dziećmi. Jesteśmy bardzo towarzyscy, prowadzimy dom otwarty, przyjaciele wpadają do nas bez zapowiedzi.  Czasami, gdy Piotr ma wreszcie chwilę wolnego, to nie wie, co ze sobą zrobić. Mówię mu, że trzeba jechać na zakupy, zawieźć gdzieś syna, i widzę, że on ma z tym problem. "Halo, wróciłeś do domu, tu jest prawdziwe życie! A ja nie leżę i nie pachnę!", przypominam. On musi się wpasować w rytm, według którego funkcjonuję z synem przez cały rok, co bywa trudne. 

Jest przesympatycznym, bardzo skromnym człowiekiem o wielkim sercu. Charakternym, ambitnym, pomagającym innym (sprzedał swój medal z Rio, żeby sfinansować leczenie chłopca chorego na raka - red.). Nigdy nie gwiazdorzy, a przecież mógłby mieć zachcianki. Potrafi odnaleźć się w rozmowie z każdym: czy to z ochroniarzem, czy z prezydentem, czy z fanką. Bywa to irytujące, bo jak już zacznie, to nie potrafi skończyć. Jeśli chodzi o kobiety, to nie czuję się zagrożona. Mój partner jest lojalny, nie daje mi powodów do zazdrości. Jestem spokojna.

Piotr Małachowski - jeden z najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletów, uprawia rzut dyskiem. Dwukrotny mistrz Europy i mistrz świata. Jedenastokrotny mistrz Polski. Trzy razy uczestniczył w igrzyskach olimpijskich: srebrny medalista z Pekinu oraz Rio de Janeiro. Mieszka w Warszawie, jest tatą 3-letniego Henryka. Ma 33 lata.

Tak naprawdę każdy zawodowy sportowiec żyje jak singiel. Ja spędzam ponad 250 dni w roku poza domem, bez rodziny. Trudno jest budować i utrzymywać relacje na odległość. Przez kilka ostatnich tygodni trenowałem w Spale, a w lutym wyjeżdżam do USA. W Warszawie, gdzie mieszkam, nie mam, niestety, odpowiednich warunków do treningów (rok przed igrzyskami zburzono stadion, a przed zimą halę). Dobrze, że moja partnerka to rozumie. Moje częste wyjazdy sprawiają, że z jednej strony nie jesteśmy sobą znudzeni, ale z drugiej pojawiają się inne problemy. Gdy nie widzisz bliskiej osoby, zostają ci tylko telefony. Bywa, że masz problemy ze zrozumieniem pewnych spraw. Na odległość nie widać ani wad, ani zalet. To może zaburzać obraz związku, ale staramy się być uważni. 

Kasia nie jest typową panią domu. Nie lubi sprzątać ani gotować, czasami bywa w nim gościem. Jest bardzo zajęta. Staram się więc nie obarczać jej np. swoimi sprawami firmowymi. Tych pilnuję z pomocą przyjaciół. Jestem zdania, że każdy sportowiec to lekkoduch, póki nie ma rodziny. Odpowiedzialność? Owszem, w sporcie, ale to nasza praca. Jedziemy na zgrupowanie, wszystko jest zorganizowane: posiłki, szkolenia. Wszędzie nas zawożą i odwożą. Nam zostaje tylko i aż trening. Jeśli ktoś chce uprawiać sport wyczynowo, nie powinien narzekać. Obowiązki ma ograniczone do minimum. Ale gdy pojawia się rodzina, nagle wszystko się zmienia. Włącza się wielka odpowiedzialność. Jeżeli mój syn dostaje w nocy wysokiej gorączki, to nie mogę już myśleć tylko o tym, żeby się wyspać, bo rano mam trening. Nie ukrywam: jest mi ciężko wejść w rytm rodziny, jeśli od stycznia do września jestem poza domem. Pozornie błahe czynności stają się wyzwaniem. Bywam wybuchowy. Przejmuję wtedy część obowiązków związanych z synem, a nasz Heniek ma twardy charakter, nie lubi słuchać żadnych poleceń. Nie powinienem się dziwić, bo i Kaśka, i ja też tacy jesteśmy. 

Nie bardzo pamiętam, ile lat temu się poznaliśmy. Sześć, siedem? Kasia mówi, że osiem? To pewnie ma rację. Kolega zawiózł mnie do salonu urody prowadzonego przez jego znajomą. Potem spotkałem ją na szkoleniu pewnej firmy. Siedzieliśmy przy jednym stole, zaczęliśmy rozmawiać. I tak już zostało. Nie potrafię powiedzieć, co nas połączyło, bo przecież nie tylko fajna rozmowa i dobry seks. Cenię w niej to, że ma swoje cele, marzenia i konsekwentnie je realizuje. Od ponad trzech lat to syn stał się naszym najważniejszym łącznikiem. Ślub? Nie myślę o tym. To nie jest aż tak ważne.

Nie wiem, czy Kasia na początku wiedziała, kim jestem. Nawet jeśli tak, to podobało mi się, że nie traktowała mnie wyjątkowo. Wkurza mnie podejście niektórych osób: skoro mam medale, to trzeba widzieć we mnie herosa, gwiazdę. Jestem normalnym człowiekiem. Jeśli niektórzy koledzy, znani sportowcy, lubią być celebrytami i żeby im otwierano drzwi, to tego nie neguję, ja tylko nie chcę, aby stresowano się moją obecnością. Kiedy ktoś myśli, że mam wygórowane wymagania, odpowiadam: są ludzie o wiele bardziej wartościowi. Choćby tacy, którzy wynajdują leki na raka, a nikt o nich nie pisze z zachwytem. To oni zmieniają świat na lepszy. Mnie sport sprawia po prostu wielką przyjemność. Dzięki niemu spełniam swoje marzenia. Cieszę się, że Polacy mogą się poczuć dumni, gdy reprezentuję ich na świecie. Ale czy to jest coś wielkiego? Nie sądzę. 

Tłumaczę Kasi, że sportowiec jest jak marynarz. Na lądzie tęskni za morzem, na wodzie zaś myśli o tym, żeby wrócić na ląd. Kiedy wyjeżdżam na zgrupowanie lub zawody, tęsknię za rodziną. A w domu szukam nowych wyzwań, brakuje mi adrenaliny. Wtedy Kaśka za wszelką cenę chce mnie gdzieś wyciągnąć. Jest spragniona wspólnych wyjść, choćby do restauracji, chciałaby wyjeżdżać co weekend do spa. Dla odmiany ja czasem nie marzę o niczym innym, jak tylko o posiedzeniu w domu. Jak pomyślę o tym, że znowu mam się pakować i gdzieś jechać, to mam dość. Ona nie zawsze to rozumie. Lubię to, że ma tyle energii i taki silny charakter, że ma swoje pasje i się rozwija. Cieszę się, że nie siedzi i nie narzeka: spóźniłeś się na obiad, miałeś być wcześniej. Nie podoba mi się jedynie, że niekiedy przesadza z ilością godzin spędzanych w pracy. Poza tym, choć zawodowo radzi sobie świetnie, prywatnie bywa niezorganizowana. Wiem, że ma dużo na głowie, ale często zapomina o moich prośbach. Powtarzam: "Otwieraj skrzynkę pocztową, jak mnie nie będzie!". Wracam, a tutaj wysypuje się sterta korespondencji, w tym cztery awizo. Okazuje się, że sponsor wysyłał mi paczkę kilka razy z kolei i nikt jej nie odebrał. Kiedyś mnie to irytowało, teraz staram się tym nie przejmować. 

Czasami kłócimy się z Kasią o bzdury. Jesteśmy dwójką indywidualistów. Ona sama prowadzi firmę, ja uprawiam dyscyplinę indywidualną. Nie mamy szefów. Sami decydujemy o sobie. W domu zdarzają się nam tarcia i wtedy żadne nie chce odpuścić. Nałoży się kilka problemów i albo ona, albo ja wybuchamy. Ale szybko się godzimy. Mamy niewiele czasu dla siebie nawet wtedy, gdy jestem przez te kilkanaście tygodni w domu. Ona pracuje, ja załatwiam swoje sprawy, poza tym trenuję ogólnorozwojowo, aby się nie "zastać". Pływam, biegam, uprawiam crossfit. Czasem udaje się nam wyskoczyć we trójkę na basen. O sporcie z Kaśką nie rozmawiam, bo ona się na tym za bardzo nie zna, ale lubię, kiedy przyjeżdżają razem z synem na zawody. Byli ze mną na igrzyskach w Londynie i na turnieju w Norwegii. Najczęściej jednak kibicują mi podczas startów w Polsce. Choć muszę uczciwie przyznać, że szczęścia mi jakoś nie przynoszą (śmiech).

PANI 2/2017
MAGDALENA KUSZEWSKA

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje