Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jeszcze będzie normalnie

Krajobraz po rozwodzie? Najpierw euforia, że wszystko można zacząć od nowa. Potem konfrontacja z rzeczywistością: dziećmi, które tęsknią za ojcem, bliskimi, którzy mówią: „Przecież cię nie bił”, przyjaciółkami, które samotną koleżankę traktują jak zagrożenie dla ich związków. W końcu strach: może postąpiłam pochopnie, czy sama utrzymam rodzinę? Renata, Bożena, Agnieszka czas porozwodowego smutku już mają za sobą. Czy to znaczy, że są szczęśliwe?

Wszystko dla córki

Renata, sześć lat po rozwodzie, wciąż słyszy pytania:

Reklama

• Czy nie żałuje, że odeszła od męża? (była teściowa)

• Czy mężczyzna, który od czasu do czasu odwiedza Renatę w weekendy, nie demoralizuje jej siedmioletniej córki? "Och, ta mała Julcia to się pewnie naogląda" (sąsiadki, obie na rencie)

• Dlaczego się upiera, że nie zaprosi byłego męża i jego matki na święta, przecież to jednak rodzina? (matka Renaty)

• Czy nie chce zatrzymać młodości? Musi sobie przecież jeszcze ułożyć życie, więc może kupi coś na "aging" i "fotoaging", skórę suchą i matową? Zabiegi z tlenem hiperbarycznym? Koszt serii: 3 tys. złotych (kosmetyczka)

• Czy obieca, że z nikim na poważnie się nie zwiąże? I że się nie zdecyduje na byle jaki związek tylko dlatego, że mężczyzna wniesie zakupy, naprawi wypadający kontakt lub zabije karpia? Za takie usługi można zapłacić w firmie "Chłopiec na posyłki". "No, chyba że poczujesz miłość, która uskrzydla, wtedy nie będzie rady" (ciotka, trzykrotna rozwódka)

Renata: To nie będzie historia z cyklu: "nie udało nam się w małżeństwie, ale on zostawił mi wielki dom w Konstancinie". Ani opowieść o celebrowaniu prozaicznych radości rozwódki: "wreszcie nikt nie zwraca mi uwagi, że jem herbatniki w pościeli, i nie pyta, co na obiad".

Mój krajobraz po rozstaniu? Z mieszkania należącego do męża wychodzę z roczną córką, czterdziestocalowym telewizorem, prezentem od rodziców. Wiozę go przez osiedle w spacerówce. I jeszcze dwie walizy. "Nic więcej nie jest tu twoje", mówi mąż w nadziei, że mnie zatrzyma. Jestem na urlopie wychowawczym. Wprowadzam się do niewykończonego dwudziestoośmiometrowego mieszkania, które kilka lat przed ślubem kupiłam na kredyt. Nie mam lodówki, pralki ani szafek w kuchni.

Sprzedaję więc telewizor, żeby mieć na wannę, sedes i wersalkę. Od rodziców dostaję kuchenkę i wykładzinę, którą rozkładamy na betonie. Na lodówkę chwilowo brakuje pieniędzy, ale na szczęście jest zima, więc jedzenie trzymam za oknem. "W co ty się pakujesz?! Wróć do niego. On przysięga, że się zmieni", mówi mama. Ale ja nie mogę.

Mój mąż, operator telewizyjny, coraz więcej pije. Nie robi awantur, ale zdarza się, że pół nocy nie odbiera telefonu, wraca nad ranem z nadwiędłymi kwiatami dla mnie, misiem dla dziecka i zataczając się, wpada na meble, przewraca krzesła i zasypia w przedpokoju. Raz, gdy zabieram mu pieniądze na alkohol, zamyka się w łazience i wypija wodę kolońską. To wtedy zaczynam się pakować.

Chcę wrócić do pracy. Przed porodem byłam audytorem w międzynarodowej firmie, z pensją 3,5 tys. netto. Dzwonię do szefa, mówi: "czekam! świetnie!", ale gdy pojawiam się w biurze, wręcza wymówienie. "Kiedy kobieta idzie na urlop wychowawczy, ryzykuje karierę", stwierdza. Po rozwodzie zaczynam więc od zera, a właściwie z poziomu minus jeden.

Nie mam pracy, nie stać mnie na spłatę kredytu za kawalerkę, sprzedaję więc mieszkanie i wprowadzam się z córką do dużego pokoju u rodziców. Nie mam czasu płakać, muszę być silna i konsekwentna. Filip, mój były mąż, przysyła siedemset złotych, co dla niepracującej matki dziecka alergika, które musi mieć inhalator i nawilżacz powietrza, jest niewielkim wsparciem.

U rodziców długo nie wytrzymuję, mama po kryjomu obmyśla plan mojego pojednania z mężem. "Przysięgałaś kochać w zdrowiu i w chorobie, on jest przecież chory!", mówi. Pewnego razu budzę się w środku nocy i aż krzyczę z przerażenia. Jakaś postać rusza się w ciemnościach. "Kto to? Kto tu jest?! - wyduszam z siebie. - To ja - szepcze Filip. - Twoja mama wpuściła mnie, żebym mógł na was popatrzeć".

Kilka dni później wyprowadzam się do przyjaciółki. "Jestem samotna, bezrobotna i bezdomna - zaczynam się nerwowo śmiać, zaraz potem ryczeć, a ona pociesza: - Gdy mój ojciec pił, wrzeszczał, nauczyłam się być przezroczysta: spokojnie w pokoju obok układałam klocki. Dlatego od siedmiu lat chodzę na terapię, bo w życiu nie liczę na wiele, pozwalam mężczyznom źle się traktować. Jesteś odpowiedzialna i dojrzała, bo nie skazujesz Julki na podobny scenariusz". Koleżanka dodaje mi sił, a ja jeszcze intensywniej zaczynam szukać pracy.

Jednego dnia wysyłam kilkadziesiąt maili do znajomych. Koleżanki pytają, co u nas, więc piszę, że się rozwodzę. Fala zainteresowania: propozycje spotkań, pomocy. Odzywa się Asia, rozwiedziona sześć lat temu, która przez trzy lata mojego małżeństwa nie miała czasu nas odwiedzić. Karolina, singielka, która miała być świadkiem na moim ślubie, ale tydzień przed napisała: "Wasze szczęście przypomina mi, w jakim momencie jestem, a ja na taką konfrontację nie jestem gotowa". Od tego czasu zadzwoniła tylko raz, przed jakimiś świętami.

Teraz wszystkie dawne przyjaciółki, samotne kobiety spragnione opowieści o końcu mojego małżeństwa, czekają, żeby pomóc. Kupują zabawki dla Julki, kosmetyki dla mnie i z satysfakcją mówią o Filipie: "menda", "pijus", "moczymorda". Wreszcie dzięki ich zaangażowaniu dostaję pracę audytora. Pensja 4,5 tys. netto. Telefon służbowy. O pomoc w opiece nad Julką proszę mamę i znów muszę słuchać o pojednaniu i "dobru dziecka".

Dowiedz się więcej na temat: rozwód | związek | singielka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje