Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dyscyplina dodatkowa... przemyt

Sportowcy handlowali wszystkim - od wódki i kiełbasy, przez reprezentacyjne stroje, po złoto i dewizy.

Polski sport w czasach PRL pod pewnymi względami był bardzo bliski poglądom ojca nowożytnej idei olimpijskiej, barona Pierre’a de Coubertina. Ten francuski arystokrata uważał, że zawodnicy nie powinni zarabiać na swoich osiągnięciach i muszą pozostać amatorami. Oczywiście, miał na myśli swoich kolegów - arystokratów. Tylko co mieli począć wszyscy ci, którzy kochali sport, a nie urodzili się w zamożnych rodzinach? Tego już baron nie wyjaśnił. U nas przekonanie o tym, że sportowcy nie muszą zarabiać, pokutowało jeszcze przez długie lata. W rezultacie nasi mistrzowie musieli specjalizować się jeszcze w dodatkowej dyscyplinie - przemycie. Oczywiście, polscy sportowcy cieszyli się w kraju wieloma przywilejami i od pewnego momentu byli nawet zatrudniani na fikcyjnych etatach w zakładach pracy. Ale gdy wyjeżdżali za granicę i widzieli, jak żyją ich koledzy, rosła w nich frustracja. - Dostawaliśmy jedynie po dwa dolary na dzień, co wystarczyło tylko na zakup pocztówek - pisał we wspomnieniach Jerzy Kulej, złoty medalista igrzysk w Tokio w 1964 r.

Reklama

Jak jednak wiadomo, potrzeba jest matką wynalazku i sportowcy wyjeżdżali na zawody obładowani nie tylko niezbędnym sprzętem. - Mieliśmy ze sobą wędliny i polską wódkę. Mnie udało się sprzedać dwie butelki wyborowej, każda po 5 dolarów, i szynkę w puszce. Zarobiłem na wodoszczelny dziany zegarek szwajcarski, o którym zawsze marzyłem - wspominał Kulej. Zakazanym handlem trudniła się całkiem spora grupa zawodników. Skalę zjawiska potwierdza choćby pismo, jakie do premiera Józefa Cyrankiewicza wysłał w marcu 1965 r. ówczesny prokurator generalny: - Według rozeznania MSW, nadużycia tego typu posiadają charakter niemalże powszechny i pociągnięcie do odpowiedzialności wszystkich winnych mogłoby doprowadzić do zdekompletowania prawie całej kadry narodowej lekkoatletów i innych dyscyplin sportu - donosił. Oskarżeni o przemyt byli m.in. oszczepnik Janusz Sidło czy Władysław Komar. Ale lubiani sportowcy nie mogli przecież siedzieć w więzieniu. Ich sprawom po cichu ukręcono łeb i szybko znikły z łamów prasy. Po kościach rozeszła się też m.in. sprawa zaginionych kożuchów, w które ubrano polską reprezentację na zimowe igrzyska w Grenoble w 1968 r. Uszyte przez zakopiańskich kuśnierzy cieszyły się tak dużym uznaniem zachodnich sportowców, że byli gotowi zapłacić za każdy niebotyczną dla naszych rodaków kwotę 180 dolarów. Do kraju powrócił tylko jeden zawodnik w kożuchu z czerwonymi haftowanymi parzenicami. Pozostałych mimo medialnego szumu - nie zdyskwalifikowano.

Ręka rękę myła

Sprzedaż kilku butelek wódki czy ubrań bladła w porównaniu z pozasportową działalnością naszego utalentowanego szermierza Jerzego Pawłowskiego. Na igrzyskach w Meksyku w 1968 r. zdobył nie tylko złoty medal. Udało mu się też kupić za śmieszne pieniądze złote monety upamiętniające olimpiadę. Zanim dojechał do Polski, opchnął je z dużym zyskiem w RFN. - Zarobiłem na czysto blisko 400 dolarów - wspominał z entuzjazmem. Dzięki tym pieniądzom kupił wymarzonego mercedesa. A u zaprzyjaźnionego Józefa Cyrankiewicza wyprosił zwolnienie auta z opłaty celnej! Premier na pewno nie poszedłby mu na rękę wiedząc, że Pawłowski już od 1964 r.pracował dla... amerykańskiego wywiadu! Działalność na dużo szerszą skalę prowadzili polscy brydżyści, którzy zorganizowali się w godny podziwu sposób. Ale nie ma w tym nic dziwnego. W skład drużyny wchodziło wielu znanych naukowców, można było wygrać spore pieniądze, no i podróżować po świecie bez przeszkód. 

Bogusław S., teoretyk brydża i jeden z naczelników w ministerstwie finansów dostrzegł w tej grupie ogromny potencjał przemytniczy. Polacy, którzy pod koniec lat 60. byli jedynymi przedstawicielami demoludów na zagranicznych turniejach, nielegalnie wywozili z kraju pieniądze w najróżniejszej walucie, a z powrotem przywozili kupione za nie złoto. Ręka rękę myła, bo we wszystkim uczestniczyli urzędnicy resortu finansów i skorumpowani celnicy z Okęcia. Zawodnicy nie afiszowali się z dodatkowymi dochodami, a niektórzy wręcz udawali, że mają finansowe problemy. Pieniądze wędrowały w pudełkach po cygarach, a złoto - w kartonach po whisky. W końcu jednak przemytnicy z dyplomami wpadli, wsypał ich kolega - brydżysta, współpracownik SB. Na procesie wyszło na jaw, że z Polski wyjechały dewizy warte w przeliczeniu 2,7 mln złotych, a kupione za nie złoto sprzedano za 20 milionów! Karciarze dostali wyroki od 3 do 7 lat pozbawienia wolności. 

Bo łapówka była za mała 

To nie była jedyna zorganizowana grupa przestępcza wśród naszych sportowców. Nieformalną przywódczynią innej była mistrzyni w biegach narciarskich Stefania B. Przez sześć lat z powodzeniem parała się przemytem. Jak mówiła podczas jednego z przesłuchań, wszystko zaczęło się od drobnego handlu kożuchami, aparatami fotograficznymi, kryształami... - Sprzedawałam, a następnie nabywałam towary poszukiwane w Polsce - mówiła w sądzie. - Nie była to jakaś większa działalność, ale handel zwyczajowo uprawiany przez sportowców. Średnio na jednym wyjeździe można było zarobić 15-20 tysięcy złotych. Proceder się opłacał. Wystarczy policzyć: w Austrii ortalionowy płaszcz kosztował 3 dolary; w polskim komisie to 1500 zł. Za dolara płacono 120 zł. Ponad 1000 złotych zostawało w kieszeni! Co ciekawe szajkę rozbito przez przypadek. Stefanię B. zatrzymano, wiedząc o niej tylko, że dała niewielką łapówkę i pożyczyła od innego kolegi - sportowca 1800 dolarów. Resztę powiedziała sama oskarżona, nieświadoma faktu, że pogrążył ją właśnie ów zbyt mały "datek". Sąd skazał ją na 6 lat więzienia i 810 tys. złotych grzywny. Wraz z nią na ławie oskarżonych zasiadło 29 osób, ale zamieszani w przemyt górale, krajanie biegaczki, docenili fakt, że obciążała jedynie tych, którzy wpadli już wcześniej, przed nią. A mieli powody do zmartwień. 

Towar dla niej przechodził przez tranzytowe przejście na granicy austriacko-czechosłowackiej, skąd dostarczano go do samotnej gazdówki tuż przy granicy z Polską. Tam docierali przemytnicy z Podhala. Zamieszanych w tę działalność było blisko 90 osób. Sprawy sądowe mieli także przedstawiciele innych dyscyplin. Polski Związek Motorowy wpadł na przemycie 154 płaszczy ortalionowych ukrytych w oponach. Siatkarki w pudełkach po proszku do praniach chciały wwieźć do kraju sztuczne brylanty. Kolarze Legii, oprócz pokaźnej ilości płaszczy, mieli zapas 2 tys. par pończoch i 40tys. wkładów do długopisów, a rajdowcy ukryli w schowkach kilogramy srebra... Dzisiaj sportowcy już raczej nie mogą narzekać na zarobki i tradycje szmuglu zamierają. Czasem usłyszy się jeszcze o posiadaniu papierosów bez akcyzy, ale to sprawy o małym ciężarze gatunkowym. Może zresztą nie chodzi w nich o zyski, ale o odrobinę ryzyka? 

Joanna Lenart

7/2016 Nostalgia 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje