Przejdź na stronę główną Interia.pl

Grzegorz Markowski: Moje dobre dni

Chyba nie ma nikogo, kto by powiedział, że Markowski to cyniczny skurczybyk. Oszukać kogoś, skrzywdzić to nie są moje standardy. /Hubert Komerski /Twój Styl

Charyzmatyczny głos, niepokorny charakter. Kto za tym stoi? Chłopak z Józefowa, któremu mimo wielkiej kariery życie nie pozwoliło pogwiazdorzyć. „Nosić na palcu brylant, wynajmować apartamenty w hotelach? Nie mój styl” - mówi Grzegorz Markowski. Mieszka w domu, który zbudował w latach 80., dopiero niedawno kupił forda mustanga, o jakim marzył. Nigdy nie pchał się na pierwszy plan. I może dlatego ludzie go szanują. Swojej autobiografii wstydzić się nie musi.

Reklama

Za dwa dni wychodzi dziewiąta płyta Perfectu "Muzyka". Na tym etapie kariery i życia to dla ciebie rutyna czy wciąż rzecz, która cieszy?

Grzegorz Markowski: - Przede wszystkim mam tremę, ogromną. Myślę, że z wiekiem coraz większą. Odnieśliśmy z zespołem duży sukces, prowadzimy przyjemne życie. Tylko że na plecach wciąż czujemy ciężar świetnego debiutu. Kiedy na pierwszej płycie nagrywasz takie przeboje jak Ale w koło jest wesoło, Nie mogę ci wiele dać, to potem wisi nad tobą odpowiedzialność. Przed publicznością, ale też przed sobą. Wciąż musimy się sprawdzać, potwierdzać pozycję, a przecież oddech jest krótszy, ciało mniej sprawne. Ale zespół Perfect bierze te wszystkie niedogodności na klatę i kolejny raz jakoś się udaje. Choć nie wszystkie nasze płyty odniosły sukces, wszystkie były zauważone i grane przez radia. Mam nadzieję, że nie tylko z szacunku dla starszych panów.

Reklama

Kokietujesz!

- Nie do końca. Mam 63 lata. Podoba mi się, co powiedział Stanisław Barańczak. Kiedy przychodzi starość, a ona za chwilę zapuka do moich drzwi, to największym sukcesem jest pokazać jej środkowy, wyciągnięty palec. Na przekór temu, że ciało nie nadąża, trzeba próbować się uśmiechać i zachować samodyscyplinę. Staram się tak żyć. Dbam o siebie, ćwiczę na siłowni. Tylko kiedy przychodzą młode dziewczyny, zakładam mniejsze ciężary, bo wstydzę się przy nich sapać. Ciało to maszyneria, dzięki niemu mogę spędzić w dobrej formie półtorej godziny na scenie. Ale są chwile, gdy przyjeżdżam do hotelu i w ubraniu padam na łóżko. Koncert w moim wieku to już trochę akt desperacji. Nie będę płakał nad własnym losem, tylko zauważam, że czas płynie. Dziesięć lat temu podwiozłem autostopowiczkę. Wysiadając z samochodu, spytała: "A pana młodszy brat nie śpiewał w grupie Perfect?". Przełknąłem to. I mogę zapewnić, że tego wieczoru nie płakałem.

Wierzysz, że najnowsza płyta będzie sukcesem?

- Chciałbym, żeby tak było, ale pewności się nie ma. Urok mojego zawodu polega na tym, że nigdy nie wiesz, kiedy wejdziesz na olimp, a w którym momencie będziesz musiał zejść kilka stopni niżej. Bo spektakularnego plaśnięcia tyłkiem o beton nigdy jako Perfect nie zaliczyliśmy.

Masz muzyczną intuicję, wiesz, który utwór będzie hitem?

- Piosenkę można porównać do kobiety. Czy to będzie związek tylko na pół roku, czy na całe życie, tego na początku nie da się przewidzieć. Niepokonani wypłynęli po roku od ukazania się płyty, wcześniej nikt na ten utwór nie zwrócił uwagi. Śmiesznie było z "Nie płacz, Ewka", jednym z naszych największych przebojów. W ’81 roku nagrywaliśmy w radiu piosenki, które znalazły się na pierwszej płycie Perfectu. Zbyszek Hołdys powiedział, że ma kawałek w stylu country, ale trochę się go wstydzi. Jeśli zostanie czas, spróbujemy. Wyszliśmy na przerwę. Gdybyśmy dłużej palili papierosy, "Ewki..." by nie było. Element niewiadomej, ryzyka jest wpisany w to, co robimy. Ale to jest fajne.

Skoro wywołałeś "Ewkę" i Hołdysa... Pamiętasz występ, od którego wszystko się zaczęło?

- Oczywiście! Choć pierwszy koncert Perfectu był klapą, przyszło... 15 osób. Mieliśmy wino, więc na koniec upiliśmy się razem z publicznością. Ważny koncert odbył się w poznańskiej Rock Arenie też w ’81 roku. Pod salą stał tłum, nie wszyscy zmieścili się w środku. Zaczęliśmy grać. I nagle widzę, jak ludzie tłuką szyby w oknach, żeby wedrzeć się do środka. Przyjechała milicja. Poszła fama, że Perfect to ostra kapela. W "Sztandarze Młodych" Dariusz Michalski napisał, że zespół Zbyszka Hołdysa zadebiutował z przytupem. I pojechało...

Uwierzyliście, że jesteście wielcy? Bo sukces chyba jednak uderza do głowy.

- Zbyszkowi z pewnością uderzył. Ja zawsze myślę, że zdolnych ludzi jest mnóstwo. Wystarczy przejść się ulicami Berlina, Amsterdamu czy Nowego Jorku. Jaki te młodziaki mają potencjał! Tylko że większość poza chodnikowe granie nie wyjdzie. Czasem myślę, że my zrobiliśmy karierę przez przypadek. Oczywiście mieliśmy determinację, troszkę talentu, wyczucie rynku. Ale najbardziej pomogły nam czasy, Solidarność i gorączka, która na początku lat 80. ogarnęła wszystkich. Czy gdybyśmy dziś nagrali "Autobiografię", w której kiedyś odnalazło się całe nasze pokolenie, ktoś by się nią zachwycił? Wątpię.

Chyba przemawia przez ciebie nadmierna skromność. To Hołdys powiedział w jednym z wywiadów, że na Perfect zapanował szał. Na jego wycieraczce rozhisteryzowana fanka próbowała podciąć sobie żyły.

- Oczywiście, prowadziliśmy wesołe życie. Żartuję, że od tamtego momentu do dziś mógłbym być w stanie permanentnego upojenia, na jednym promilu. Alkohol jest w samochodzie, którym jedziemy na koncert, w garderobie, w hotelu. Tylko że widziałem zbyt wielu kolegów, którym wódka złamała życie. O wiele lepiej więc dążyć do trzeźwości. Choć nie ukrywam, że po dwóch "łychalach" wszystko jest prostsze. A mówiąc o karierze Perfectu, nie zapominajmy, że szał trwał trzy lata, no i czasy były siermiężne. Poza Hołdysem i autorem tekstów Bogdanem Olewiczem, którzy dostawali pieniądze z tantiem, zarabialiśmy grosze. A ja jako ulubieniec tłumów jeździłem trabantem, co sobie zresztą chwaliłem.

Dobry czas Perfectu przerwał stan wojenny. Pamiętasz, gdzie byłeś, gdy się o nim dowiedziałeś?

- W Gdańsku. 12 grudnia graliśmy tam koncert. Po występie przyjechaliśmy do Novotelu. Spał w nim zresztą także Jacek Kuroń. Atmosfera była nerwowa, coś wisiało w powietrzu. Po północy dowiedzieliśmy się, że jest wojna. Rano wpadliśmy do Pewexu. Sprzedawczyni powiedziała: "Panowie, do mnie jeszcze nie dotarła oficjalna wiadomość o zakazie sprzedaży alkoholu. Co chcecie?". Wykupiliśmy wszystko, co było. Potem bez przepustki wracaliśmy do Warszawy. Wzdłuż drogi stały czołgi. Ponure wspomnienia.

Jak wielu twoich kolegów przyłączyłeś się do bojkotu telewizji i radia. To się dziś łatwo mówi: artyści byli heroiczni, stać ich było na piękne gesty. Ale ty miałeś rodzinę. Z czego żyliście, jak dawałeś sobie radę?

- Żona skończyła szkołę baletową, tańczyła w Centralnym Zespole Wojska Polskiego. Wzięła nas na utrzymanie. Wyprzedawaliśmy też rzeczy z domu: przedwojenną porcelanę, stary kredens. Kredens kupił nasz sąsiad Tadzio Ślusarski (skoczek o tyczce, złoty medalista z Montrealu, srebrny z Moskwy - przyp. red.). Żyliśmy za to przez kilka miesięcy. Po pół roku wróciliśmy z zespołem do pracy, nagraliśmy płytę "Unu". Czuć jednak było schyłek, wszystkich ogarnął marazm, który nam też się udzielił.

Twoja żona nigdy nie powiedziała: "jesteś głową rodziny, weź się do roboty"?

- Nie, Krysia była i jest cierpliwa. Kiedy się poznaliśmy, miałem 17 lat, ona o dwa więcej. Zakochałem się w niej w jednej minucie, ale potem długo musiałem walczyć. Była najpiękniejszą dziewczyną w naszym Józefowie: zgrabna, smukła, chodziła jak sprężynka i miała wielu adoratorów. A ja rozrabiaka, którego wywalali ze wszystkich szkół, nawet z zawodówki. Ale to jednak mnie wybrała. Pobraliśmy się 1 grudnia ’73 roku. Miałem 19 lat, więc zgodę musiał wydać sąd. Dostarczyłem lewe zaświadczenie, że żona jest w ciąży. Krysia towarzyszyła mi więc od samego początku i stała za mną murem. Ale ja też starałem się być odpowiedzialny. Kariera karierą, ale zawsze najbardziej zależało mi, żebym miał na paliwo do trabanta, na rachunki i mleko dla Patrycji, która urodziła się w 1979 roku.

Sprawdzianem dla twojego małżeństwa musiał być moment, kiedy Hołdys zawiesił działalność Perfectu. Czułeś do niego żal?

- Ogromny. Zostawił nas, czterech facetów, w głębokiej dupie życiowej i finansowej. Wszyscy darzyliśmy go zaufaniem, szacunkiem, estymą. Słusznie, bo to znakomity kompozytor i lider.

Jak wyglądało twoje życie bez Perfectu?

- Przygarnął mnie tata, który prowadził firmę budowlaną. Pracowaliśmy razem przez pięć lat. Po jego śmierci przejąłem interes.

Czytałam, że budowałeś warszawskie metro.

- Siedziałem tam przez sześć lat i miałem jak w puchu. To był już początek kapitalizmu. Startowały firmy polonijne z wielkim kapitałem, a ja nie mogłem nawet marzyć o kredycie na porządny sprzęt. Zaczynały się też pierwsze przetargi, w których również nie miałem szans. No to wchodziłem do pani inspektor, śpiewałem "Nie płacz, Ewka" i słyszałem: "Panie Grzesiu, mamy taki mały odcinek prac, może chciałby go pan wziąć?". I tak na budowach spędziłem dziesięć lat.

Próbuję to sobie wyobrazić. Jeden z najlepszych w tym kraju wokalistów zakłada kask i gumiaki. Co ze śpiewaniem? Nie ciągnęło cię?

- Oczywiście, że ciągnęło. W tygodniu wstawałem po piątej, żeby pojechać do pracy. A piątek wieczorem odpalałem rakietę z młodszym bratem Andrzejem. Koncertowo dawaliśmy w palnik, a potem schodziliśmy do piwnicy i każdy z nas grał. I tak na zmianę. Raz u mnie, raz u niego. Mówię o tym żartobliwie, ale wiem, że jako wokalista straciłem dziesięć najlepszych lat. Głos między 30. a 40. rokiem życia brzmi u faceta najlepiej. A poza tym masz już wiedzę, umiejętności, siłę.

Nigdy nie myślałeś, żeby założyć własną kapelę?

- Miałem taki epizodzik. Powstał zespół Samolot, nagraliśmy płytę "Kolorowy telewizor", ale nie bardzo to wychodziło. Przełom lat 80. i 90. to był dla artystów trudny czas, wielu nie miało z czego żyć. Nawet ci dziś uznani przywozili z Zachodu płyty i handlowali nimi na warszawskiej Skrze. Ja tak nie chciałem. Czułem się bezpieczny w moich robotach budowlanych. A z chłopakami z Perfectu skrzyknęliśmy się jeszcze na chwilę w 1987 roku. To Hołdys rzucił hasło: "gramy". Przekonał innych członków zespołu. Do mnie przyjechał późnym wieczorem. Zrobiliśmy niedźwiedzia. No i daliśmy trzy występy: w Spodku, hali Oliwii i na Stadionie Dziesięciolecia. Zwłaszcza ten ostatni był niesamowity. Przyszło 50 tysięcy osób. Z tej grupy bilety kupiło... dziesięć tysięcy, reszta weszła na lewo. Podobno ochroniarze mieli siatki wypełnione forsą. A my znowu bez grosza. To oznaczało definitywny koniec Perfectu w tym składzie. Były jeszcze plany podboju Ameryki, Zbyszek zaczął się intensywnie uczyć angielskiego, zespół tam pojechał. Ja się nie zdecydowałem, bo jak mówiłem, musiałem zarabiać na rodzinę.

Jakie to uczucie śpiewać dla 50 tysięcy?

- Duży afrodyzjak. Wymyślono różne rzeczy, które pozwalają stracić świadomość i wyjść z własnego ciała, ale energii, jaką daje ci tłum, nie da się z niczym porównać. Wciągające. Ja starałem się temu nie ulegać. Bałem się nadmiernej wiary w siebie. Znać swoją wartość to jest okej, ale popaść w samouwielbienie, to mogłoby być groźne. Zresztą zawsze miałem do siebie dystans. Pewnie dlatego, że długo walczyłem z kompleksami.

Trudno mi sobie wyobrazić, że mężczyzna, w którym kochało się pół Polski, miał kompleksy! Z czego wynikały?

- Dość banalnie - z dzieciństwa. Kiedy się urodziłem, rodzice wszystkie nadzieje ulokowali już w starszym bracie Krzysztofie. (Krzysiu, mam nadzieję, że mi to wybaczysz). To dla niego kupili pianino, miał zostać drugim Chopinem. Brat był utalentowany, ale brakowało mu konsekwencji. Ja mały rozrabiałem i jadłem za dużo. Do piątego roku życia właściwie nie mówiłem, a kiedy zacząłem, trochę się jąkałem. Mama pytała: Krzysiu, co to znaczy, dajmy na to, "iluminacja". I on wszystko pięknie tłumaczył. Potem to samo pytanie zadawała mnie, a ja nic. Wszyscy wkoło wydawali mi się zdolniejsi, lepsi. Brało się to także stąd, że mieszkaliśmy w Józefowie. Niby 20 kilometrów od Warszawy, ale ten dystans miał znaczenie. Wzrastałem w klimacie małego, biednego, szarego miasteczka, w którym nie było teatru, tylko urocza, ale dość marna knajpa Józefinka. Na szczęście te kompleksy nie zaważyły na moim życiu, a nawet w jakiś sposób mi pomogły, zmobilizowały. Muzycy, którzy naprawdę zaczęli od piwnic, od pierwszego nieporadnego akordu, których potem ktoś zauważył i dał im zarobić jakikolwiek grosik, potrafią to docenić i są wdzięczni.

Ty miałeś pod górę?

- Można tak powiedzieć. Od zawsze kręciła mnie muzyka. Pamiętam, jak toczyłem z kumplami zażarte spory o to, kto jest lepszy: Lennon czy Jagger. Mnie bardziej podobał się wokalista Beatlesów, śpiewał czyściej. Sam zaczynałem w marnych zespołach. Ale któregoś dnia na zabawie sylwestrowej w hotelu MDM poznałem Piotra Figla (kompozytora Urszuli Sipińskiej - przyp. red.). Zagadnąłem go przy pisuarze. Dzięki niemu dostałem pracę w Klubie Piosenki ZAKR, który mieścił się w hotelu Bristol na pięterku. Stamtąd trafiłem do teatru Na Targówku. Spędziłem tam ważne lata, wszystkiego się nauczyłem. Próbowałem nawet dostać się na wydział wokalny do Akademii Muzycznej, ale miałem naleciałości piosenkarskie, więc mnie nie przyjęli.

W końcu jednak "usłyszał o tobie świat", jak śpiewasz w "Autobiografii". Zastanawiam się, kto w trudnych latach kibicował ci i zawsze w ciebie wierzył?

- Oczywiście Krysia, ale też ojciec. Niewiele mówił, nie oceniał, nie krytykował. Wszystko tolerował. Był mężczyzną przez duże M. Jako chłopak przerobił legitymację, żeby go przyjęli do AK. Był za młody, więc dodał sobie lat. Potem wylądował w Rosji. Z okręgu józefowskiego wrócił jako jeden z nielicznych. Po wojnie studiował na politechnice, ale nie zrobił dyplomu, bo urodził się Krzysztof. Mama z tego powodu przerwała prawo. To wtedy tata założył firmę budowlaną, był, jak się mówiło, "prywaciarzem". Pamiętam, że w latach 50. odwiedzali nas ludzie ze skarbówki. Mówili: "w tym roku zapłaci pan tyle podatku", co nie miało żadnego związku z zyskiem. Zastanawialiśmy się, czy zajmą nam pianino, czy nie. Ojciec zarabiał średnio, a to była najwartościowsza rzecz, jaką mieliśmy. Kiedy już występowałem z Perfectem, tata przychodził na moje koncerty, wiem, że był dumny.

A wracając jeszcze do zespołu, jak to się stało, że jednak do siebie wróciliście?

- Po prostu któregoś dnia zadzwonił z Toronto nasz były menedżer, Seweryn Reszka. To on współorganizował koncert na Stadionie Dziesięciolecia. Zaproponował, żebyśmy przylecieli na występy do Kanady. Powiedzieliśmy o tym Hołdysowi, nie był zainteresowany. Pojechaliśmy sami. Po siedmiu koncertach spojrzeliśmy sobie z chłopakami głęboko w oczy. Już wiedziałem, że do budowlanki nie wrócę. Ale to była ryzykowna decyzja. Bo czy Perfect bez Hołdysa to jeszcze Perfect? Z pięć lat trwała przepychanka. Graliśmy stary repertuar i jednocześnie pisaliśmy nowe piosenki. Żeby pokazać: zespół idzie do przodu i się zmienia. Płyta "Jestem" zamknęła okres niepewności i szarpania. Reaktywowaliśmy się na dobre.

Z nowym Perfectem zacząłeś zarabiać spore pieniądze. Miałeś potrzebę, żeby w jakiś sposób odreagować lata chude?

- Nosić brylant na palcu, wynajmować najdroższe apartamenty w hotelach? To mnie nie pociągało. Do dziś mieszkam w domu, który wybudowałem pod koniec lat 80. Nie mam szczególnych wymagań, nie potrzebuję wiele do życia. I nigdy nie czułem się dla siebie zbyt ważny. Kiedy się budzę, najpierw zmieniam pieskowi wodę, potem biegnę po zakupy. Po drodze są trzy papierosy i mocna kawa. Dopiero potem ogarniam sprawy zawodowe. A marzenia miałem dwa, i je zrealizowałem. Pierwsze to dalekie podróże. Drugie: fajny samochód. Z tym ostatnim czekałem długo. Przez lata wszystko, co zarabiałem, odkładałem na czarną godzinę. Widziałem zbyt wiele spektakularnych plajt, a głos to narzędzie wrażliwe. Nigdy nie wiadomo, kiedy odmówi współpracy. Ale pół roku temu sprawiłem sobie w salonie wiśniowego forda mustanga. Ma 400 koni, pięciolitrowy silnik. Ma też gorący oddech i mruczy jak Barry White. To prezent na jesień życia.

O nią możesz być raczej spokojny. Ludzie wciąż kupują wasze płyty, a na koncertach są komplety.

- Gramy na tyle ekspresyjnie i dynamicznie, że przychodzi publiczność w różnym wieku. Ostatnio występowaliśmy w Glasgow i w Edynburgu. Pod sceną stali nasi równolatkowie, ich dzieci, które na ramionach trzymały własne dzieci. I to było piękne.

Potrafisz powiedzieć, dlaczego to akurat wy jesteście "niepokonani"?

- Może bierze się to z tego, że nie kokietujemy publiczności, nie próbujemy za wszelką cenę się przypodobać? No i wciąż nam się chce. Zauważyłem, że można być 25-latkiem i już znudzić się światem. Ale można mieć 63 lata i dalej się rozwijać. Ostatnia płyta to najlepszy tego przykład. Muzyka jest rockowa, ale zagrana na akustycznych instrumentach. Pierwszy raz coś takiego zrobiliśmy. To było wyzwanie, które wspaniale zrealizował Darek Kozakiewicz. Skomponował piękne melodie, zrobił świetne aranże.

Zaczęliśmy od najnowszej płyty i nią kończymy. Tytuł singla, który ją promuje, brzmi "Dobre dni". W twoim przypadku jakich dni było więcej?

- Na pewno nie przespałem życia, nie patrzyłem w sufit, myśląc, co dalej. Choć wiem, że otoczenie nie miało ze mną lekko. Jestem nerwus, szybko się niecierpliwię. Kiedy coś nie idzie po mojej myśli, potrafię "zabić" słowem albo wzrokiem. Ale z drugiej strony chyba nie ma ludzi, którzy by powiedzieli, że Markowski to cyniczny skurczybyk. Oszukać kogoś finansowo, skrzywdzić, wyrolować to nie są moje standardy. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale życie jest za krótkie, żeby z nich rezygnować. Na szczęście mam dobrego orędownika w postaci młodszego brata Rafała. Jest biskupem. Wierzę, że jakoś załatwi mi wstęp do nieba.

Rozmawiała Magda Jaros

Twój Styl 12/2016

Dowiedz się więcej na temat: Grzegorz Markowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje