Przejdź na stronę główną Interia.pl
Francuski sekret

Mireille Guiliano: autorka poradnikowych bestsellerów

Uważa, że to Francuzki najlepiej poznały tajemnicę dobrego życia. Tłumaczy ją tak przekonująco, że po jej książki sięgają miliony kobiet. Jak dobrze jeść i nie tyć? Jak być elegancką, nie poświęcając tej kwestii zbyt wiele czasu? Jak czuć się młodo bez liftingów? W wywiadzie dla "Twojego STYLU" Mireille Guiliano, autorka poradnikowych bestsellerów, mówi o tym, co naprawdę daje kobietom szczęście.

Twój STYL: Tytuły książek są jednoznaczne: Francuzki nie potrzebują liftingu, Francuzki nie tyją, Francuzki na każdy sezon... Skąd przekonanie, że Pani rodaczki najlepiej potrafią korzystać z życia i radzić sobie z jego wyzwaniami?

Reklama

Mireille Guiliano: Moje tytuły to prowokacyjny żart. Bawi mnie, że część osób traktuje je serio i dosłownie. Dostaję listy, w których czytam: "Byłam we Francji i widziałam tam kobiety z nadwagą!", "Znam paryżankę po kilku operacjach plastycznych" itp. To na pewno prawda, ale wyjątki jedynie potwierdzają regułę. Istnieje szereg badań socjologicznych, które dowodzą, że Francuzki w ponadprzeciętny sposób opanowały sztukę czerpania radości z życia. Ponad 65 procent moich rodaczek uważa na przykład, że ma "bardzo szczęśliwe życie". W skali świata to ewenement. Sfrustrowane Amerykanki, które ciągle naśladują jakieś gwiazdy albo gonią za nowym trendem, innym co sezon, dzieli od Francuzek mentalna przepaść. Wiem, co mówię, bo dobrze znam zarówno rodzinną Francję, jak i Stany Zjednoczone. Zjawisko jest o tyle niepokojące, że amerykańskie wzorce kopiowane są dziś już niemal wszędzie.

Załóżmy, że ma pani rację. Co sprawia, że Francuzki są takimi szczęściarami?

- To kwestia naszej kultury. Kulinarnej, materialnej i duchowej. Napisano o niej całe tomy. Streszczenie jej zasad w kilku zdaniach to spore wyzwanie, ale spróbuję. Otóż Francuzki uważają, że warto żyć przede wszystkim dla własnej przyjemności. Z tego powodu w niewielkim stopniu przejmują się opiniami innych i nie lubią rywalizacji. Rzadko też z kimś się porównują i są odporne na nowinki, zwłaszcza te, które stoją w sprzeczności z ich stylem życia. Dlatego na przykład wszelkie udziwnione diety, które podbijają Amerykę, wiele krajów Europy, a ostatnio nawet Azję, we Francji się nie przyjmują.

Może to po prostu dowód na to, że Francuzki są konserwatywne? Myślę, że chodzi o coś znacznie ciekawszego. Moje rodaczki uważają za nonsens wykluczanie jakichkolwiek produktów z jadłospisu. A szczególnie tych, które kojarzą im się z przyjemnością. Czekolada? Wspaniale doprawione mięsa? Wina? Szampan? Ryby w ziołach? Sery i wyśmienite sosy? Nie ma mowy, żeby coś z tej listy zniknęło z ich menu. Życie bez rozkoszy stołu uważają, moim zdaniem słusznie, za jałowe. Ale jednocześnie do wszystkiego stosują zasadę złotego środka. W tym wypadku oznacza ona, że ich posiłki - jak choćby codzienne kolacje, jedzone z rodziną zazwyczaj do późna - przypominają małe uczty. Ale są przy tym raczej smakowaniem wyrafinowanych dań niż obżarstwem. Na naszych talerzach nigdy nie zobaczycie piramidy frytek z befsztykiem w rozmiarze XXL. Przeciętny obiad francuskiej kobiety ma objętość tego, co gdzie indziej uznano by za przystawkę.

Czyli zasadą numer jeden byłby umiar bez rezygnacji z przyjemności. Jak ją wprowadzić w praktyce, gdy mieliśmy dotąd inne przyzwyczajenia?

- Na początek proponuję ćwiczenie, które nazywam "50 procent". Pomaga właściwe oszacować wielkość porcji, która wystarcza, byśmy poczuli się najedzeni. Pamiętajmy, że nasz żołądek, o ile go nie rozepchamy, jest wielkości pięści. I taka powinna być objętość obiadu. Jeśli są w nim odpowiednie składniki, nasz organizm poczuje się zaspokojony. A proponowane ćwiczenie polega na tym, że naszą zwyczajową porcję dzielimy na pół. Pierwszą połówkę zjadamy bardzo powoli, skupiając się na smaku i degustacji każdego kęsa. Po kilku takich "treningach" może się okazać, że druga połówka obiadu w ogóle nie będzie potrzebna. Francuscy dietetycy dowiedli, że najwięcej przyjemności smakowych dostarczają trzy pierwsze kęsy. I że jedząc powoli, jemy dużo, dużo mniej.

W książkach pisze pani, że zmieniając stosunek do jedzenia, zmienimy również nasze nastawienie do życia. Co może się stać, jeśli posłuchamy pani rad?

- Jest spora szansa, że na przykład zaczniemy czerpać większą przyjemność z doznań estetycznych. To też mocna strona Francuzek, które wierzą, że piękno wokół nas uszczęśliwia. Dlatego ich posiłki cieszą nie tylko podniebienie, ale i oko. Przykład? We francuskich domach zazwyczaj jada się kolację przy ładnie nakrytym stole. Pożeranie pizzy przed telewizorem to u nas raczej ekstrawagancja. We Francji od wieków kultywuje się również zwyczaj rozmawiania przy posiłkach. Przy czym nasza kultura wyraźnie selekcjonuje tematy takich rozmów. Otóż, wspólne posiłki to przede wszystkim okazja do dzielenia się przyjemnymi wiadomościami. W dobrym tonie są tematy, które inspirują, cieszą, rozwijają horyzonty, poprawiają humor. Żadnej polityki, opowieści o katastrofach, chorobach czy tragediach, które przydarzyły się sąsiadom. Ktoś, kto narzeka przy francuskim stole, popełnia spore faux pas. U nas matki od dziecka wpajają dzieciom, że po posiłku, w czasie którego usłyszeliśmy kilka pogodnych historii, wstajemy od stołu lepiej nastawieni do życia.

Pani rady dobrze brzmią, ale pasują do kobiet, które mają czas na przygotowywanie wykwintnych dań, miłe konwersacje, delektowanie się chwilą i relaks. A większość z nas żyje w pośpiechu. Cierpimy na syndrom chronicznego braku czasu. Pracującej matce łatwiej zjeść w biegu kanapkę niż spełnić pani postulaty.

- Nie zgadzam się. Jeśli ktoś mówi, że nie potrafi znaleźć 30 minut w ciągu dnia, aby spokojnie zjeść lunch, to znaczy, że zadowala go byle jakie życie. I woli narzekać niż coś zmienić.

To jaka jest pani pierwsza rada dla zabieganych kobiet, które chciałyby wyjść z błędnego koła pośpiechu i frustracji?

Można zacząć od tego, że jeśli w pracy mamy czas tylko na "zjedzenie kanapki w locie", to przygotujmy sobie na ten moment kanapkę naprawdę wykwintną. Mówiąc "wykwintną", mam na myśli pomysłową, finezyjną, w jakiś sposób wyjątkową. I nie żałujmy tych kilku minut, żeby ozdobić ją sałatą, dorzucić orzechy albo oliwki i trochę dobrej jakości sera. Jeśli potem zjemy - choćby przy biurku, coś, co przygotowaliśmy z myślą, by sprawić sobie przyjemność, to poczujemy tę przyjemność. Za to wrzucenie w siebie papki z pracowniczej kantyny tylko zwiększy naszą frustrację. Dajemy z siebie wszystkim wokół tak wiele, a jednocześnie mamy tendencję, by zapominać o sobie. A my też jesteśmy ważne! Francuzki cenią się bardzo wysoko, dlatego nie mają problemu, by znaleźć nawet w zagonionym dniu chwilę "tylko dla siebie". "Jestem tego warta" - to hasło, którego warto się od nas nauczyć. I pierwszy krok we właściwym kierunku dla kobiet, które przyzwyczaiły się, że z powodu ciągłego pośpiechu bylejakość stała się w ich życiu normą. Na zmianę nigdy nie jest za późno.

Inne kobiety się nie cenią? Hiszpanki, Włoszki, Polki, młode i dojrzałe wydają coraz więcej na kosmetyki, stroje, trenerów fitnessu.

- Ale większość z nich nie robi tego z myślą o swoim dobrym samopoczuciu, tylko o zbliżeniu się do narzucanego przez popkulturę ideału. A to wielka różnica. Nie tyle chodzi tu o naszą satysfakcję, co o to, jak nas ocenią inni. Czy jesteśmy już wystarczająco "trendy". A panujący dziś w świecie kult fast foodów to już po prostu ucieleśniona pochwała bylejakości. Jajecznica ze spreju, tony syropu kukurydzianego i coraz bardziej gargantuiczne porcje! Może i mniej czasu "tracimy" w takim systemie na przygotowywanie posiłków, ale przy okazji gubimy też jakość naszego życia. To rodzi apatię i ociężałość, nie tylko fizyczną. Francuzki wypowiedziały tej pladze wojnę. Może dlatego odsetek kobiet z depresją jest u nas niższy niż w innych krajach.


Obecnie co druga kobieta biega albo robi ćwiczenia wysmuklające. A pani promuje tezę, że sport nie jest kobietom potrzebny do szczęścia. Francuzki go nie uprawiają?

- Moje rodaczki kultywują zdrowy ruch na co dzień. Wśród kobiet z francuskich miast panuje np. snobizm na nieużywanie samochodów. Gdzie tylko się da, chodzimy piechotą albo jeździmy rowerem. Wchodzimy po schodach, nawet gdy w budynku jest winda. Siłownia to wynalazek, który się u nas nie przyjął. Duszna sala pełna spoconych ludzi? Horror! A tymczasem kobiety w innych krajach z obsesją rzucają się na każdy nowy trend w fitnessie. Teraz modne jest na przykład katowanie się na rowerach stacjonarnych w saunie! Dla Francuzki to coś nie do pomyślenia. Skoro można pojeździć sobie na rowerze po mieście, przy okazji załatwiając kilka spraw, po co tracić czas na dziwactwa? Ruch powinien być naturalną formą naszego życia, a nie ekscesem, na który "trzeba się zapisać".

Pani rady dotyczące walki z upływem czasu też negują modne trendy. Kategorycznie odrzuca pani operacje plastyczne i liftingi. Francuzki ich sobie nie robią?

- Niektóre pewnie robią, ale we Francji chirurgiczny lifting to rzecz w złym stylu. Świetnie to rozumiem. Na ulicach Nowego Jorku, nie mówiąc już o Los Angeles, widuję mnóstwo kobiet, które wyglądają jak klony. Za oceanem kult młodości stał się przygnębiającą karykaturą i obrócił się przeciw kobietom. Nie mówiąc już o wynaturzeniach, jakie mają miejsce w Ameryce Południowej, gdzie operacjom plastycznym poddają się nawet nastolatki. Wiele kobiet dało sobie wmówić, że gdy na ich twarzy pojawią się zmarszczki, staną się obywatelkami drugiej kategorii. Rezultaty tego są opłakane. Te upiorne, nieruchome twarze! Obsesje i depresje, że "pomimo wydanej fortuny jednak nie wyglądam jak ja sprzed 30 lat". 

Jak Francuzki godzą życie prywatne z karierą? Czytaj na następnej stronie.

Dowiedz się więcej na temat: styl francuski | francuska | kuchnia francuska | Francuzki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje