Przejdź na stronę główną Interia.pl
Jestem żoną, ale...

Dlaczego kobiety zdradzają

Przyrzekamy sobie wierność, ale zapominamy dodać „pod warunkiem, że...”. A trudno być lojalnym w małżeństwie, w którym wypaliła się miłość, a dwoje ludzi łączy tylko wspólny adres i rachunki. Co piąta kobieta szuka poza związkiem tego, czego nie dostaje od partnera: zachwytu, czułości, uwagi. Nie zawsze jest seks, może wystarczyć intymna rozmowa. Form zdrady jest tak wiele jak jej przyczyn. Bohaterki tego tekstu nie szukają rozgrzeszenia, tylko zrozumienia.

Zimno mi, kochany...

Karolina z Gdyni, 41 lat, germanistka, żona Adama, mama 15-letniego Staszka i 13-letniej Natalii Kacpra poznałam w komisariacie policji.

Reklama

W maju 2012 roku skradziono mojego opla. Razem z telefonem i dokumentami. Musiałam złożyć zeznania. Czekałam w długiej kolejce, byłam roztrzęsiona, bo nie mogłam zadzwonić do męża. Jasnowłosy mężczyzna, który zbiegł po schodach, zatrzymał się i zapytał, czy może w czymś pomóc. Odpowiedziałam, że właściwie tak, mógłby mi pożyczyć telefon. Zadzwoniłam do Adama.

"Nie chce pani kawy?", zapytał ten człowiek. Chciałam, bardzo. Dziś cenię Kacpra za to, że zadaje celne pytania w odpowiednim momencie. "Czy nie jest ci zimno?", "Dlaczego jesteś smutna?". Mój mąż od dawna przestał pytać, czy jest mi zimno. Nie powinno być, bo przecież mamy w domu ciepło, są na świecie koce i swetry. Adam i ja pochodzimy z Braniewa, studiowaliśmy w Gdańsku. Ja germanistykę, on - informatykę. Z małego miasta wywieźliśmy przekonanie, że naszym dzieciom musi być lepiej niż nam. Ojciec Adama był alkoholikiem, w moim domu żyło się przeciętnie.

Pracę dostaliśmy szybko, skandynawska firma handlowa potrzebowała specjalisty od ochrony systemów, a społeczne liceum miało etat nauczycielki niemieckiego. Kupiliśmy mieszkanie w Gdyni. Po roku urodził się Staś, po dwóch następnych Natalka. Adam pracował bardzo dużo. I długo. I tak zostało. Jest ambitny, chce awansować. Ja też jestem. Rok temu zrobiłam uprawnienia tłumacza, zaryzykowałam - zwolniłam się ze szkoły i zatrudniłam w firmie założonej przez młode dziewczyny. Wypaliło. Adam podsumował: dobry ruch. Nawet nie otworzyliśmy wina.

Kacper, który mnie poznał, gdy pracowałam jeszcze w szkole, przytulił i powiedział: "Zaimponowałaś mi". Adam się cieszy, gdy sprawy idą do przodu. Nasza rodzina jest jak firma, która powinna działać sprawnie. Kiedyś mąż podkradał wujowi poloneza i zabierał mnie na koncerty. Miał fantazję. Ale to pamiętam słabo. Natomiast w ogóle nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz powiedział mi: "Kocham cię".

Szaleństwo rujnuje

Pierwszy raz wyjechaliśmy z Kacprem jakieś pół roku po tej kradzieży. Po wizycie w komisariacie zadzwoniłam do niego, podziękowałam za pomoc. On zadzwonił po tygodniu, ja znowu po kilku dniach. Umówiliśmy się na sushi.

Dlaczego to zrobiłam? Nie wiem. Przechodziłam trudny okres, chorowała moja mama, walczyliśmy w sądzie o podział spadku, który dostał mąż - nazbierało się. Może po prostu potrzebowałam ciepłego słowa... Kacper kończył trudny związek, chciał się wygadać.

To pierwsze spotkanie było naprawdę niewinne. Rozmawialiśmy. Dawno tak długo z nikim nie gadałam, zapomniałam, jakie to fajne. Adam jest rzeczowy, zerojedynkowy. Tak-nie, robimy-nie robimy, kupujemy-nie kupujemy... Z Kacprem spotykaliśmy się najpierw tylko na obiad albo kawę.

W listopadzie zadzwonił: "Możesz udać, że masz wyjazdową konferencję?". Wiedziałam, co to oznacza. Zabrałam do walizki najładniejszą bieliznę. Pojechaliśmy do Juraty. Płakałam, kiedy po wszystkim on poszedł do łazienki. Nie z poczucia winy. Ze wzruszenia. Od dawna nikt nie dał mi tyle czułości. A on całował mnie w usta. Adam nie robił tego od lat. Boże...

Wróciłam do domu. Czułam się jak świnia. Ze wstydu nie mogłam podnieść oczu. I wiedziałam, że zrobię to znowu...

Od półtora roku mam kochanka. Czuję, że dla niego jestem ważna. Mąż? Wmawiam sobie: skoro on nie wie, nie cierpi. Myślę: kiedyś mu to wynagrodzę. Choć nie wiem jak... Nie umiem skończyć tej znajomości.

Pracuję ciężko, czasem biorę zlecenia ponad siły, żeby się zmęczyć i już tylko chcieć spać, nie myśleć. I żeby zarobić, bo wtedy mogę kupić telefon Stasiowi, torbę Converse Natalce. Dać im coś, czyli zmniejszyć poczucie winy. Staram się angażować w życie rodziny. Razem jeździmy na wakacje, płacimy rachunki, robimy remont kuchni. Rozpaczamy, że zdechł pies. Jestem tu i jestem tam. Mam poczucie winy. I czuję się szczęśliwa, kiedy Kacper porywa mnie na plażę.

Spotykamy się raz, dwa razy w miesiącu. Czekam na to. Te dni są świąteczne, wesołe. Ja jestem wesoła. W mojej małżeńskiej spółce bardzo długo czułam się zobowiązana być poważną i odpowiedzialną. A szaleństwo jest nieodpowiedzialne. Rujnuje firmy.

Coś mi zarzucasz?

Kiedy miesiącami robi się coś złego, jakość tego zła się nie zmniejsza. Nie można przyzwyczaić się do wyrzutów sumienia. Wiem, że krzywdzę. Próbuję osłabić uczucie niechęci do siebie, tworząc iluzoryczne "zabezpieczenia". Na przykład nigdy nie ugotowałam Kacprowi jedzenia. Przygotowanie posiłków uznałam za coś, co mogę dawać tylko moim bliskim. Nie opowiadam mu o Adamie. O tym, że stał się oschły i przytył, że kochamy się raz na miesiąc, że nie orientuje się, kto to jest Krystian Lupa, choć kiedyś lubił teatr.

Kacprowi daję swoją uważność. Biorę od niego ciepło, którego potrzebuję. Wzmacnia mnie podziw w jego oczach, akceptacja, słowa, że do czegoś go zainspirowałam. Do przeczytania książki Reginy Brett, o której mówiłam fajne rzeczy, albo do kupowania polskich produktów, bo to ma sens...

Wiem, że kiedyś Kacper znajdzie inną kobietę, wolną. Czuję to. Nie chcę wracać do Adama z poczuciem klęski. Z Kacprem nauczyłam się, ile znaczy rozmowa. To, że siadamy naprzeciw siebie i dajemy sobie czas. Rozmawiamy spokojnie: to jest OK, z tym sobie nie radzę, a za to chcę być doceniona, tamto mnie dziwi. Czy to może się udać z moim mężem? Nie wiem. Niedawno próbowałam mu powiedzieć, że coś się między nami popsuło.

"Nie rozumiem, o co chodzi. Coś mi zarzucasz?", mruknął znad rachunku za telefony i wybrał numer infolinii. Człowiekowi z biura obsługi klienta poświęcił dwadzieścia minut, na rozmowę ze mną nie miał już czasu. Spróbuję jednak powalczyć o jego uwagę. Bo wciąż myślę, że warto.

On w mojej głowie

Hanka z Warszawy, 34 lata, urzędniczka, żona Roberta, mama 7-letniego Krzysia.

Podczas ostatnich ferii syn na nartach skręcił nogę. Lekarz w małym szpitalu powiedział: "Raczej nic groźnego", ale ja wolałam wracać do domu. Robert był zły, zostały jeszcze cztery dni, wykupiony karnet, hotel. Zaproponowałam: ja wrócę z małym. Zgodził się.

Zadzwoniłam do Wiktora, żeby mu powiedzieć, co się stało, w drodze dostałam od niego SMS: "Macie jutro wizytę u świetnego ortopedy w klinice na Szaserów". Wiktor jest moim kolegą z liceum. Właściwie byłym chłopakiem, chodziliśmy ze sobą przez całą trzecią klasę. Spotkaliśmy się znowu rok temu. Ja w urzędzie gminy pracowałam już długo, Wiktor został nowym szefem jednego z działów. "To ty?", "A to ty?!", wyściskaliśmy się. Kawa na mieście, kilka maili - szybko odświeżyliśmy znajomość.

Wiktor dalej lubił sport (kiedyś uprawiał wioślarstwo), ja wciąż chodziłam w dżinsowych koszulach. Tyle że w większym rozmiarze i trochę mi było wstyd z tego powodu. Mój mąż nie należał do mężczyzn, którzy wymagają, żeby kobieta przez całą dobę chodziła w szpilkach. Ma być wygodnie. Robert zajmuje się aktywizacją społeczności lokalnych, pracuje nad ważnym unijnym projektem. Ja dbam o dom. Przygotowuję obiad na 17, chodzę na wywiadówki Krzysia. Zaczęłam studia zaoczne, ale odpuściłam.

Robert twierdzi: albo, albo. Rodzina albo kariera. Ma koleżanki, które poświęciły się pracy i przegapiły czas na dzieci. Inna rzecz, że niektóre z tych koleżanek bardzo chwali. Wciąż słyszę: wyobraź sobie, Majka wywalczyła staż, Iza wygrała konkurs... Ja nie wygrywam, bo nie startuję. Gdy próbowałam odświeżyć pomysł studiów, Robert się wściekł. A gdy jest zły, zaczyna krzyczeć. Boję się tego krzyku.

Moja rzecz

Któregoś dnia Wiktor zapytał: "Hanka, ty dalej malujesz?". Maluję? Już nie pamiętałam, że kiedyś to robiłam. "Może namalowałabyś coś do pokoju naszej córki, robimy jej remont". Zaskoczył mnie. Wieczorem myślałam o tym, z czego zrezygnowałam w ostatnich latach. Amatorskie śpiewanie, fotografia, aerobik... Niedobrze. Z Wiktorem rozmawialiśmy coraz częściej. Czułam w nim bratnią duszę. "Nie cierpię tej kobiety, kiedyś założę jej sprawę o mobbing", napisałam o mojej szefowej w którymś mailu do niego. "Przestań się tym przejmować, życie jest gdzie indziej", odpisał.

Wiktor ma dystans do świata, który ja też chciałbym mieć. Może za dużo na siebie biorę? Za mało myślę o sobie? A... o nim? Zadałam sobie ćwiczenie: wyobrażaj go sobie częściej z córką u boku, z żoną za rękę - to miało przywracać mnie do pionu.

Właśnie, Alicja. Poznałam ją, bo zaprosili nas na kolację, no i żebym obejrzała ten pokój córki. Poszłam sama, Robert w weekendy nie lubi ruszać się z domu. Alicja to szczęściara. Wiktor ją bardzo kocha, pomaga w kuchni, odwozi do kosmetyczki. Zazdroszczę jej. Postanowiłam zapisać się znowu na fitness.

Po dwóch miesiącach Wiktor pochwalił: "Hanka, super wyglądasz!". Robert mruknął: "Jeśli uważasz, że dla figury warto poświęcać sześć godzin w tygodniu - twoja rzecz". Moja rzecz. Uświadomiłam sobie, że przestaliśmy mieć rzeczy wspólne. Robert miał swoją pracę, znajomych, programy w telewizji. Ja miałam mało. Zrobiło się więcej, kiedy kupiłam w końcu farby. Namalowałam całkiem ładny obrazek na ścianie u córki Wiktora. Byłam z siebie dumna. To dzięki Wiktorowi.

Już nie wyobrażałam sobie lunchu w pracy bez niego. On żartował, coś opowiadał, mrużąc zabawnie oczy. Prawie nie ma zmarszczek wokół oczu. Nosi bladoróżowe koszule, jakich mój mąż nigdy by nie włożył. Powstrzymywałam się: nie porównuj ich. Mąż to numer jeden, nawet w wyciągniętym swetrze.

Co na to Wiktor?

Kiedyś zerknęłam na biling i zamurowało mnie: aż tyle SMS-ów do jednego adresata? Czy nie przesadzam? Męczące pytanie, uciekam od niego. Po prostu bardzo lubię Wiktora. Lubię pisać do niego e-maile i dostawać pogodne odpowiedzi w stylu: "Głowa do góry!". Lubię jego rady i pomoc. Choćby z tym ortopedą dla Krzysia. Miły gest, tak robią przyjaciele. Czy przyjacielowi kupuje się szalik? Niedawno stojąc przed wystawą, pomyślałam: "Ten szary szal byłby idealny do marynarki Wiktora. Stop, za daleko" - zmitygowałam się. Od tego jest Alicja.

Po minucie zdałam sobie sprawę, że do głowy mi nie przyszło kupić ten szalik Robertowi! Łapię się na tym, że coraz częściej myślę: skoro Wiktor podpowiedział, żeby zapisać Krzysia na karate - chyba tak zrobię. Zasugerował, że powinnam wymienić opony w aucie. Zadzwonię do warsztatu. On jest po prostu serdecznym kumplem, życzliwym z natury, ale ja interpretuję to po swojemu. W wielu sytuacjach zastanawiam się, co on by teraz zrobił, co by powiedział. Zauważyłam, że obecność Wiktora pomaga mi w wielu sprawach. Stałam się odważniejsza, pewniejsza siebie. Poważnie myślę o złożeniu papierów na uczelnię...

Jedno nie daje mi spokoju: czy ja w ten sposób nie krzywdzę Roberta? Od pewnego czasu, kiedy zasypiam koło niego, myślę o Wiktorze. Czy to już zdrada? Czy mam do tego prawo? Rozgrzeszam się w myślach: przecież nie ma mowy o romansie. On nigdy mnie nawet nie dotknął. Ale kiedy sobie myślę, że mógłby to zrobić, uśmiecham się... Jestem zła? Niewdzięczna? Powinnam przestać? Dlaczego nie mogę?

Znalazłam w internecie ładne zdjęcie Wiktora, z rodzinnych wakacji. Wydrukowałam. Odcięłam Alicję. Przepraszam.

Dowiedz się więcej na temat: zdrada

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje