Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jak działają polscy paparazzi

Kiedy Anna Adamkiewicz zaczęła chodzić z aparatem na bankiety, dowiedziała się, że na fotografowane gwiazdy mówi się ryje. Kilka lat później została "paparuchem" i poluje na zdjęcia w sytuacjach, w których "ryje" nie mają na to najmniejszej ochoty.

Przeczytaj fragment książki "Paparuchy kontra ryje. Celebryci made in Poland" autorstwa Tomasza Potkaja:

Reklama

Anna Adamkiewicz, zanim stała się paparazzo, była fanką gwiazd. Jeszcze w liceum jeździła na koncerty za swoimi idolami do Niemiec, Francji czy Holandii. Z koleżankami stawała gdzieś w pobliżu wyjścia do garderoby, by z bliska widzieć swoich bohaterów.

Na przykład zespół "Kelly Family", najpopularniejszą młodzieżową kapelę lat 90. Wśród nastolatków panowało na ich punkcie prawdziwe szaleństwo, choć trudno dziś zanucić którąś z ich piosenek, wszystkie popadły w niepamięć. Widziała wtedy ludzi z aparatami fotograficznymi, sama kilka razy zrobiła sobie zdjęcie z jakąś gwiazdą, ale nie myślała, że zostanie paparazzo. Bardziej, że będzie mieć taką pracę, która pozwoli przebywać w ich pobliżu.

Zaczęła od kotletów. To dość typowy początek zawodowej drogi przyszłych paparuchów. Kotlety to typowe zdjęcia bankietowe robione na imprezach. Trzeba przyjść, sfotografować wszystkich obecnych i koniec roboty. Bankiet i ścianka, ścianka i bankiet. Nuda. Konkurencja duża, pieniądze małe. Kiedy Anna zaczęła chodzić z aparatem na bankiety, dowiedziała się, że na fotografowane gwiazdy mówi się ryje. - Więc zaczęłam podpatrywać: jakiś ryj zrobił minę, inny schylił się, jakaś gwiazda poprawia ramiączko. Zaczęłam to fotografować.

Organizatorom i gwiazdom niezbyt się to podobało ponieważ woleli grzeczne zdjęcia, na których się uśmiechają. Skarżyli się na nas. Któryś z kolegów fotografów powiedział mi o paparazzi. Ale zdjęcie paparazzi to było dla mnie wtedy, jak ktoś wychodzi z bankietu i łapie taksówkę. Byłam młodą dziewczyną, wydawało mi się, że jak chodzę na bankiety, to jestem kimś innym czy lepszym. Kręcił mnie ten świat. To było takie ekscytujące. Rozmowy typu: czy przyjdzie Górniak i co się wtedy wydarzy. Paparazzi to było wtedy zajęcie ambitne i duże wyzwanie. Coś jak warszawskie safari. Ktoś powiedział mi wtedy, że paparazzi to nie zawód, ale charakter.

- Żeby robić kotlety, trzeba mieć dobry sprzęt i umieć fotografować?

- Właśnie tak. A żeby robić zdjęcia paparazzi, trzeba mieć dobry sprzęt i jaja.

Bo w paparazzi jakość nie jest najważniejsza. A właściwie w ogóle się nie liczy.

Torebka daje przewagę

Dla Anny Adamkiewicz najważniejsza była torebka. To była jej przewaga i dzięki temu mogła zrobić tematy, których nie udawało się zrobić facetom. Dlatego kupowanie torebki to była prawdziwa ceremonia. Powinna być markowa. I reprezentacyjna, czyli taka, jaką noszą kobiety w dobrych restauracjach i pięciogwiazdkowych hotelach. Nieważny kolor ani czy do czegoś pasuje. Ważne za to, żeby była mocna, żeby nie poszły w niej uszy. Bo w środku ma się zmieścić sprzęt za kilkanaście tysięcy złotych. A więc idziesz do ekskluzywnego sklepu. Pani pyta, w czym mogę pomóc. Pokazuje. I wtedy zaczyna się wyjmowanie ze starej torby i pakowanie do nowej na próbę: konwerter, osłona, obiektyw, aparat. Nie zmieści się. Pani pokaże mi większą. Ta powinna być dobra.

- Wszystkie tematy, te na ulicy i te we wnętrzach, robiłam z torebki. Wyglądało to tak: stoję sobie z torebką i palę faję. Obserwuję ludzi, którzy mnie interesują. Kiedy zaczyna dziać się coś ciekawego, wyjmuję aparat, robię zdjęcia, po czym chowam go do torebki. Naprawdę trudno rozpoznać we mnie paparazzo. Starałam się nie wchodzić w sytuacje konfliktowe. Nie zależało mi, czy wygram słowną potyczkę z ryjem. Zależało mi jedynie na tym, żeby zrobić zdjęcie. I żeby nie palić za sobą mostów po to, aby móc fotografować go w przyszłości.

Zaczęła pracować dla agencji M. To właściwie Michał, jej właściciel oraz C., który był jego wspólnikiem, rozwinął rynek paparazzi w Polsce do niespotykanych wcześniej i później rozmiarów. Żeby mogło się to stać, na rynku musiał pojawić się tytuł prasowy z dużym budżetem, zainteresowany regularnym publikowaniem zdjęć paparazzi. Taki jak w 1995 roku Halo.

Era tablidów

Stało się to, gdy w październiku 2003 roku ukazał się pierwszy numer Faktu. Michał wyglądał skromnie i niepozornie. Nieśmiały blondyn, dopiero po maturze, chodził od redakcji do redakcji proponując swoje zdjęcia. To były zwyczajne kotlety i ścianki. Miał jednak w sobie determinację i spryt, a kiedy na swojej drodze spotkał C., wspólnie rozkręcili agencję. Pierwszą siedzibę mieli w wynajmowanej kawalerce na Bielanach, potem przenieśli się do centrum, na Chmielną. To było duże biuro, niemal jak redakcja, w ciągu dnia kręciło się tam mnóstwo osób.

- Jednego miesiąca potrafiłem zarobić dla niego 60 tysięcy złotych, z czego dostawałem połowę - opowiada S. Takich jak on było 15. Wśród nich Anna Adamkiewicz. Jej druga pensja w nowym miejscu pracy wyniosła około 10 tysięcy złotych. - Miałam 22 lata i to były dla mnie ogromne pieniądze. Moje koleżanki zarabiały po 800 złotych na promocjach. Ale zawsze porównywałam się z tymi, którzy byli wyżej. Celebryci, którym robiłam zdjęcia, takie pieniądze jak ja w miesiąc zarabiali w tydzień. Bardzo mi się to podobało.

W pracy, na tematach i w agencji Anna spotyka ludzi, którzy wydawali jej się interesujący, odważni, bez kompleksów - tak oceniała ich wtedy. Choć wszyscy konkurują ze sobą nawzajem, jako środowisko są zgrani i zżyci. Nie ma problemu, jeśli psuje ci się samochód albo masz jakiś kłopot. Dzwonisz do kolegi, a on przyjedzie, choćby to był środek nocy. Ponieważ Anna jest dziewczyną, traktują ją trochę inaczej. Jakby cieplej. Czasem staje się powiernicą ich męskich sercowych rozterek.

Wtedy, kiedy weszła w ten świat, paparazzi była pracą dla singli. Nie sposób było pogodzić takiej pracy i trybu życia z jakimkolwiek życiem rodzinnym. - Wracasz nad ranem. Nagle dowiadujesz się, że musisz wyjechać i nie wiadomo, kiedy wrócisz do domu. Żadnych planów, żadnej stabilizacji. Tylko pieniądze. Większe niż gdzie indziej. No i z dnia na dzień możesz wziąć kilka dni wolnego, gdy poczujesz się wypalony albo po prostu zmęczony. Kupić wycieczkę albo bilet i wyjechać gdzieś na wakacje. Możesz sobie na to pozwolić.

Wstajesz, jedziesz na temat

Jej dni wyglądały podobnie: wstaje rano, jedzie na temat. Potem siedzi w samochodzie przez kilka, a zdarzało się, że kilkanaście godzin bez przerwy. Chyba, że zadzwonili z agencji, że ma jechać robić coś bardziej pilnego. Robiła zdjęcia. Jeśli temat był bardzo pilny, musiała zawieźć do agencji kartę pamięci. Jeśli nie, mogła zrobić to następnego dnia rano.

Michał, szef, wymagał pełnej dyspozycyjności. Fotograf pracował 10 godzin dziennie i miał prawo do czterech dni wolnego w miesiącu. Jednak kiedy był na temacie, nie mógł wrócić do domu do czasu, aż ktoś go nie zmienił. Czasem z 10 godzin robiło się 12 i więcej. Pilnował również, żeby jego fotografowie nie kontaktowali się z redakcją, dla której pracowali. Chciał wyłączności, co pozwalało mu mieć nad wszystkim kontrolę. Układ był czytelny: on podejmuje się tematów, których nikt inny nie chciał robić, wysyła swoich ludzi, a redakcja nie wnika w szczegóły. Na koniec się rozliczają.

Płacił stałą pensję, potem także część kwot za sprzedane zdjęcia. Ale nie chciał pokazywać faktur, więc, choć musiało upłynąć trochę czasu, fotografowie zorientowali się, że szef podaje im inne kwoty od tych, które na nich widniały. Oczywiście dużo niższe. I to im się nie podobało. Wtedy niektórzy odeszli. Na przykład do konkurencji, bo pojawiły się inne agencje, czemu trudno się dziwić, bo popyt na zdjęcia paparazzi był ogromny. Albo założyli własne. To był czas, kiedy nie tylko Fakt, w ślad za nim Super Express, ale też tygodniki o gwiazdach chciały mieć zdjęcia celebrytów fotografowanych zza węgła, zza szyby samochodu, w sytuacjach możliwie jak najbardziej prywatnych. Niewyraźne. Nocne. Wydawało się, że będzie już tylko lepiej. Tak było mniej więcej do 2008 roku. Potem media dotknął kryzys, który zmienił również branżę paparazzi.

Tymczasem konkurencyjna do M. agencja, którą założył były dziennikarz Super Expressu i Faktu, działała inaczej. Fotoreporterzy pracowali tyle, ile chcieli i mogli, tyle też zarabiali. Obowiązywały pewne zasady. Pierwszą było zero agresji. Jeśli osoba fotografowana staje się nerwowa, należy się wycofać. Druga zasada polegała na tym, że fotografujesz, jeśli na twoim miejscu mógłby być każdy. Dajmy na to przypadkowy przechodzień. Czyli możesz sfotografować kogoś w miejscu ogólnodostępnym, ale już nie kiedy przebywa na przykład w ogródku własnego domu. Oczywiście trudno było sprawdzić, czy fotoreporterzy zawsze stosowali się do tych zasad, takie reguły jednak były. Właściciel agencji powtarzał swoim fotoreporterom, że przede wszystkim są dziennikarzami, a ich głównym celem jest publikacja materiału. W związku z tym niedopuszczalne jest podejmowanie zleceń polegających na przykład na śledzeniu czyjejś żony na zlecenie jej męża.

- W momencie największego rozwoju firmy zatrudniałem 21 osób - opowiada mi szef agencji. - Fotografowanie ludzi na ulicach czy w knajpach to była świetna praca dla młodych ludzi, którzy w jakiejś korporacji zarabialiby grosze wykonując jaką nudną pracę za niewielkie pieniądze. Tu mieli wolną rękę, sami ustalali sobie czas pracy, która dostarczała im adrenaliny, a jej efekty miliony ludzi oglądało w gazetach. Nie mówiąc o naprawdę dużych pieniądzach, jakie zarabiali. Czego można chcieć więcej?

Po temacie, w zależności od stanu zmęczenia, paparazzi szli na imprezę albo do domu, żeby się wyspać. Po kilku miesiącach takiego życia Anna obserwowała u siebie objawy anemii, niedożywienia albo zasypiała podczas rozmowy przy stole. To był sygnał, że trzeba sobie zrobić przerwę.

Główne zajęcie to czekanie

W tej pracy najwięcej było czekania. Być na temacie oznaczało, że siedzi się pod czyimś domem w samochodzie i gapi przez szybę. Pięć godzin. Albo i piętnaście. Często na jednym temacie stało kilka osób pracujących dla różnych agencji. (...)

Po kilku godzinach "ona" wreszcie wychodzi. Paparazzi fotografują, potem jadą za nią. Czasem któryś z nich zajedzie jej drogę. Ale nie tak, żeby spowodować wypadek, raczej dla chryi, żeby się coś działo. Wieczorem będą znów czekać pod domem, aż wróci. W złotych czasach paparazzi wystarczyło sfotografować celebrytę wychodzącego z domu, żeby następnego dnia materiał ukazał się w gazecie. Na tym zdjęciu fotograf zarabiał przynajmniej kilkaset złotych. Dniówka za stanie pod domem wynosiła 100 złotych w przypadku, gdy nie udało się zrobić zdjęcia. Nie wszyscy się na to godzili, w końcu to robota bardziej dla stróża niż fotografa, nawet jeśli to tylko paparuch. Ale wielu było takich, co stali.

- Dawniej, w złotych latach paparazzi, obowiązywała jedna podstawowa reguła - opowiada Anna Adamkiewicz. - Chodziło o to, że paparazzi miał być niewidoczny. Jeśli fotografowana osoba zauważyła, że ktoś robi jej zdjęcie, uważaliśmy, że temat jest już spalony. (...)

Celebryci często skarżą się, że paparazzi uprzykrzają im życie. W wielu przypadkach jest to prawda. To nic przyjemnego widzieć codziennie fotografów przed swoim domem.

Z drugiej strony - tak tłumaczą to fotografowie - jest to cena, jaką płaci się za popularność. W sumie - niezbyt wysoka. A zdjęcia kompromitujące? - Oni sami się kompromitują robiąc to, co robią. Ja tylko robię im zdjęcia - mówi Przemek Stoppa (najsłynniejszy polski paparazzo - przyp. red.).

***
Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji

Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje