Przejdź na stronę główną Interia.pl

Grażyna Torbicka: Nikt nie lekceważy dywanu

Festiwale mają ogromne znaczenie. Nawet jeśli jest to festiwal w Cannes uznawany za wielkie targowisko próżności, to wszystko zależy od tego, co chcesz z niego wyciągnąć - przyznaje Grażyna Torbicka w rozmowie z Krzysztofem Materną.

Krzysztof Materna: Przyznajmy, że to sytuacja nietypowa. Dziś to ja jestem wywiadowcą, a ty osobą przepytywaną. Lubisz mówić o sobie?

Reklama

Grażyna Torbicka: Nie bardzo. I nawet nie chodzi o sprawy osobiste, tylko w ogóle. Jestem ze sobą dosyć dobrze zaznajomiona i zaprzyjaźniona, akceptuję się z wszystkimi zaletami i wadami. Dlatego nie ciekawię samej siebie w takim stopniu, w jakim ciekawią mnie inni ludzie. Cała moja praca zawodowa opiera się na rozmowach, bo ja uwielbiam rozmawiać, tyle że w innej konfiguracji niż my teraz.

Rozmawiałaś z najwybitniejszymi reżyserami i aktorami - czy któreś spotkanie szczególnie zapadło ci w pamięć?

- Najlepiej pamiętam pierwsze wywiady, ponieważ to one wzbudzały największe emocje. Na przykład spotkanie z Milošem Formanem. Przyjechałam na festiwal do Berlina, przyszłam do agencji, która reprezentowała reżysera i jego film "Skandalista Larry Flynt", i powiedziałam, że bardzo zależy mi na rozmowie z Formanem. Agentka reżysera miała na imię Kate, wyśmiała mnie. Pokazała mi listę dziennikarzy umówionych od dawna na wywiad - każda minuta na tej liście była zapełniona. Ale nie dałam za wygraną, jakoś podskórnie czułam, że jeśli uda mi się zrobić ten wywiad, to właśnie tym będę się w życiu zajmować.

- Powiedziałam więc, że poczekam, bo może jednak ktoś się wycofa. Znowu parsknęła śmiechem, mówiąc, że z Miloša Formana na pewno nikt nie zrezygnuje. Niestety, miała rację, wszyscy przyszli. A ja siedziałam cały dzień i patrzyłam z zazdrością, jak kolejni dziennikarze z zagranicznych telewizji wychodzą z pokoju, w którym był reżyser. W nocy wróciłam do hotelu i pomyślałam, że wyślę do niego list. Napisałam w nim, że jestem z Polski, że jego film ma dla Polaków ogromne znaczenie, bo właśnie wchodzimy w okres wolności słowa, więc rozmowa na temat wolności prasy, mediów będzie dla nas bardzo ważna.

- Przyszłam następnego dnia, a ponieważ Kate zdążyła mnie przez mój upór trochę polubić, to zlitowała się nade mną i przekazała mu list. I Forman się zgodził! Był zresztą uroczy, rozmawiało się świetnie. Przywiozłam na Woronicza ekskluzywny wywiad.

Ja mogę się popisać odwrotną sytuacją. Z Wojtkiem Mannem mieliśmy załatwioną rozmowę z ówczesnym mistrzem świata Formuły 1 - Alainem Prostem. Niestety, w ogóle nie wiedzieliśmy, co Alain Prost robi, oprócz tego, że jeździ. Stwierdziliśmy, że musimy powiedzieć mu prawdę. Zrobiliśmy to, a on tak strasznie się ucieszył, że nie będziemy go pytać o Fomułę 1! Wykonaliśmy z nim jakiś żart do naszego programu, ale puenta jest taka, że kierownik produkcji zgubił taśmę i przyjechaliśmy na Woronicza z niczym.

- (śmiech) Ja zawsze te kasety trzymałam przy sobie! Jak wiozłam wywiady z Woodym Allenem, Milošem Formanem czy Russellem Crowe’em, to nigdy nie oddawałam ich razem z bagażem, tylko chowałam do podręcznej torby. Jak trofeum.

Opowiedz o Woodym Allenie.

- Dawno go nie widziałam, ale jeden z moich pierwszych wywiadów był właśnie z nim. Spotkanie odbyło się w Paryżu, w hotelu Ritz - już samo wejście tam lekko mnie paraliżowało, ale jednocześnie dawało takie poczucie: no, proszę bardzo, jesteś w wielkim świecie! Zostałaś tu zaproszona, żeby przeprowadzić wywiad z Allenem, więc nie ma się co krygować i robić z siebie dziennikarki z Polski, tylko trzeba rozmawiać. Poszłam na ten wywiad jako osoba przekonana o swoich racjach, które natychmiast zaczęłam mu przedstawiać. A on się z nimi nie zgadzał. Na przykład z tym, że robi filmy o sobie. No bo jak można nie robić filmów o sobie, jeśli kręci się jeden film po drugim?!

- Przecież on w ogóle nie żyje normalnym życiem, tylko życiem bohatera, którego wpisuje w scenariusz. Miałam na to mnóstwo argumentów. Pamiętam, że Woody Allen był strasznie przeziębiony, wywiad miał trwać 10 minut, ale on tak się zapalił, że siedzieliśmy tam 25! To była nasza najlepsza rozmowa, potem żadna inna nie była aż tak udana. Co więcej - za każdym razem on w ogóle nie pamiętał, że się ze mną spotykał. 

Naprawdę?!

- Tak. To jedyny przypadek w mojej pracy. Ja mu mówię: "Miło, że znowu się widzimy". A on: "A gdzie się spotkaliśmy?". Ja wyjaśniam, że tu i tu. Po czym on zaczyna udawać, że pamięta, ale nie pamiętał.

Straciłem teraz całą sympatię do niego, naprawdę.

- Ja go bardzo lubię, ale nie jako reżysera, który zajmuje się przewodnikami po europejskich miastach.

Chociaż dobrze byłoby, gdyby coś zrobił w Polsce.

- Na przykład w Krakowie?

A dlaczego nie w Radomiu?

- W Radomiu chyba by się nie udało. Pamiętam, że przy okazji premiery "Vicky Cristina Barcelona" mówił w wywiadach, że nakręcił ten film tylko dlatego, że dawało mu to gwarancję mieszkania z rodziną przez pół roku w Barcelonie. Bardzo mu to pasowało.

Czyli racjonalnie podchodzi do życia.

- Taki jest Woody.

Kiedy zorientowałaś się, że kochasz kino?

- To hasło, niestety, nie jest moim pomysłem, wymyślili je Jurek Kapuściński i Ewa Banaszkiewicz. Pracowałam już wtedy w telewizji i zaczynałam rozumieć, że robienie wszystkiego oznacza nierobienie niczego. Chciałam znaleźć swoją strefę działań, które dadzą mi satysfakcję i sprawią, że będę kobietą szczęśliwą, dzięki czemu również widzowie poczują odrobinę szczęścia. Bo nie ma nic gorszego niż obcowanie przez ekran telewizora z kimś, kto nie lubi tego, co robi. I gdyby sfera kultury w telewizji wyglądała inaczej, to pewnie pozostałabym wierna teatrowi, od którego zaczęłam. Dostęp do kina jest jednak łatwiejszy, dzięki czemu szybciej można poszerzać krąg widzów. I ja do tej pory za swój cel uznaję promowanie dobrego kina.

Bez względu na to, kto wymyślił to hasło, uważam cię za jedną z osób, które wypełniają misję.

- Jestem w tej kwestii dosyć nieuleczalna, to prawda. Z jednej strony, mimo wielu zakrętów i telewizyjnej polityki kulturalnej zawsze walczyłam o program "Kocham kino". A z drugiej, od ośmiu lat organizuję festiwal filmowy w Kazimierzu Dolnym, podczas którego co rok się przekonuję, jak zmienia się mój widz. Na początku przyjechał, popatrzył, chwilę pobył i wyjechał. Dziś pojawia się w pełni świadomy tego, że otrzyma trudną, ale bardzo ciekawą propozycję. Spotkanie z reżyserem, które da mu satysfakcję. Retrospektywę, która nie będzie najłatwiejsza, ale pozwoli mu na zupełnie nowy rodzaj przeżycia. I relaksu, bo wydaje mi się, że ludzie boją się ambitnych filmów dlatego, że nie kojarzą ich z odpoczynkiem. A przecież tak nie musi być. Dlatego wciąż wierzę w edukację. 

Czym się kierujesz, wybierając program do swojego festiwalu?

- Najprościej mówiąc - wartością emocjonalną i wizualną. Na tym polega sztuka filmowa - musi cię dotknąć, oczarować, przestraszyć lub rozbawić. Dzięki temu film w tobie pozostanie. To najważniejsze kryterium w przypadku produkcji współczesnych. A jeśli chodzi o retrospektywę, to zastanawiam się po prostu, co chciałabym głębiej poznać. Zajmuję się filmami od wielu lat, ale wciąż są takie, których nie widziałam. Słyszałam na przykład o Roberto Rossellinim, oglądałam jego film "Podróż do Włoch", ale czy widziałam coś więcej? Nie. A więc widz, który przyjeżdża na festiwal, nie widział tym bardziej.

Czy uważasz, że festiwale w Wenecji lub Cannes to tylko rodzaj blichtru i gwiazdorstwa, czy są tam również elementy, które można uznać za misyjne?

- Te festiwale mają ogromne znaczenie. Nawet jeśli jest to festiwal w Cannes uznawany za wielkie targowisko próżności, to wszystko zależy od tego, co chcesz z niego wyciągnąć. Jeśli kreację gwiazd na czerwonym dywanie, to będziesz ją miał. A jeżeli spotkanie z awangardowym kinem, to też ci się uda. Właśnie tam zobaczysz najnowsze filmy reżyserów, których nigdzie indziej nie znajdziesz - od Kazachstanu po Alaskę. Trudno to przecenić.

A jak chodzi się po czerwonych dywanach w Cannes, Berlinie, Wenecji?

- Chodzi się całkiem dobrze, aczkolwiek jesteś potwornie ograniczony w ruchach. Nie mówię o dywanie berlińskim, bo on jest strasznie zimny - festiwal odbywa się w lutym. Ale podziwiam te wszystkie gwiazdy, które wchodzą w wieczorowych kreacjach na ramiączkach, z gołymi plecami, mimo że nie można tego uznać za przyjemność. Potem kichają na projekcji. Tak. Ale już Cannes i Wenecja sprzyjają takiemu wejściu. Tylko że ruch tam jest tak sterowany, że nie tylko musisz zachować odpowiednie tempo, ale też we właściwym momencie odwrócić się do fotografów w prawo, w lewo, a potem szybko uciekać, bo w kolejce czekają już następni! Oczywiście są tacy, którzy mają metodę - przechodzą raz, po czym nie dochodzą do szczytu schodów, tylko błyskawicznie skręcają w prawo, w boczne wejście, i wchodzą ponownie. Są gwiazdy, które mają to opracowane do perfekcji, więc przy wejściu na jeden seans możesz je zobaczyć kilkakrotnie.

W Gdyni na dywanie nie ma żadnej regulacji czasowej. Poza tym nasze gwiazdy lekceważą dywan, nawet jeśli ich przejście jest ważne dla promocji filmu.

- Na tych festiwalach, które wymieniłam, żadna gwiazda nie zlekceważy dywanu. W Cannes jest najpiękniejszy, najbardziej bogaty i on ma naprawdę swój ogromny wdzięk. Obserwuję czasem ludzi, którzy tam przychodzą i czekają na ulubione gwiazdy, chcą zdobyć ich autograf - dla nich to jest spotkanie z marzeniem. I to jest fantastyczne. To są ludzie, którzy przychodzą do kina i wciąż wierzą, jak za czasów Charliego Chaplina, że to, co widzą na ekranie, dzieje się naprawdę.

Rozmawiał Krzysztof Materna

PANI 11/2014


Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama