Przejdź na stronę główną Interia.pl

Edyta i Cezary Pazurowie: Wszystko się poukładało

​"Ta smarkata" i znany, dojrzały aktor. Ich związek budził duże emocje. Byli oceniani, krytykowani. Wszystko przetrwali. Od 10 lat są razem, mają dwójkę dzieci i wciąż łączy ich miłość.

Edyta Pazura - żona Cezarego Pazury, mama 7,5-letniej Amelki i 4,5-letniego Antka. Absolwentka zarządzania i doradztwa gospodarczego na UJ oraz studiów podyplomowych: zarządzanie produkcją filmową i projektowanie wnętrz. Pochodzi z Krakowa. Ma 29 lat. Uwielbia majsterkować. Marzy jej się własny biznes.

Kilka tygodni temu pojechałam z dziećmi w góry, Czarek został w Warszawie, przygotowywał się do marcowej premiery "Ożenku" w teatrze 6.piętro. W czasie ferii wypadały walentynki. Znam Czarka doskonale, wiedziałam, że będzie o mnie pamiętał, i się nie zawiodłam. Kurier przywiózł bukiet kwiatów i czekoladki. 

Reklama

Czarek bardzo o mnie dba. To jedyna osoba na świecie, przy której czuję się naprawdę bezpieczna. Natomiast on przeważnie mówi, że niczego nie potrzebuje, w ogóle nie ma w nim egoizmu. Ja i dzieci jesteśmy dla niego najważniejsi. Niedawno miałam trochę problemów zdrowotnych i widziałam, że naprawdę się martwi. Później nieco mu dokuczałam: "No, Pazur, teraz przynajmniej wiem, że jak mnie zabraknie, to będziesz tęsknił". 

Jest wspaniałym ojcem, chociaż moim zdaniem zbyt przewrażliwionym. Amelka w tym roku skończy osiem lat, Antek - pięć. Uważam, że dla ich własnego dobra należy uczyć ich samodzielności, stawiać wymagania. Czarek wciąż pomaga im w ubieraniu, sprawdza, czy czegoś nie zapomnieli. 

Bardzo chciał zostać ojcem, temat dzieci szybko pojawił się w naszych rozmowach. Ma wprawdzie starszą córkę, z którą jest mocno związany, bo sam ją wychowywał, ale myślę, że niektórzy mężczyźni do ojcostwa muszą dorosnąć. Jeden z najpiękniejszych obrazów, jakie mam w głowie, to Czarek z maleńkim Antkiem w nosidełku. Dla mnie to kwintesencja miłości. 

Kiedy urodziłam Amelkę, miałam zaledwie 21 lat i gdyby nie Czarek, na pewno nie myślałabym jeszcze o macierzyństwie. Ale jemu się śpieszyło, chciał, żeby dzieci pojawiły się, kiedy jest pełen energii. Wiedziałam, że sobie poradzę, że będę żoną, matką, ale nie zrezygnuję ze studiów. 

Zawsze byłam ambitna. Przez kilka lat w każdy czwartek wieczorem pakowałam Amelkę i jechałyśmy do Krakowa na weekend. Rodzice zajmowali się małą, a ja biegłam na zajęcia i w przerwach przyjeżdżałam ją karmić. Udało mi się skończyć studia z bardzo dobrymi wynikami, ale kosztowało mnie to sporo wysiłku. Nie wiem, czy teraz bym się na to porwała. 

Nie prowadzimy domu otwartego, zapraszamy wyłącznie ludzi zaufanych. Czarek jest bardzo towarzyski, ja zaś zachowuję dystans przy pierwszym kontakcie. Rzadko gdzieś wychodzimy, nie ciągną nas imprezy, wolimy spędzić czas z dziećmi. 

Nasz dom remontowałam sama. Codziennie jeździłam na budowę, dyskutowałam z robotnikami, wybierałam materiały. Okazało się, że urządzanie wnętrz sprawia mi dużo radości. Dlatego zaczęłam pomagać znajomym przy remontach. Czasami potrzebuję wsparcia przy projektowaniu, wtedy proszę o pomoc Nastkę, córkę Czarka, która jest graficzką. 

Gdy się poznałyśmy, powiedziała, że zależy jej, aby tata był szczęśliwy. To dobry obserwator i jestem pewna, że teraz jest spokojna. Kiedy w moim życiu pojawił się Cezary i przeprowadziłam się do Warszawy, bardzo denerwowałam się przed każdym spotkaniem z jego rodziną, przyjaciółmi. Często słyszałam o sobie: "ta nowa", "ta młoda", czasem "ta smarkata". Zabawne, że chociaż mam prawie trzydzieści lat i dwoje dzieci, to dla niektórych zostałam "tą smarkatą". 

Dawniej przez takie słowa nie mogłam spać w nocy, dzisiaj odbieram je jako komplement (śmiech). Nie obrażam się, ale oczekuję szacunku. Uważam, że na niego zasługuję. Od dwóch lat zajmuję się sprawami zawodowymi męża. Wbrew temu, co niektórzy opowiadają, nie wybieram mu ról, owszem, czytam scenariusze, ale z czystej ciekawości. Decyzje zawsze podejmuje sam. Ja pilnuję umów, negocjuję, odpowiadam na propozycje. 

Poznaliśmy się prawie dziesięć lat temu w pociągu z Krakowa do Warszawy. Miałam 19 lat, właśnie zdałam maturę i dostałam się na prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracowałam wtedy dorywczo w Warsie. Pojawił się Cezary Pazura, koleżanka poprosiła mnie, żebym wzięła od niego autograf. "A ty nie chcesz?", zapytał. Niezręcznie było mi odmówić, więc powiedziałam, że tak, chętnie. Na kartce napisał: "Edycie z nadzieją na spotkanie". Zaczął mnie zagadywać, poprosił o telefon. 

Nie wierzyłam, że zadzwoni. A jednak jeszcze tego samego wieczoru umówiliśmy się na kawę. Bardzo o mnie zabiegał, zaimponował mi swoją determinacją. Na początku nie afiszowaliśmy się z naszym związkiem, w końcu jednak zrobiono nam zdjęcia i się zaczęło. Obrywałam za wszystko: krytykowano mój wiek, wygląd. Próbowałam walczyć, tłumaczyłam, dementowałam plotki. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że każda moja reakcja spowoduje kolejny atak i następną falę nienawiści. Reagowałam płaczem, histerią. 

Zastanawiałam się, czym sobie zasłużyłam na takie traktowanie, analizowałam swoje zachowanie, ale nie znalazłam przyczyny. Czarek tłumaczył mi, że wszystko się ułoży, mówił: "Zobaczysz, sprawiedliwość przyjdzie szybciej, niż myślisz". Dziś jestem dużo bardziej odporna niż dawniej. I tak samo jak moja mama zawsze murem stoję za swoim mężem i rodziną. Myślę, że właśnie za to Czarek kocha mnie najbardziej, że potrafię odróżnić prawdę od kłamstwa, dobro od zła. 

Niestety wieloletni permanentny stres odbił się na moim zdrowiu. Moi rodzice też musieli wiele znieść. Od lat mieszkają na tym samym osiedlu w Nowej Hucie, tutaj wszyscy się znają. Docierały do nich komentarze: "A taką była porządną dziewczyną, dobrą uczennicą i co się z nią porobiło?!". 

Kiedyś na początku naszej znajomości Czarek powiedział: "Tylko mnie kochaj, a ja zrobię wszystko, żebyś była najszczęśliwsza". Podobne słowa słyszy od swoich partnerów wiele kobiet, ale on mówił je z takim przekonaniem, że mu uwierzyłam. Wygląda na to, że się nie pomyliłam...

Cezary Pazura – aktor, reżyser, producent. Absolwent łódzkiej filmówki. Ma w dorobku kilkadziesiąt ról w filmach i serialach, m.in.: „Kroll” Władysława Pasikowskiego, „Kiler” i „Kiler-ów dwóch” Juliusza Machulskiego, „Ajlawju” i „Nic śmiesznego” Marka Koterskiego, „Kariera Nikosia Dyzmy” Jacka Bromskiego. Można go oglądać w „Ożenku” Gogola (reż. Andrzej Bubień) w warszawskim teatrze 6.piętro. Trzykrotnie żonaty, ma trójkę dzieci. Pochodzi z Niewiadowa na Mazowszu. Ma 54 lata.

Mimo że jesteśmy razem prawie dziesięć lat, Edytka nieustannie mnie zaskakuje. Ostatnio powiedziała mi, że ma pewien odważny pomysł na biznes. Zareagowałem fatalnie. "To niemożliwe, kochanie, dajmy sobie spokój, za duże ryzyko". Minęło trochę czasu i pomyślałem: a właściwie dlaczego nie? Przecież gdybym ja nie realizował swoich marzeń, to pewnie nigdy nie wyjechałbym z rodzinnego Niewiadowa i nie został aktorem. A jednak mi się udało. Dlatego przeprosiłem Edytkę: "Kochanie, myliłem się, realizuj marzenia, a ja ci pomogę". 

Ogromnie trudno jest mi wytłumaczyć, dlaczego się w niej zakochałem. Tak jak trudno zdefiniować miłość. Byłem wtedy w separacji ze swoją drugą żoną, wydawało mi się, że moje życie jest dość wygodne. W sumie nikogo nie szukałem. Ale jak mówił Marek Koterski w swoich filmach "Ajlawju" i "Nic śmiesznego", w których zagrałem, miłość spada na nas jak zaczajony za rogiem morderca. Nie możesz przewidzieć, kiedy dostaniesz w głowę. Dla mnie takim uderzeniem było spotkanie Edytki. 

Ostatni dzień maja 2007 roku godzina szósta rano. Żartuję czasem: "O szóstej rano każdy może popełnić błąd" (śmiech). Jechałem pociągiem do Warszawy i zobaczyłem ładną, młodą dziewczynę bez makijażu, trochę zmęczoną. Długo jej się przyglądałem. Nie była stremowana. Skromna, bezpośrednia - po prostu normalna. Ja takich dziewczyn nie znałem, w środowisku, w którym się obracałem, normalność była towarem deficytowym. Chciałem ją jeszcze raz zobaczyć, to było silniejsze ode mnie. 

Na pierwszym spotkaniu zachowałem się beznadziejnie, za dużo gadałem o sobie zamiast pozwolić mówić jej. Ale też zobaczyłem w niej siebie sprzed lat. Była pełna planów, takiej młodzieńczej beztroski. Miała w sobie wiele radości, bo życie jej jeszcze nie przeczołgało, nie ciągnęła za sobą ogona nieprzyjemnych doświadczeń. 

Równocześnie była nad wiek poukładaną osobą. Koledzy czasem pytali mnie: "O czym wy właściwie rozmawiacie?". Ale ona wcale nie była "dzieckiem". Rozmawialiśmy o wszystkim, była niezwykle ciekawa, chłonna. Nie wiem, skąd się wzięła w niej ta dojrzałość. Może stąd, że zawsze otaczali ją ludzie dorośli - najmłodsza w domu, miała trzech dużo starszych braci. Dbałem o nią, chodziliśmy na spacery, do kina, do teatru. Byłem czterdziestopięcioletnim facetem po dwóch rozwodach, a po raz pierwszy miałem dziewczynę, z którą umawiałem się na randki, a ona mężczyznę, który ją adorował. 

Pewnego razu powiedziała mi: "Wiesz, moi rówieśnicy grają na PlayStation". Nigdy nie czułem różnicy wieku między nami, chociaż często o tym rozmyślałem. Trochę bawiło mnie, że Edytka wychowała się na bajkach, do których podkładałem głos. Ciągle liczyłem, ile ona będzie miała lat, jak ja będę miał tyle i tyle, w jakim będę wieku, kiedy nasze dzieci pójdą do szkoły... 

Myślę, że miałem więcej wątpliwości niż ona. Kiedyś zapytała mnie: "Cezary, czy ty jesteś ze mną szczęśliwy?". "Tak, kochanie", odpowiedziałem. "Ja będę z tobą szczęśliwa zawsze. Nieważne, jak długo potrwa nasze wspólne życie". Uspokoiłem się. 

Staram się higienicznie żyć, ćwiczę, zdrowo się odżywiam. Czuję się lepiej niż dwadzieścia lat temu. Ona nie wywróciła mojego życia do góry nogami, raczej powiedziałbym, że mi je wyprostowała, przestawiła na właściwe tory. Wcześniej jeździłem we wszystkie strony, skręcałem w prawo, jak trzeba było w lewo, często pod prąd. Teraz "szyny" są wyprostowane, po prostu jadę i mną nie kolebie. 

Zabrzmi to dziwnie, ale nie ma między nami nieporozumień czy sprzeczek. Już na początku ustaliliśmy, że opieramy nasze relacje na miłości. Inaczej to nie ma sensu. Zmieniłem się. Jeżeli ktoś chce się ze mną kłócić, to obracam to w żart i wychodzę. Zawsze wiedziałem, że trzeba unikać złych osób, ale naginałem się, dawałem kolejne szanse. Żona uświadomiła mi, że lepiej powiedzieć: stop. Słucham jej, bo ludzie, którzy są razem, muszą sobie wierzyć. 

Mamy jedno konto. Znajomi podpowiadali mi: "To jest twoja trzecia żona, zrób intercyzę", jej koleżanki sączyły do ucha: "Musisz odkładać pieniądze. Co zrobisz, jak on cię zostawi?". Oboje się z tego śmialiśmy. Przecież nie o to chodzi. Jestem przekonany, że to jest związek na zawsze. Skąd ta pewność? Wiem, co czułem kiedyś, a co teraz, dostrzegam różnicę. Pobraliśmy się z miłości, to nie jest kontrakt małżeński. Miałbym się zabezpieczać przed matką moich dzieci? 

Przy niej stałem się domatorem. Jest mistrzynią w kuchni, chociaż to ja skończyłem szkołę gastronomiczną. Tylko że spędziłem czas głównie na zmywaku (śmiech). Pamiętam, że kiedy się poznaliśmy, grałem w dwóch serialach, wstawałem o czwartej rano, a ona zamiast spać, robiła coś w kuchni. Wychodzę z domu, a Edytka wręcza mi pięknie zapakowane kanapki. Następnego dnia to samo. "Nie musisz tego robić, mamy tam bufet", tłumaczyłem. Ona na to: "Moja mama zawsze szykowała tacie kanapki do pracy". I chodzę z tymi bułkami do dzisiaj (śmiech). 

Czasem mówię, że Edytka jeszcze przed ślubem była kobietą zamężną, to znaczy pół kroku za mężczyzną. Nie rozpycha się łokciami, chociaż to prawdziwa twardzielka. Nauczyła mnie punktualności, dyscypliny, jeśli mam umówiony trzy razy w tygodniu trening, to nie ma przebacz. To, co zaplanowane, powinno być wykonane. 

Dzielimy życie pomiędzy Warszawę i naszą ukochaną działkę na Warmii. Myślimy o przyszłości, ale bez napięcia. Tyle razy coś planowaliśmy i nie wychodziło. Takie jest życie. Pracujemy, jesteśmy uczciwi, co złego może nas spotkać? Mam coś takiego jak zaufanie do Boga albo - jak ktoś inny powie - losu. Dopóki jej nie znałem, żyłem w strachu. Dziś wiem, że nie można się bać. Jak mówią buddyści: niech życie żyje się samo. 

PANI 4/2017
IZA KOMENDOŁOWICZ

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama