Przejdź na stronę główną Interia.pl

Gdzie się podziała Agnieszka Krukówna?

W internecie można znaleźć jedynie stare informacje: zniknęła, ma problemy z sobą... Ale prawda jest inna. Żyje w szczęśliwym związku, szuka nowych wyzwań i zaczyna inaczej myśleć o aktorstwie.

Gdy do niej dzwonię, prosi o kilka dni na zastanowienie, w końcu zgadza się na rozmowę. Przed spotkaniem czytam nieliczne wywiady, jakich udzieliła. Mówi w nich, że wystrzega się dziennikarzy, że kilka razy zrobiono jej krzywdę, że była zbyt szczera.

Reklama

Trochę obawiam się, jak mnie przyjmie, ale, o dziwo, nie umawia się w kawiarni, tylko zaprasza mnie do swego mieszkania na warszawskiej Pradze, niedaleko parku Skaryszewskiego. Kiedy otwiera drzwi, mocno ściska rękę na powitanie i zaprasza do kuchni - jasnej, przestronnej, z białymi meblami.

Wygląda świetnie - ma zgrabną sylwetkę podkreśloną klasyczną ołówkową spódnicą, jest wypoczęta, opalona. Krząta się, parzy mi herbatę, zapala papierosa. Lody pękają.

- Pani nie słodzi? A ja uwielbiam mocną, bardzo słodką herbatę. Bardzo też lubię wywiady, ale nie ze sobą - żartuje. - Jestem fanką biografii, szczególnie interesują mnie te dotyczące aktorek, przeczytałam wspomnienia Magdaleny Zawadzkiej, Barbary Krafftówny, Grażyny Szapołowskiej, Niny Andrycz. To wspaniałe, szczere historie o życiu, a dla mnie też bardzo cenne i inspirujące informacje o rolach, pracy w teatrze.

Podczas rozmowy nie siedzimy w jednym miejscu, aktorka lubi ruch, więc najpierw jesteśmy w kuchni, potem oprowadza mnie po mieszkaniu i przenosimy się do salonu. Trzy duże pokoje w przedwojennej kamienicy, piękne parkiety, stare meble, na ścianach kolorowe obrazy. Mieszkanie kupiła ponad trzy lata temu, długo je remontowała, zainwestowała w nie pieniądze, emocje, czas. Wybrała to miejsce dlatego, że było blisko Teatru Powszechnego, w którym przepracowała prawie 20 lat.

- O, proszę spojrzeć - przez okno w amfiladzie pokazuje mi Aleję Waszyngtona. - Stąd miałam spacerkiem dziesięć minut do pracy - dodaje ze smutkiem w głosie. - Może na scenie nie robi się takich spektakularnych karier jak w kinie, ale dla mnie teatr był najważniejszy, wszystko mu podporządkowałam. Przez całe dorosłe życie mieszkałam po drugiej stronie Warszawy i jeździłam na Pragę do pracy. W końcu wybrałam to miejsce, ale los spłatał mi figla. Teatr to było spoiwo łączące mnie z miastem, teraz przyszedł czas weryfikacji.

Spełnione marzenie

Dziś uważa, że myślała kompletnie "po staremu", wierzyła, że będzie w Powszechnym dożywotnio, podobnie jak inni jego aktorzy, z którymi przez lata miała dobry kontakt. Trafiła tu rok po studiach i poznała prawdziwe gwiazdy. Po ukończeniu Akademii Teatralnej dostała propozycję ze Starego Teatru w Krakowie, ale zrezygnowała. Wybrała Warszawę i swoje wymarzone miejsce - Teatr Powszechny. Jej angaż był nagrodą za znakomicie przyjęty występ w dyplomowej sztuce "Miłość i gniew" w reż. Mariusza Benoit.

Pociągała ją ta scena związana z historią polskiego teatru. Tuż po wojnie była przystanią dla wielu przedwojennych aktorów. To tu debiutował jako reżyser Adam Hanuszkiewicz, a w 1975 roku dyrektorem został Zygmunt Hübner, który zatrudnił najlepszych artystów, m.in. Mariusza Benoit, Janusza Gajosa, Krystynę Jandę. W zespole pracowali też: Mirosława Dubrawska, Anna Seniuk, Edmund Fetting, Kazimierz Kaczor, Władysław Kowalski, Franciszek Pieczka, Marek Walczewski..

- Trudno wymienić sławy, które tam poznałam, było ich tak wiele. Z rozmów, jakie z nimi prowadziłam, i z obserwacji ukształtowały się wszystkie moje opinie na temat aktorstwa - wyznaje. - Podziwiałam ich oddanie sztuce, traktowanie teatru jako misji, a z drugiej strony, świetne rzemiosło, hołdowanie żelaznym zasadom pracy, punktualność. Czasem myślę, że gdy wybierałam ten zawód, to był on kompletnie inny - aktorzy z lat 60. i 70. zdobywali doświadczenia, łagodnie przechodząc z jednych teatralnych rąk do drugich. Może nie zarabiali kokosów, ale mieli stabilizację. Dziś czasy totalnie się zmieniły - dodaje aktorka.

Ileż razy słyszała: "W tym zawodzie trzeba umieć czekać", i to jej nie dziwiło, pamięta też, jak artyści mówili: "Nie rozpychaj się łokciami", a teraz ze smutkiem odkrywa, że bardziej przydatna jest maksyma: "Walcz o siebie!".

- I jeszcze: "Nie można się siebie wstydzić, nie wolno mieć kompleksów", a przecież ten zawód to też jakaś walka z własnymi słabościami. Czy będę aż tak potrafiła się zmienić, dostosować? - zastanawia się.

Nigdy nie zabiegała o pracę. Po prostu nie umie prosić. Sprawia jej to trudność, bo przez lata tego nie potrzebowała, to raczej ją namawiano do udziału w filmie czy spektaklu. Zdobyła wiele nagród, kilka razy świadomie odmówiła przyjęcia roli, potem jednak przyszedł trudniejszy czas. Nigdy nie czuła się gwiazdą, uważa, że gwiazdorstwo przemija. Z wielu propozycji rezygnowała, bo przez lata całe siły oddawała Powszechnemu. Ale w środowisku mówiono, że jej problemy wynikały z charakteru, nadwrażliwości.

Gdy pytam Krukównę, czy może mi wskazać kogoś bliskiego, kto powie o niej kilka słów, odmawia, nie chce zapracowanym znajomym zawracać głowy. Parę osób, z którymi próbuję porozmawiać o aktorce, wykręca się. Kilka lat temu Krystyna Janda zaproponowała jej rolę w "Rosyjskich konfiturach" w Teatrze Telewizji, potem w monodramie w teatrze Polonia.

- Zrezygnowałam z tej propozycji - wyznaje aktorka. - Zawsze, gdy się pracuje w dwóch teatrach, znajdzie się ktoś, kto spyta: "A co tam słychać, nad czym oni pracują?". Nie chciałam w tym uczestniczyć, nie interesują mnie środowiskowe plotki.

Głośno było też w mediach o rezygnacji Krukówny z występu w sztuce "Lament na placu Konstytucji" wystawianej przez teatr Polonia w centrum Warszawy. Sama Janda napisała wtedy bardzo emocjonalnie na blogu, że aktorka zrezygnowała na dwa dni przed premierą. Kiedy emocje opadły i Janda nabrała dystansu, tłumaczyła zachowanie Krukówny tym, że jest delikatna i mogła przestraszyć się takiej formy publicznego występu. Dziś, po latach od tego zdarzenia, proszę Krystynę Jandę o kilka słów o Agnieszce. Dyrektorka Polonii, jak zwykle bardzo zajęta, grzecznie wymawia się przygotowaniami do premiery, jednocześnie zapewniając o swej wielkiej sympatii do Krukówny i podziwie dla jej wielkiego talentu.

Kto wypruwa flaki?

Aktorka budzi się wcześnie. Zanim wstanie i zaparzy kawę, włącza telewizor, śledzi kanały informacyjne.

- Słucham wiadomości ze świata, takie czasy, że lubię wiedzieć, co się dzieje. Może to objaw mojej dorosłości? Chcę wierzyć w obiektywne media, ale czy dziś może istnieć świat bez manipulacji? - zastanawia się. - Teraz ludzie, szczególnie ci znani, opowiadają w nich, jak radzą sobie z życiem, a wszelkie niepowodzenia zamieniają w sukces. Jakoś w to nie wierzę.

Nie ukrywa, że gdy straciła pracę w teatrze, przez pierwsze dwa tygodnie była w totalnym szoku, żyła siłą rozpędu, potem wpadła w rozpacz.

- To gorsze niż rozwód - opowiada. - Z mężem można sądzić się o alimenty, z teatrem niby też, ale nie chciałam tego robić.

Dwa lata temu w Teatrze Powszechnym zmienił się dyrektor, stanowisko objął Paweł Łysak, kojarzony z teatrem nowatorskim, zaangażowanym. Po pół roku wezwał aktorkę i oznajmił jej, że nie będzie dobrze czuła się w takim repertuarze. To zdarzenie poprzedził nieudany, także według samej Agnieszki, udział w spektaklu "Szczury" Mai Kleczewskiej. Ta sztuka to historia niemieckiej mieszczki, która po stracie własnego syna w tajemnicy kupuje od służącej dziecko, by je wychować. Ciąg zdarzeń prowadzi do morderstwa. W tej adaptacji miejscem akcji jest dzisiejsza Warszawa, a służąca Polina to ukraińska sprzątaczka.

- Moja współpraca z Kleczewską była kompletną porażką - przyznaje aktorka. - Reżyserka zaproponowała mi jedną z dwóch głównych ról kobiecych, odmówiłam. Akurat wtedy wchodziłam w nowy związek z moim partnerem Ukraińcem i widziałam w tym niepotrzebne mieszanie życia osobistego ze sztuką. Poza tym to rola o niespełnionym macierzyństwie, a ja nie jestem matką, więc siłą rzeczy musiałabym odgrywać jakieś prywatne uczucia, a teatr nie na tym polega. Owszem, czerpie się z własnych przeżyć, ale bez przesady.

Krukówna przypuszcza, że Kleczewska poczuła się urażona odmową i dała jej mniejszą rolę, której potem nawet nie starała się reżyserować. Aktorka uważa, że dobrze zrobiła, rezygnując.

- W takich wypadkach jestem asertywna - zaznacza. - Trudne tematy wymagają zawodowstwa, "master class", zarówno ze strony aktora, jak i reżysera, a także pewnego zaufania. Trzeba się szanować i mieć trochę skromności, a nie dla własnej wizji czołgać aktorów. Jeśli ktoś nie chce czegoś zagrać, to nie znaczy, że nie jest artystą. Według mnie dzisiejszy teatr dochodzi do ściany, zastanawiam się, co jeszcze aktor może zrobić, żeby oszołomić i zaskoczyć. Wypruć sobie flaki na scenie?

Choć wcale nie uważa, że teatr ma być łatwy i przyjemny, to ten zaangażowany pociąga ją mniej, zawsze bardziej interesowały ją psychologiczne portrety kobiet. Jeszcze na studiach biegała do teatru podziwiać role Krystyny Jandy, jej "Białą bluzkę" czy "Shirley Valentine". W biografii Krafftówny przeczytała krótkie, mądre zdanie, że aktorka potrzebuje roli, za którą będzie lubiana, którą ludzie zapamiętają. Czasem ma się w tym zawodzie szczęście i na taką rolę się trafia. Krukówna wciąż czeka...

Niedawno dostała propozycję od Wojciecha Malajkata. Przyjęła ją i teraz występuje jako Kławdia Chauchat w jego spektaklu "Czarodziejska góra" w teatrze Syrena. Zagrała też w filmie. Dwa lata temu spotkany w Teatrze Powszechnym reżyser Michał Rogalski zaproponował jej rolę w swoim "Letnim przesileniu". To film o wojnie, zagładzie, ale i próba pokazania codziennego życia w tamtych czasach. Bohaterami są młodzi Polak i Niemiec, których drogi łączą się na okupowanej polskiej prowincji. Agnieszka gra samotną matkę nastolatka Romka (w tej roli debiutujący Filip Piotrowicz).

- Ta rola sprawiła mi przyjemność - opowiada. - Fajnie było myśleć, że mogłabym mieć 17-letniego syna. Reżyser powiedział, żebym tylko nie starała się młodo wyglądać, ale ja nie mam już z tym problemu, wiem, ile mam lat. Szkoda, że to były tylko trzy dni zdjęciowe, bo zwykle dopiero na drugi dzień "rozkręca się" emocje, czułam więc niedosyt.

- Agnieszka dawno już nie grała w filmie, a ja szukałem do projektu aktorów ciekawych i nieopatrzonych - mówi Michał Rogalski. - Chciałem mieć prawdziwe postaci. Kiedy ją poznałem, od razu nawiązaliśmy świetny kontakt.

- Zawodowo Agnieszka to dla mnie kategoria aktorek totalnych - gdy gra, daje 150 procent siebie. Przed kamerą czy na scenie wpada w pewien rodzaj transu, szaleństwa i wtedy mogą powstawać rzeczy fantastyczne i wielkie. Przyznaję, że nie znam zbyt wielu takich aktorów. Oni podchodzą do roli nie tylko intelektualnie, ale też intuicyjnie i impulsywnie - przez swoją wielką wrażliwość. W pracy Agnieszka nie ma w sobie nic z gwiazdy, ona się wychowała na planie i to się wyczuwa. I choć trochę kokietowała, że jest zagubiona, to doskonale się tam poruszała. Kobiety aktorki w pewnym wieku mają o wiele trudniej niż mężczyźni aktorzy, jest dla nich mniej ciekawych wyzwań, ale ja wierzę, że prędzej czy później ktoś złoży jej propozycję. Agnieszka zasługuje na fantastyczną rolę.

Spis sukcesów i błędów

W chińskich przypowieściach ludzie mogą być krzakami lub wiatrem. Kiedy rozmawiam z Krukówną, mam wrażenie, że jest jak krzak - nie za bardzo lubi podróże, przyzwyczaja się do miejsca, zapuszcza korzenie - tutaj w Warszawie ma swój sklepik warzywny, kiosk, fryzjera.

- Nie jestem typem, który pakuje rzeczy w jedną torbę i przenosi się z miejsca w miejsce - przyznaje. - Ale musiałam stąd na jakiś czas uciec, bo wychodząc na ulicę, miałam łzy w oczach.

Wyjechała na Śląsk, skąd pochodzi, do małego miasteczka. Ma tam mieszkanko, a w nim swoją pracownię. Od dziecka lubiła malować i teraz wreszcie znalazła na to czas. Maluje obrazy olejne, impresje teatralne, portrety kobiet, ilustracje do ulubionego tomiku poezji. Z rodzinnych Katowic zaraz po maturze wyjechała do Warszawy na studia.

- Kiedyś chciałam stamtąd uciec, a teraz tam wracam - dodaje. - Chyba odezwał się we mnie syndrom skrzywdzonego dziecka, które czeka na pocieszenie rodziców. W sypialni w Warszawie przechowuję karton pamiętników, pisałam je od siódmego roku życia. Jakiś czas temu otworzyłam jeden z nich i na pierwszej stronie przeczytałam: "Znów zgubiłam klucze". Nie dość, że nadal je gubię, to jeszcze jest coś metafizycznego w tym stwierdzeniu, bo ja ciągle szukam...

Aktorka jest bardzo związana z rodzicami, swoją o dziewięć lat młodszą siostrą i dwójką jej synów. Śmieje się, że jej rodzina zawsze była nowoczesna, ale dziś to nawet ją zaczęło przerastać.

- Przychodzi taki moment, kiedy świat zaczyna kręcić się w odwrotnym kierunku i okazuje się, że rodzice stają się młodsi, bardziej wyzwoleni niż ich dzieci. Zdarza się, że zachowuję się jak konserwatystka, bo wciąż się temu wszystkiemu dziwię - opowiada. - Moi rodzice po sześćdziesiątce zaczęli nowe życie, porwał ich świat. Mama jest bardzo aktywna, podróżuje - była w Afryce, na Antarktydzie, w Australii, ma na Facebooku przyjaciół we wszystkich krajach. Tata, choć na emeryturze, nadal prowadzi swoją firmę i wkrótce bierze ślub z dziewczyną młodszą od mojej siostry. Czym jeszcze zszokuje mnie życie? - żartuje aktorka.

Miała 12 lat, kiedy wygrała casting do reżyserowanego przez Wojciecha Sawę filmu "Panny". Potem poszło już z górki, stworzyła fantastyczne kreacje w takich serialach jak "Urwisy z Doliny Młynów" czy kultowa "Janka".

- Plan filmowy to była dla mnie szkoła życia, szybko dojrzałam - wspomina. - Wcześniej przebywałam z rodziną, bliskimi, tu nawiązywałam kontakty z dorosłymi, ale w kompletnie inny sposób, musiałam pracować, słuchać. Moi rodzice ufali mi i nie byli nadopiekuńczy, ale pomagali w organizacji szkolnych zajęć, planu dnia.

W czasie studiów w PWST w Warszawie udało się jej zagrać w powstającym w Krakowie filmie Stevena Spielberga "Lista Schindlera". W 1993 roku zadebiutowała jako aktorka dubbingowa, użyczając swojego głosu w międzynarodowej produkcji "Polski crash" Kaspara Heidelbacha. Odnosiła sukcesy przed kamerą. Jej kreacje w dramacie "Farba" Michała Rosy i komedii "Fuks" Macieja Dutkiewicza zostały nagrodzone Orłem i Złotą Kaczką. Uznanie zdobyła, wcielając się w postać Maryśki Jurewicz w serialu "Boża podszewka" w reżyserii Izabelli Cywińskiej. Potem jej kariera przystopowała, w prasie pisano o zmarnowanym talencie, depresjach.

- Rzeczywiście popełniłam mnóstwo błędów - przyznaje. - Byłam rozkapryszona, nie udzielałam wywiadów albo opowiadałam zbyt dużo o sobie, co było wykorzystywane przez gazety. Dziś wiem, że warto być szczerym, ale i ostrożnym, żeby nie paść ofiarą swoich słów. Gdy pytam ją o miłość, śmieje się i mówi, że powinna być opodatkowana, bo wtedy dopiero zaczęłoby się ją doceniać. Sama przeżyła kilka miłości, jej małżeństwo się rozpadło, a teraz w nowym ponaddwuletnim związku jest na etapie pokory. Dojrzała, uczy się akceptować drugą osobę z jej zaletami i wadami. Jej partnerem jest Ukrainiec, od lat mieszkający w Polsce i świetnie mówiący w naszym języku.

- Wkrótce po tym, jak się poznaliśmy, wybuchły zamieszki na Ukrainie - wspomina. - Znałam ten kraj tylko z jednego wakacyjnego pobytu na Krymie. Byłam tam cztery lata temu, jak jeszcze należał do Ukrainy. Niedawno poznałam historię tego kraju, ciekawi mnie, jaka czeka go przyszłość. Aktorka zaczyna odczuwać pierwsze korzyści ze zmian w jej życiu i z tego, że jest w związku. Stała się spokojniejsza.

- Choć nadal patrzę w przeszłość, to weryfikuję swoje myślenie o aktorstwie, powoli otwieram się na nowe. Czekam na to, czym jeszcze zaskoczy mnie życie, ale tym razem jestem przygotowana i mocniejsza - deklaruje.

Czas pokaże, jak potoczą się jej losy. Jestem pewna, że wkrótce będzie miała więcej szans, żeby znów zaprezentować widzom swój wielki talent.

Monika Głuska-Durenkamp

PANI 5/2016

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje