Przejdź na stronę główną Interia.pl

Grażyna Torbicka: Ucieczka z kina wolność?

W uczuciach jest... stała. Wie to mąż profesor, wie to i... kino. Ale jej miłość do tej sztuki nie jest bezkrytyczna. Tyle lat flirtu z filmem dało jej prawo do wyrazistych ocen. Korzystamy z tego, Grażyna Torbicka rozprawia się dla nas z mitami o polskim kinie. Jest intymnie, bo bez przesady można powiedzieć, że jej życie splotło się z tym światem. Pytamy więc, co dalej, gdy po 31 latach odeszła z TVP. „Jestem mocno nakręcona” – mówi tajemniczo. Wróciła z Cannes, gdzie na czerwonym dywanie jak zwykle wyglądała olśniewająco. Jej uczucia są odwzajemnione.

Pójdzie do konkurencji? A może stanie za kamerą? Będzie producentką? Podobno chce ją "kupić" milioner... Domysły i pomysły na dalszą karierę sypnęły się, kiedy Grażyna Torbicka - po 31 latach pracy! - odeszła z Telewizji Polskiej. Nie podobały jej się ingerencje szefów w program Kocham kino. Mostów jednak nie spaliła. Na Facebooku dyplomatycznie napisała, że to "dobry moment, aby spojrzeć na świat z innej perspektywy". Cała ona: żadnych nerwowych ruchów. Może dlatego, że - jakby co - ma w ręku drugi fach, jest przecież wzorem polskiej konferansjerki w kategorii damskiej.

Reklama

Tymczasem spokojnie pojechała do Cannes, żeby jak zawsze relacjonować festiwal, chociaż tym razem dla Radia Zet. Ale też błysnąć na czerwonym dywanie w nowej roli. Wcześniej nie przyjmowała propozycji reklamowych, uważając, że w publicznej TV nie wypada. Teraz zgodziła się zostać ambasadorką L’Oréal Paris. Pierwszą Polką w gronie światowej sławy aktorek - są tam już Jane Fonda, Julianne Moore, Susan Sarandon. "Uosabia cechy, które Polki cenią najbardziej: jest piękną kobietą z ogromną klasą, której profesjonalizm i zawodowe zaangażowanie możemy podziwiać od lat", ogłasza oficjalnie polski oddział firmy. A internauci nieoficjalnie spekulują, czy podawane pół miliona honorarium to dużo, czy mało. A ona?

Nadal kocha kino, wiadomo. Chce robić większe festiwale, ale też mniejsze przeglądy. Naprawdę zależy jej, żeby młodzi poznawali klasykę, zwłaszcza polskie kino lat 60., 70., 80. Ma ciche plany. I całkiem głośno cieszy się, że teraz będzie miała na nie czas. Jednego nikt jej nie odbierze: jest jedną z najlepszych w Polsce ekspertek od kina. Grzechem byłoby, gdybyśmy tego nie wykorzystali.

Zagramy w albo-albo?

Grażyna Torbicka: - ?

Woli pani Smarzowskiego czy Majewskiego? Innymi słowy: kino dołujące czy radosne?

- A dlaczego mam wybierać? Ja chcę jednego i drugiego. Emocji, jakie daje mi Majewski po słonecznej stronie ulicy. I cienia jak u Smarzowskiego, bo z tej perspektywy można docenić tę słoneczną stronę. I to bez konieczności przeżywania trudnych sytuacji we własnym życiu.

Idąc dalej: Dębska czy Szumowska?

- Nawet bym nie porównywała. Przepraszam.

Obie reżyserki nakręciły historie o odchodzeniu rodziców. Tylko jedna raczej pogodną, Moje córki krowy, a druga hardcorową.

Odpowiem tak: "33 sceny z życia" to dobry, poruszający film. Cenię Szumowską. Chociaż muszę przyznać, że jej "Body/Ciało" spodobało mi się dopiero za drugim razem. Najpierw oglądałam sama, na pokazie zorganizowanym przez dystrybutora w małej salce. Ale w kinie, z publicznością działanie tego filmu okazało się zupełnie inne. To jest dowód na to, że kino zostało stworzone do zbiorowego przeżywania. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak ważny jest taki sejsmograf zbiorowych emocji.

To teraz tak: Pawlikowski czy Pasikowski? Pytam w kontekście zdania, które zapadło mi w pamięć: że "Ida" szepce o tym, o czym krzyczy "Pokłosie".

- Tak się mówiło, że Ida jest odpowiedzią na Pokłosie. Ale dla mnie film Pawlikowskiego jest historią o niezwykłym spotkaniu dwóch kobiet. Ich samotności, próbach poszukiwania tożsamości. Robi na mnie wrażenie to szokujące samobójstwo pani prokurator, jakby w biegu, które - paradoksalnie - działa na widza oczyszczająco... I ta wspaniała scena, kiedy już potem "Ida" w mieszkaniu ciotki mierzy jej szpilki i futra, zapala papierosa. Bada, czy ten świat jest dla niej. I wraca do klasztoru, bo wie, że nic lepszego jej w życiu nie spotka. A "Pokłosie" jest o tragicznym rozdziale naszej historii, próbie dotarcia do prawdy i odkupieniu. Nie lubię tego filmu, bo nie wierzę w głównego bohatera. To nie była rola dla Maćka Stuhra. Dla mnie on jest inteligentem. I tego nie dało się z jego twarzy zdjąć.

Ale może Pasikowski chciał zatrudnić go wbrew warunkom? Bo jest taki mit w polskim kinie, że reżyserzy proponują aktorom role podobne do tych, w których już się sprawdzili. Zakościelny zawsze amant, Dorociński w mundurze albo partyzant...

- Może taki był zamiar, ale moim zdaniem się nie sprawdził.

À propos mitów - muszę zdradzić tajny plan naszej rozmowy. Chciałabym, abyśmy rozprawiły się z tymi, które od lat krążą na temat polskiego kina.

- Śmiałe. Ale spróbujmy.

No to mit numer dwa nawiązujący trochę do poprzedniego. Że w polskich filmach w kółko gra tych samych dziesięciu aktorów.

- Reżyserzy pracują często pod presją frekwencji. Musi być osiągnięty wynik, a taki gwarantują znane twarze. Kilka lat temu sukces zapewniał Borys Szyc i w związku z tym był ciągle angażowany.

Ale zniknął. Dlaczego?

- Teraz przygotowuje "Kantora", więc niedługo znów go zobaczymy. Był jednak czas, że grał dużo i mówiono, że się wypalił.

Kiedyś na potrzeby tekstu w "TS" stworzyłam taką nazwę: grupa KASz - Karolak, Adamczyk, Szyc. Pojawiali się w co drugiej produkcji.

- Tak, ale jest jeszcze inny aspekt. Rozmawiałam z Robertem Więckiewiczem o tym, że jest w każdym filmie. Żachnął się: "Nie gram we wszystkim, co proponują. Wybieram. Tylko potem jest tak, że premiery się kumulują, choć filmy były realizowane w różnych okresach".

Jakkolwiek by patrzeć, krąg aktorów, których oglądamy, jest określony.

- A jeszcze dodatkowo są podkręgi ulubionych aktorów danego reżysera.

Tak jak "ludzie Smarzola"? Kuna, Preis, Jakubik, Topa, Braciak...

- Albo ludzie Szumowskiej czy Koterskiego. Z drugiej strony, gdy się ogląda film, którego reżyser jest wolny od przymusu pokazywania znanych twarzy - a myślę tu np. o "Intruzie" Magnusa von Horna - to okazuje się, że też można zrobić coś poruszającego. Może nawet bardziej, niż pracując z gwiazdami. (Film opowiada o nastolatku, który wraca z poprawczaka po odbyciu kary za zabójstwo koleżanki; dostał nagrodę za najlepszy scenariusz i reżyserię na ostatnim festiwalu w Gdyni - przyp. red.) Owszem, w filmie "Moje córki krowy" uwielbiamy Dziędziela, Kuleszę, Dorocińskiego, Muskałę. Ale może za dobrze znamy ich twarze i przez to nie wchodzimy w świat inny, nowy jak u von Horna. Wracając do pytania: wydaje mi się jednak, że czasy, kiedy w filmach gra dziesięciu tych samych aktorów, mijają. Niech pani zobaczy, ilu młodych pojawiło się ostatnio. Bardzo obiecująca Michalina Olszańska - syrenka z "Córek dansingu". Czy Magdalena Berus z "Baby bluesa".

Cała rozmowa w najnowszym numerze magazynu "Twój Styl". W sprzedaży od 14 czerwca.

Dowiedz się więcej na temat: Grażyna Torbicka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje