Przejdź na stronę główną Interia.pl

Janusz L. Wiśniewski: W polskim internecie są emocje

​Po 20 latach pisarz powraca do swej bestsellerowej powieści "Samotność w sieci". Nam pierwszym zdradza, jaką historię opowie w jej kolejnej części.

PANI: Czekając na pana, przeglądałem "Samotność w Sieci". Zauważyła to kelnerka i powiedziała: "Ma pan jedną z moich ukochanych książek". Jak się panu udało napisać jedną z najpopularniejszych polskich powieści początku XXI wieku?

Reklama

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Tak pan uważa? Ta powieść ukazała się szesnaście lat temu, a zacząłem ją pisać przed dwudziestoma laty. Do tej pory nie wiem, dlaczego odniosła taki sukces. Czasem gdy nie mogę zasnąć, to się nad tym zastanawiam. Ale wciąż nie mam w tej sprawie jasności.

- Byłem chemikiem o banalnym nazwisku Wiśniewski, od lat pracującym we Frankfurcie nad Menem. Nie publikowałem wcześniej żadnego utworu z tak zwanej literatury pięknej... Może po prostu moja powieść trafiła na swój czas. Pewne jest jednak, że "Samotność..." zmieniła moje życie. Wprowadziła mnie do innego świata, do którego tak naprawdę wciąż chyba w pełni nie należę.

Pańska powieść ukazała się po rosyjsku, chorwacku, wietnamsku, czesku...

- ...litewsku, ukraińsku, łotewsku, albańsku, rumuńsku, bułgarsku, chińsku...W 18 krajach. Nie przetłumaczono jej jednak w Niemczech, kraju, w którym mieszkam.

Dlaczego?

- Na początku pisałem do szuflady. A gdy moja debiutancka powieść stała się popularna, nie chciałem, żeby koledzy z pracy - czyli z poważnego, naukowego wydawnictwa Elsevier - patrzyli na mnie jak na autora bestsellera. Za wszelką cenę pragnąłem, by te moje dwa życia pozostały rozłączne, jakby oddzielała je mentalnie Odra. Dopiero po ośmiu latach, dość przypadkowo, ludzie z Elsevier dowiedzieli się, że piszę beletrystykę - "Samotność..." odniosła wtedy olbrzymi sukces w Rosji.

Jest pan tam literacką gwiazdą.

- Moja książka ukazała się po rosyjsku w 2005 roku i... zniknęła jak kamień rzucony w wodę. Po pewnym czasie zaczęły jednak przychodzić do mnie e-maile pisane cyrylicą. Byłem bardzo zdziwiony ich liczbą i intymnym tonem. A listów otrzymywałem coraz więcej.

- Już dwa lata później, bardzo pośpiesznie, wydano w Rosji mój zbiór opowiadań "Zespoły napięć" i z tej okazji zaproszono mnie na targi książki w Moskwie, a potem do Petersburga. Pamiętam, że pewnego razu zacząłem podpisywać książki o godzinie osiemnastej. O 22 planowo zamykano sklep, ale ludzi było tylu, że nie dało się tego zrobić. Organizatorzy kładli mi zimne kompresy na bolące ramię i pytali, czy jeszcze daję radę. Skończyłem podpisywanie o północy. Byłem potwornie zmęczony rozmowami z tymi wszystkimi Nataszami, Swietłanami, Nataliami, ale i szczęśliwy.

- A potem zostałem jedynym nierosyjskim pisarzem, którego zaproszono do akcji "Czytaj książki". Banery z moją fotografią wisiały nad ulicami i na każdym przystan­ku autobusowym Moskwy i Petersburga.

Teraz chce pan powrócić do świata "Samotności w Sieci".

- Bardzo długo broniłem się przed napisa­niem kolejnej części. Nie chciałem, żeby myślano, że Wiśniewski dla kasy wydaje sequel. Presja ze strony polskich wydaw­nictw była jednak duża, a jeszcze większa ze strony wydawnictw rosyjskich. Nic dziw­nego.

- Czy pan wie, że w Petersburgu od ośmiu lat jest pokazywana sceniczna wer­sja "Samotności w Sieci"? Zapytałem dy­rektora teatru: "Dlaczego to ciągle gra­cie?". "Bo ludzie wciąż przychodzą", usłyszałem.

Uległ pan jednak namowom.

- Zdałem sobie sprawę z tego, że od wydarzeń z mojej powieści mija już dwadzieścia lat! Dwadzieścia lat miałby zatem syn mojej bohaterki Jakub. Świat, jaki kiedyś przedsta­wiałem, bardzo się przez ten czas zmienił. I warto by było tę zmianę pokazać.

Moim zdaniem nie tylko się zmienił, ale wręcz nie istnieje. Choć pańscy bohaterowie porozumiewają się za po­mocą internetu, to najważniejsze, tak jak w dawnych powieściach epistolarnych, jest dla nich słowo. A teraz żyjemy w rzeczywistości, którą rządzą obrazy.

- W 2001 roku średnich rozmiarów zdjęcie przesyłało się za pomocą modemu prawie dziesięć minut. Nic dziwnego, że w sieci królowało prawie wyłącznie słowo. Ale to słowo nie było tylko suchą informacją. Jako pierwszy w polskiej literaturze pokazałem, że w internecie są też emocje. Można się tam zaprzyjaźnić, zakochać, a nawet osza­leć z miłości.

- Tak, teraz mi przyszło do gło­wy, że to mogło być głównym powodem sukcesu mojej książki.

Dwadzieścia lat temu nie znaliśmy hejtu, trolli czy postprawdy. Nie słyszeliśmy o nastolatkach popełniających samobójstwo z powodu zdjęć, które przedostały się do internetu... Ta niewin­ność została bezpowrotnie utracona.

- I właśnie dlatego chcę opisać ten nowy świat: Instagrama, Twittera, WhatsAppa. Przewodnikiem po nim będzie syn mojej głównej bohaterki Jakub. Na szczęście, pisząc pierwszą część, nie rozwiałem wąt­pliwości, kto jest jego ojcem. To będzie punktem wyjścia.

- W mojej nowej książce Jakub poznaje na Instagramie dziewczynę, w której się zakochuje. Ale ona chciałaby, żeby był tak doskonały, jak bohater jej ulu­bionej powieści zatytułowanej... "Samot­ność w Sieci". Jakub wkrótce spostrzega, że historia w niej opisana w zadziwiający sposób przypomina życie jego matki, i postanawia poznać prawdę.

Postawmy tu kropkę, bo chyba za bardzo spoj­lerujemy (zdradzamy element fabuły). Chcę się jednak dowiedzieć, czy lubi pan ten nowy świat sieci.

- Jestem jego badaczem. Korzystam z każdej istniejącej aplikacji, bo chcę ją poznać i zrozumieć. Dostrzegam potworność współczesnej kultury cyfrowej, ale traktuję ją jako skutek uboczny.

- Najgorsze co, moim zdaniem, mogłoby się zdarzyć internetowi, to ocenzurowanie go. To podważyłoby naj­głębszy sens istnienia sieci, jakim jest wol­ny przepływ informacji. Przeraża mnie internetowy hejt, to jasne. Ale zawsze, w każdej grupie, 4-5 proc. osobników sta­nowią źli ludzie: nienawistnicy, zazdrośni­cy czy sadyści. W realu też. Tylko że tam nie są tak widoczni jak w internecie.

Sieć siecią, ale "Samotność..." to przede wszyst­kim książka o miłości. Jej bohaterka przed laty ponad wszystko "pragnęła zwykłej rozmowy. O książce, o filmie, o przeznaczeniu". Czy przez dwie dekady coś się zmieniło w kwestii ludz­kich pragnień?

- Oczywiście, że nic się nie zmieniło! Może opakowanie jest inne, ale jądro pozostaje to samo: ludzie nie chcą być samotni. Dlatego używają aplikacji społecznoś­ciowych i kolekcjonują lajki.

- Po­pularność nowych mediów za­silają, moim zdaniem, cztery bardzo ludzkie i stare źródła: nasza próżność, ekshibicjonizm, skłonność do podglądactwa i wspomniany już lęk przed samotnością. A może raczej - marzenie o byciu ko­chanym.

- Przy okazji chcę powiedzieć, że jestem obrońcą mającego złą prasę Tin­dera. To nie jest tylko rodzaj seksualnego supermarketu. Ludzie w Niemczech korzy­stają z niego na przykład wtedy, gdy nie mają z kim pójść do teatru.

Dalszy ciąg "Samotności w Sieci" ukaże się nakładem wydawnictwa Wielka Litera w przy­szłym roku. Kiedy znajduje pan czas na jego pisanie?

- Na początek Wielka Litera wyda "Samot­ność..." z nową okładką oraz, uwaga, pierw­szym fragmentem kontynuacji. Będzie dostępna już w maju na Warszawskich Tar­gach Książki.

- A kiedy znajduję czas na pisa­nie? Teraz pracuję dla Elsevier tylko cztery dni w tygodniu. Uznałem, że tak będzie uczciwiej nie tylko wobec czytelników, ale i moich córek oraz kobiety, z którą chcę spędzić resztę życia. Już raz popełniłem ten błąd - nie miałem czasu dla byłej żony. Więcej go nie powtórzę.

PANI 5/2017

Rozmawiał JAROSŁAW TOPOLEWSKI

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje