Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jestem jedną z was

Norma Jeane Baker za kilka miesięcy mogłaby obchodzić 85. urodziny. Jednak wybierając na życie scenariusz Marilyn Monroe, na te urodziny nie miała szans. Czy warto więc było tak bardzo maltretować własne ciało i duszę?

Norma Jeane Baker, jak każda porządna Amerykanka w latach 50. i kandydatka na żonę doskonałą, marzyła o tym, żeby mieć lodówkę, mikser i komplet garnków w kuchni, a z czasem zdobyć miano perfekcyjnej gospodyni domowej. Z utrwaloną lakierem fryzurą, fartuszkiem opasującym talię i kimś, z kim będzie mogła uwić rodzinne gniazdo.

Reklama

Drugi szereg to najbezpieczniejsze miejsce dla kobiety, która chce mieć dobre i spokojne życie, przekonywali ją – kto? – mężczyźni z pierwszego szeregu. Takie pojęcia jak kariera, własne ambicje, niezadowolenie z tego, co przynosiło życie, rezerwując dla „niegrzecznych dziewczynek”, o których co najwyżej kręcono filmy ku przestrodze i których bohaterki już w realu dostawały od losu po nosie.

Na przykład gwiazdy filmowe… Nie pochwalała ich życiorysów również panna Baker, tyle że ta miła dziewczyna z sąsiedztwa już wkrótce miała spotkać kogoś, kto dostrzeże w niej tzw. potencjalną urodę. Niegrzecznej dziewczynki. Nagiej. Namówi ją na operację żuchwy, poprawienie nosa, zmianę koloru włosów i… wycięcie dwóch żeber. Namówi na przemianę w Marilyn Monroe. „Blondynce dano imię i nazwisko. Dostała je tak, jak żebrak dostaje na wyciągniętą rękę monetę. I przyjęła je jak żebrak, nie kwestionując niczego. Pewne imię i nazwisko. Jego nazwisko! Mężczyzny, który być może w 1925 roku był kochankiem jej matki”, napisała w beletryzowanej biografi i aktorki Joyce Carol Oates.

Może był jej ojcem, a może był nim inny mężczyzna. Rozebrane fotografie jego córki znalazły się w erotycznym kalendarzu. „Zrobiłam je, bo byłam głodna”, powie po latach gwiazda. Tak czy inaczej panna Baker vel Monroe do tego stopnia miała zasmakować w nowej urodzie, że często kontemplowała uzyskane piękno, m.in. tleniąc włosy na całym ciele, godzinami przeglądając się nago w porozwieszanych dookoła lustrach. Ale wtedy była już od lat molestowaną męskimi spojrzeniami Marilyn Monroe.

Biografia Monroe, która na pokolenia stała się ikoną kobiecego seksapilu, to dowód na to, że kiedyś i dziś walka o samą siebie, o samookreślenie pragnień, umocnienie poczucia własnej wartości wymagała od kobiety złożenia ofiary. Dla każdej z nas to inne zwycięstwo, ale i inny upadek. Inaczej mierzona sława, ale i poniżenie. Każda ma swoją nieśmiertelność, ale i zwyczajność do bólu.

Zanim tyle wzlotów i upadków naznaczy życie Monroe, młodziutka i zakompleksiona Norma, córka chorej psychicznie matki, zaliczy kilka rodzin zastępczych, dom dziecka, a jako szesnastolatka usłyszy: do małżeństwa szkoła nie jest potrzebna. To wtedy po raz pierwszy jej idealistyczne postrzeganie świata ustąpi miejsca refleksji, że ten wokoło należy do mężczyzn. Zwłaszcza tych, którzy uważają, że szkoła nie jest kobiecie do niczego potrzebna i dlatego, żeby przeżyć, musi ona zdradzić własną płeć. Musi być gotową na wszystko gejszą, spieszyć się ze spełnianiem swoich, nawet tych przyziemnych marzeń, i to zanim na jej twarzy pojawią się pierwsze zmarszczki. Bez szemrania zaakceptować drugi szereg.

Czego bowiem może pragnąć dziecko, a potem dziewczyna pozbawiona czułości, poczucia bezpieczeństwa, wobec której nikt nie miał ambitnych oczekiwań, planów? Mądrych słów i serdecznych gestów. Dwudziestoparoletnia Monroe co prawda starała się poznać świat z książek - bywały okresy, że czytała je nałogowo - ale jeszcze nie wiedziała, że za oceanem pewna czterdziestoletnia Francuzka Simone de Beauvoir pisze "Drugą płeć", biblię współczesnych kobiet. A w niej przekonuje, że chociaż kobiety są inne od mężczyzn, to tak jak oni mają prawo do własnego życia.

Kobiece ego nie jest bardziej upośledzone od męskiego. Trzeba je tylko dowartościować. To jedyna droga do niezależności. Monroe o niej nie myśli, bo ta w świecie, w którym żyje, mogłaby ją poprowadzić w złym kierunku. Skazać na niebyt. Ten prywatny i ten zawodowy. "Tak długo jak mężczyzna Cię pragnie, możesz być spokojna", powtarza więc sobie przed zaśnięciem.

To dlatego przeszła fizyczną metamorfozę, żeby żaden mężczyzna nie przeoczył tego, co w niej seksowne i podniecające. Nowa szczęka, talia osy i rozbrajająca minka kobiety dziecka. Amerykański sen o Kopciuszku po raz kolejny znalazł swoją bohaterkę, legendę i mit, który do dziś jest grzesznym snem niejednego mężczyzny. Temu sprzed pół wieku nie przychodziło jednak do głowy, że "nowemu" ciału kobiety aktorki niekoniecznie odpowiadać będzie zastana przez nie "nienowa" dusza.

Słodka blondynka czyta Heinego, kto by pomyślał. Chce od życia... no właśnie, czego? Pragnie normalnego życia w normalnym świecie. Pragnie być zwyczajną kobietą, która tylko chwilami chce być gwiazdą. Bardzo chce. Prawdopodobnie dlatego specjalistom od MM do końca nie udało się przeistoczyć prawdziwej i ekranowej osobowości Monroe w umysłowość bezrefleksyjnej i infantylnej kobietki. Mimo usilnych starań mężów, kochanków, scenarzystów, producentów, hollywoodzkich gwiazdorów, sutenerów, paparazzich i mass mediów na całym świecie aktorka nie stała się nią ani jako bohaterka "Pół żartem, pół serio" Billy'ego Wildera, ani jako call girl z "Przystanku autobusowego" Joshuy Logana. Obroniła się w "Niagarze" Henry'ego Hathawaya i zachwycała autoironią w filmie "Mężczyźni wolą blondynki" Howarda Hawksa.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje