Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jej wysokość Rock'n'Roll

​20-letnia Patti Smith samotnie błąkała się po ulicach Nowego Jorku w poszukiwaniu pracy, dachu nad głową i życiowych doświadczeń, które miały uczynić z niej jedną z najważniejszych amerykańskich artystek XX wieku. Została gwiazdą rock and rolla, choć nie było w nim wtedy miejsca dla kobiet. Patricia Lee Smith w grudniu skończy 70 lat.

Podczas ceremonii przyjęcia do Rock and Roll Hall of Fame, panteonu najwybitniejszych artystów muzyki gitarowej, Patti Smith była jak zawsze rozczochrana i bardziej niż zwykle poruszona. - Dawno temu, pod koniec 1994 roku, krótko przed śmiercią mojego męża, siedzieliśmy razem w kuchni. Obierałam ziemniaki, a on powiedział nagle: "Tricia, pewnego dnia wstąpisz do Rock and Roll Hall of Fame". Machnęłam na niego obierką, mówiąc: "Aa, daj spokój". "Wstąpisz - upierał się - i może nie będzie ci się to podobać, ale obiecaj mi jedno: przyjmiesz to jak dama, nie będziesz przeklinać i pokłonisz się młodemu pokoleniu muzyków, bo to będzie ich kolej, żeby zmieniać świat". 

Reklama

Patti Smith zmieniła świat muzyki, była liderką zespołu rockowego w czasach, gdy dla kobiet w rock and rollu w ogóle nie było miejsca. "Wracaj do kuchni!", dość często słyszała, stojąc na scenie. Jej występy słynęły z żywiołowości, ogromnej energii i sporej dozy improwizacji. Podczas jednego z koncertów spadła na betonowe podłoże ze sceny. Miała pękniętą czaszkę, kilka kręgów i kość ogonową. Na stałe uszkodziła wzrok. Sławę zdobyła w latach 70. dzięki pionierskiemu łączeniu poezji i muzyki. - Większość wieczorów poetyckich, na jakie chodziłam, była potwornie nudna. Pomyślałam: czemu by nie dodać gitary elektrycznej? - wspomina w wywiadzie. 

Tak jak uhonorowany niedawno Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury Bob Dylan - jej idol, a później przyjaciel - pisała teksty, których pozamuzyczną wartość potwierdzały nagrody literackie przyznawane na świecie. Artystka zdążyła zainspirować trzy kolejne pokolenia muzyków i wydać 11 płyt (i jeszcze więcej książek), z których pierwsza, zatytułowana Horses, wymieniana jest w zestawieniach najważniejszych płyt wszech czasów. 

Odnaleźć powołanie

"Urodziłam się w poniedziałek na North Side w Chicago, podczas wielkiej burzy śnieżnej w 1946 roku. Przyszłam na świat o dzień za wcześnie, bo dzieci urodzone w sylwestra wracały do domu obdarowane lodówką", pisze w bestsellerowej książce Poniedziałkowe dzieci, opowiadającej historię jej związku z fotografem Robertem Mapplethorpe’em. 

Zagorzała pacyfistka, urodzona tuż po II wojnie światowej, ze swoim rodzeństwem najczęściej bawiła się w wojnę lub czytała książki. Miłość do literatury zaszczepili jej rodzice, choć żadne z nich nie skończyło liceum. Ojciec, pracownik fabryki, czytał wszystko, co wpadło mu w ręce, potrafił wejść do kuchni, gdy mama smażyła pulpety, i powiedzieć: "Beverly, posłuchaj, co pisze Arystoteles!", wspomina Patti. Często czytał na głos fragmenty Biblii, starając się sprowokować rodzinę do dyskusji. "Kwestionujcie wszystko!", powtarzał. 

Jako 16-latka Patti zatrudniła się w fabryce w New Jersey, dokąd rodzina Smithów przeprowadziła się kilka lat wcześniej. Jej zadanie polegało na nadzorowaniu produkcji kierownic do rowerków trójkołowych. Czas umilała sobie czytaniem wierszy Arthura Rimbauda, XIX-wiecznego francuskiego poety, którego tomik kupiła na straganie, bo spodobało jej się zdjęcie autora na okładce. Rimbaud przypominał młodego Boba Dylana, który był jej największym idolem. Pozostałym pracownicom fabryki nie spodobało się to - uznały, że książka napisana w obcym języku to z pewnością manifest komunistyczny. Zaprowadziły Patti do toalety, gdzie jej gorącą głowę ostudziły w sedesie. Dzięki temu wydarzeniu 12 lat później powstał pierwszy singiel zespołu Patti Smith - punkowy utwór zatytułowany Piss Factory. Tamto doświadczenie zmotywowało ją do podjęcia nauki w kolegium nauczycielskim - wszystko, byle nie praca w fabryce. Nauka nie trwała jednak długo. Wkrótce zorientowała się, że jest w ciąży z chłopcem jeszcze młodszym od niej. "Wychowałam się w czasach, gdy nie było żadnych dostępnych środków antykoncepcyjnych, a jako 19-latka miałam naiwne wyobrażenie o seksie", wspomina. Nie mogąc liczyć na pomoc ojca dziecka ani rodziców, którzy sami ledwo wiązali koniec z końcem, zdecydowała się oddać dziecko do adopcji. "Trafiło do dobrych ludzi. Wierzyłam w to całym sercem", zapisze po latach. 

Wkrótce po urodzeniu dziecka postanowiła wyjechać do Nowego Jorku, choć pieniędzy starczyło jej tylko na bilet. Planowała odnaleźć znajomych, którzy studiowali w Pratt Institute, tamtejszej uczelni artystycznej, i zatrzymać się u nich na kilka dni. Najpierw znaleźć pracę, a potem swoje powołanie. "Nikt na mnie tam nie czekał. A zarazem czekał na mnie cały świat". 

Artystka głodująca

W Nowym Jorku okazało się, że znajomi nie mieszkają już pod wskazanym adresem. Pierwszą noc przesiedziała więc na schodach jednej z kamienic. Kolejne dni, a potem tygodnie spędziła na desperackim szukaniu bratnich dusz, dachu nad głową i pracy. W dzień włóczyła się po mieście, noce spędzała w metrze, parkach, bramach, na cmentarzach. Pewien bezdomny nauczył ją robienia porannych obchodów po kawiarniach, w wielu miejscach dzielono się wczorajszymi ciastkami. Gdy robiło się ciężko, znajomi, których w końcu odnalazła, pozwalali jej od czasu do czasu wziąć prysznic i przespać się na kanapie. "Nikt się mną nie interesował i to mi odpowiadało. Miałam swoją mantrę: jestem wolna, wolna. Ale po jakimś czasie wzięła nad nią górę inna mantra: jestem głodna, głodna". 

Dostała pracę w księgarni. Wieczorami chowała się w toalecie, a gdy ostatni pracownik zamykał sklep, rozkładała na podłodze płaszcz i zasypiała. Roberta Mapplethorpe’a, długowłosego chłopaka, którego kojarzyła z księgarni, spotkała któregoś wieczoru w parku. Pomógł jej pozbyć się natrętnego mężczyzny. "Uratował mnie. Od tego momentu już zawsze był moim rycerzem", mówiła o Robercie. Stali się nierozłączni, połączyło ich nie tylko uczucie, ale też sztuka. Przez kolejne lata wspierali się w twórczych poszukiwaniach, byli pierwszymi krytykami swoich prac. To Robert namawiał ją, by zaczęła śpiewać, to on sfinansował jej pierwszy singiel. Na razie jednak wynajmowali mieszkanie w zdewastowanej kamienicy. Brudne ściany, lodówka zarośnięta pleśnią. Wspólnymi siłami wyczyścili i pomalowali wnętrze, na śmietnikach zebrali niezbędne sprzęty: meble i lampy, które Robert naprawił, i materac, który Patti wyszorowała sodą oczyszczoną. Mama przysłała pościel. Ściany ozdobili swoimi pracami: oboje rysowali, Patti pisała wiersze, Robert robił kolaże i dziwne instalacje. Do muzeów i galerii chodzili pojedynczo, a potem opowiadali sobie szczegółowo to, co widzieli. Patti zaczytywała się w biografiach artystów - wszyscy jej bohaterowie żyli w biedzie, była więc gotowa na to samo. "Śmiech. Niezbędny składnik przetrwania. Dużo się wtedy śmialiśmy", napisze o pierwszych latach w Nowym Jorku, które określi jako "czas stawania się sobą".

Hotel Chelsea

Stawanie się sobą dla każdego z nich oznaczało co innego. Prace Roberta robiły się coraz bardziej niepokojące, a on sam - przygnębiony i wycofany. Gdy okleił ściany, meble i sufit ich wspólnego mieszkania folią, Patti uciekła. Zamieszkali osobno, ich drogi rozeszły się na jakiś czas. On wyjechał do San Francisco, ona z siostrą do Paryża. Gdy wróciła, zastała go w złej formie - wychudzony i chory potrzebował pomocy. Choć nie mieli pieniędzy, postanowili przenieść się do Chelsea, legendarnego hotelu dla artystów, którzy za mieszkanie w nim mogli płacić swoimi pracami, jeśli spodobały się właścicielowi. Po drodze obiecali sobie, że się nie rozstaną, dopóki nie będą mieli pewności, że każde z nich poradzi sobie w życiu samodzielnie. Słowa dotrzymali. Hotel Chelsea działał od początków XX wieku. 

"Krążyły pogłoski, że w zalewanej często piwnicy gniją kufry Oscara Wilde’a. Na naszym piętrze Bob Dylan skomponował Sad-Eyed Lady of the Lowlands, a nawalona spidem Edie Sedgwick, gwiazda filmów Andy’ego Warhola, podobno wywołała pożar, gdy przy blasku świecy przyklejała sobie sztuczne rzęsy", pisze Patti w Poniedziałkowych dzieciach. W Chelsea ich życie się uspokoiło, choć jednocześnie było coraz bardziej ekscytujące. Spotykali tu Janis Joplin, Williama Burroughsa, Allena Ginsberga, Jimiego Hendrixa. "Nawet ci, którzy odnieśli sukces, mieli tylko tyle, aby żyć jak ekstrawaganccy włóczędzy", wspomina. Stopniowo wchodzili coraz głębiej w artystyczne kręgi, na co dzień wciąż ledwo wiążąc koniec z końcem. Patti nadal pracowała w księgarni, ale żeby zdobyć więcej pieniędzy, robili biżuterię z uszkodzonych przynęt na ryby, starych sznurówek, rzemyków i drucików. 

"Mieliśmy oko na każdego, kto w sąsiedniej restauracji zamawiał owoce morza. Gdy wychodził, podchodziłam do stolika i zawijałam szczypce homara w chusteczkę. Robert je szorował, czyścił papierem ściernym i malował sprejem. Odmawiałam krótką modlitwę dziękczynną za homara, gdy nawlekał szczypce na naszyjnik", pisze we wspomnieniach. Robert uczył się fotografii, Patti zaczęła myśleć o występowaniu na scenie. 

Gdy po raz kolejny usłyszała, że wygląda jak folkowa piosenkarka, rozłożyła na podłodze ich maleńkiego pokoju powycinane z gazet zdjęcia Keitha Richardsa, gitarzysty The Rolling Stones. Przyglądała im się przez chwilę, po czym sięgnęła po nożyczki, żeby obciąć włosy. "Było to wyzwalające doświadczenie. A moja nowa fryzura stała się gorącym tematem rozmów. Przypomniały mi się koleżanki z liceum. Marzyły o tym, żeby zostać piosenkarkami, a skończyły jako fryzjerki. Ja nie pragnęłam ani jednego, ani drugiego, ale w następnych tygodniach miałam ścinać włosy wielu ludziom i śpiewać na scenie". 


Poetyckie pyskówki

Nie umiała wytrzymać zbyt długo w jednym. Najpierw spróbowała swoich sił jako aktorka. Dostała drugoplanową rolę narkomanki w sztuce teatralnej, która okazała się sukcesem towarzyskim. Andy Warhol i jego świta obejrzeli przedstawienie kilkakrotnie. "Wcielenie się w postać Leony ugruntowało nieuzasadnioną opinię, że jestem świetną heroinistką. Grałam na tyle nieźle, że zyskałam złą reputację". Doświadczenie z teatrem przekonało ją, że ma talent sceniczny, ale nie chce być aktorką - "nie potrafiłam zrezygnować z siebie do tego stopnia. Na scenie i poza nią byłam tą samą osobą". Jako poetka też nie czuła się dobrze - "wiedziałam, że nigdy nie dopasuję się do tej zamkniętej społeczności". Rozwiązanie okazało się zaskakująco proste: połączenie siły poezji i energii rock and rolla. 

10 lutego 1971 roku w nowojorskim kościele św. Marka odbył się jej pierwszy wieczorek poetycki z akompaniamentem gitary elektrycznej, na której zagrał jej znajomy ze sklepu muzycznego. Wśród gości byli m.in. Lou Reed i Andy Warhol. Zgromadzona w kościele publiczność usłyszała jeden z najsłynniejszych wersów rock and rolla: "Jezus umarł za czyjeś grzechy, ale nie za moje". "Te słowa są deklaracją istnienia, przysięgą, że będę brała odpowiedzialność za własne czyny", tłumaczyła po latach. Wieczór okazał się sukcesem, ale Patti nie była zadowolona. "Poczułam zażenowanie. Miałam poczucie, że to przyszło zbyt łatwo", napisała. Zrozumiała jednak, że to właściwy kierunek. Kupiła gitarę, zdobyła śpiewnik z piosenkami Boba Dylana i zaczęła się uczyć. Rozwijała umiejętności nie tylko muzyczne, ale przede wszystkim sceniczne. Czytała wiersze w barach i przed koncertami innych artystów. Podpitą publiczność niespecjalnie interesowało, co ta chuda, potargana dziewczyna ma do powiedzenia. Większość czasu traciła na pyskówki z klientami baru, ale dzięki temu nauczyła się radzić sobie z każdą publicznością. 

Przełomowym momentem był dla niej koncert, na którym wśród publiczności znalazł się Bob Dylan. "Dla mnie był to wieczór inicjacji, musiałam się stać w pełni sobą w obecności człowieka, na którym się wzorowałam". Album Horses ukazał się w 1975 roku. Słynne zdjęcie na okładkę zrobił Robert. Widać na nim rozczochraną dziewczynę ubraną w białą koszulę z czarną wstążką przy kołnierzyku. "Trochę Baudelaire’a, trochę grzecznego katolickiego chłopca, trochę Sinatry", powie o sobie na tej fotografii. Gdy wychodziła na scenę, często przynajmniej połowa publiczności miała na sobie białe koszule. "Jakbym grała dla szkółki niedzielnej", śmiała się. 

Ciche lata

"O mężczyźnie, który został moim mężem, pragnę napisać tylko tyle, że był królem wśród mężczyzn, a ludzie się na nim poznali". Fred "Sonic" Smith również był muzykiem, gitarzystą zespołu MC5. Z Robertem rozstała się w przyjaźni kilka lat wcześniej, oboje byli już samodzielnymi artystami. Gdy w 1980 roku Patti i Fred brali ślub, żartowano, że wychodzi za niego, żeby nie zmieniać nazwiska, które do tego czasu zdobyło już dużą sławę. Tak dużą, że Patti postanowiła zejść ze sceny. Wyprowadzili się z Nowego Jorku, mieli dwoje dzieci: w 1982 roku urodził się Jackson, pięć lat później Jesse. W tym samym czasie, gdy Patti zorientowała się, że jest w drugiej ciąży, u Roberta zdiagnozowano AIDS. "On nosił w sobie śmierć, ja nosiłam życie". Mapplethorpe umarł 9 marca 1989 roku. Był jedną z wielu bliskich osób, na których śmierć patrzyła. Kilka lat później na zawał serca umarł jej mąż. "Tamtego feralnego poranka, 4 listopada, pędziłam z leżącym w karetce Fredem przez Detroit do tego samego szpitala, w którym przyszły na świat nasze dzieci", pisze w wydanym u nas właśnie "Pociągu linii M". 

Pogrzeb odbył się w tym samym kościele, w którym 15 lat wcześniej wzięli ślub. Miesiąc po śmierci męża jej ukochany brat dostał ciężkiego wylewu podczas pakowania prezentów bożonarodzeniowych dla swojej córki. - To nieprawda, że czas leczy rany. Takich ran nie da się wyleczyć. Można tylko nauczyć się z nimi żyć - mówiła w wywiadzie. - To bardzo ważne, żeby nie bać się smutku, bo tylko jeśli go zaakceptujemy, odnajdziemy znowu miejsce na radość. Po śmieci męża wróciła na scenę, żeby utrzymać rodzinę, ale stopniowo na nowo odnalazła w muzyce radość. Znowu pisała i nagrywała. Wróciła do Nowego Jorku. "Nie urodziłam się po to, żeby być widzem". 

Patronka wykluczonych

"Wreszcie wstałam, w złym humorze. W bucie znalazłam kocią zabawkę. Spojrzałam na siebie w lustrze. Przycięłam końce warkoczy, bo były w dotyku jak słoma. Jak zawsze po cichu podziękowałam rodzicom za to, że dali mi życie, a potem zeszłam na dół i nakarmiłam koty. Nie mogłam uwierzyć, że oto kończy się kolejny rok", napisała w "Pociągu linii M" o swoich 66. urodzinach. Odkąd w połowie lat 90. przerwała milczenie, regularnie wydaje płyty, książki i wiersze. Koncertuje na całym świecie, często układając trasę według miejsc spoczynku artystów, których podziwia. Do tej listy wciąż dochodzą nowe groby, niewielu bowiem twórców żyjących razem z nią życiem nowojorskiej awangardy cieszy się takim zdrowiem jak ona. 

Jetlag leczy serialami kryminalnymi. Zdarza jej się na kilka dni zaszyć w małym hoteliku w obcym mieście, żeby bez przerwy oglądać kolejne odcinki. Żartuje, że praca poetów i detektywów jest bardzo podobna: żmudne zbieranie drobnych tropów i dochodzenie do prawdy. Gdy nie jest w trasie, siada przy swoim ulubionym kawiarnianym stoliku, pije kawę za kawą i pisze. Przez dziesięć lat stolik ten stał w lokalnej kawiarence Cafe ’Ino. Gdy ją zamknięto, stanął w jej domu, zasilając kolekcję "smutnego barachła i popsutych przedmiotów", do których zbierania od dziecka miała słabość. Rzeczom zaginionym, niechcianym i popsutym poświęcała zawsze dużo uwagi. W muzyce podobnie - stała się patronką wykluczonych. Zagubione dzieciaki, ludzie z najróżniejszych powodów nieakceptowani przez swoje społeczności, buntownicy, outsiderzy, niespokojne duchy - kolejne pokolenia odnajdują się w jej twórczości. 

"Całkiem niedawno zdałam sobie sprawę, że przekroczyłam jakąś granicę, nieświadomie odziana w prawdę swoich lat", pisze w "Pociągu linii M." "Jak to możliwe, że tak się zestarzeliśmy, do cholery? - pytam swoje stawy, włosy koloru żelaza. Dzisiaj jestem starsza niż moja miłość, moi przyjaciele, którzy już odeszli. Bliscy, których straciłam, wierzyli we mnie. To wystarczający powód, żeby się nie poddawać. Nie wspominając o tym, że życie jest świetne".

Olga Wiechnik

Twój STYL 12/2016

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje