Przejdź na stronę główną Interia.pl
Doszłam do krawędzi i nie spadłam

Małgorzata Wojtaczka - pierwsza Polka na biegunie południowym

Przez dwa miesiące dookoła niej była tylko biel śniegu. Po drodze niebezpieczne szczeliny, niemiłosiernie męczące zastrugi. Na koniec popędziła ją zima, która w tym roku nadeszła na Antarktydzie trzy tygodnie wcześniej niż zwykle. Jednak Małgorzata Wojtaczka dotarła na biegun południowy jako pierwsza Polka.

Nagle przychodzi biała ciemność. Chmury schodzą niżej, zaczyna się śnieżna zadymka. Małgorzata widzi czubki swoich czarno-seledynowych nart, ale co jest pół metra dalej, już nie wie. Nie ma cieni, teren wydaje się idealnie płaski, chociaż powierzchnia Antarktydy jest jak wzburzone morze zastygłe na wieki wieków. Nie wiadomo, gdzie kończy się świat a zaczyna niebo.

Reklama

- To tak, jakby być w kompletnej ciemności. Tylko ta ciemność jest biała - opowiada Małgorzata Wojtaczka w swoim podwrocławskim domu, który ciągle jest w budowie.

Jak ma nie być w budowie, skoro Piotr, jej partner, wyjechał na rejs, a ona właśnie wróciła z bieguna południowego? Małgorzata to pierwsza Polka, która tam doszła. I co dla niej ważne, zrobiła to samodzielnie, bez pomocy z zewnątrz. - Chciałam, żeby to było moje, żeby nikt mi nie pomógł - mówi. - Może dzięki temu inne dziewczyny będą potrafiły same realizować wymarzone cele?

Droga

Sprawdza kijkiem, czy śnieg wytrzyma ciężar ciała. Pod jego warstwą jest głęboka szczelina. Gdyby kijek wpadł w pustą przestrzeń, trzeba by pójść w bok, szukać dalej pewnego śnieżnego mostu. Jeszcze jeden krok i jest po drugiej stronie szczeliny. Odwraca się i przeciąga swoim śladem pulki, czyli sanie. To jej zabezpieczenie. Gdyby wpadła, może sanie by ją ocaliły. Pierwsza szczelina za nią. Ale kolejna jest większa. Już nie sześć metrów szerokości, tylko osiem. Tyle, ile ma lina Małgorzaty. Dochodzi do przeciwległej krawędzi, pulki stoją na pierwszej, udaje się je przeciągnąć. Trzecia okazuje się największa, 10-metrowa. Małgorzata patrzy raz na szczelinę, raz na niebo. I naraz sceneria robi się filmowa.

- Jak w horrorze - wspomina to dziś z wyraźnym dreszczem. Słońce nagle chowa się za chmurami, jest ciemno, groźnie. Może nie przelatuje jej całe życie przed oczami, ale przypomina się trekking na Spitsbergenie. Tam się nauczyła, co zrobić, kiedy śnieg zaczyna się załamywać: szybko trzy kroki do przodu i rzut na krawędź przepaści. Nauczyła się też, że to nie zawsze działa, wpadła raz w szczelinę, na szczęście płytko, do połowy ciała. Wtedy była z partnerami związana liną. Teraz nikogo nie ma. Raz, dwa, trzy kroki - jest po drugiej stronie. Przeciąga sanie i patrzy, co dalej. A dalej, jak na skórze tygrysa, jedna za drugą kolejne mniejsze i większe lodowe krawędzie. Nie chce ryzykować, idzie na wschód, by je obejść. Traci kilka godzin, ale w końcu pułapki się kończą i Małgorzata skręca na południe. W stronę bieguna.

Na początku myśli o tym, co zostawiła w Polsce, co załatwiła, czego nie zdążyła zrobić. Ale po kilku dniach się wyłącza.

- Liczą się tylko sprawy proste, konkretne. Trzeba wstać, ubrać się, zjeść i ruszyć w drogę - opowiada.

Ubieranie zajmuje godzinę. Na dworze jest minus 35 stopni, temperatura odczuwalna minus 45. Małgorzata wkłada wełnianą bieliznę, na to cienką bluzkę i legginsy z polaru, na to jedną albo dwie cienkie kurtki ze sztucznego puchu, kurtkę z goreteksu i jeszcze goreteksowe spodnie.

- Pod koniec się ochłodziło, zaczął padać śnieg. Ale przez dwa dni nie docierało do mnie, że idę i jest mi zimno. Kiedy się zorientowałam, włożyłam jeszcze ciepłą kurtkę puchową - wspomina.

Codziennie wieczorem musi meldować się przez telefon satelitarny. Łączność zrobiła się prostsza niż 20 lat temu, kiedy biegun zdobywał Marek Kamiński. Ona ma niedrogi miesięczny abonament, który pozwala na rozmowy, esemesy i nawet przesłanie zdjęć w niskiej rozdzielczości. Reguły są żelazne i trudne do obejścia. Zmiana godziny meldowania z 20 na 21.30 wymaga tygodniowych negocjacji z zarządzającą Antarktydą bazą Union Glacier ALE (Antarctic Logistics & Expeditions). A półtorej godziny to dużo, bo jak wyjdzie za późno, musi kończyć marsz, chociaż ma jeszcze siłę. Nie spieszy się, żeby zdążyć przed nocą, nocy nie ma. Słońce świeci cały czas, w nocy też jest jasno. Do spania zakłada opaskę na oczy.

Kiedy zbliża się godzina łączenia, kończy etap. Rozbija namiot, wewnątrz jest trochę cieplej. Dopiero wtedy może rozstawić sprzęt do łączenia satelitarnego. Godzina jak nic. Dziś żałuje, że nie mogła sobie na tej Antarktydzie po prostu "pobyć".

- Tylko na początku miałam czas, żeby usiąść na pulkach i wpatrywać się w dryfujący śnieg. Bo tam jak wiatr zawieje, wszystko faluje. Są miejsca, które wyglądają, jakby te fale zastygły na wieki. To pola zastrug. Po horyzont rozpościerają się gigantyczne, nawet trzymetrowe muldy. Nie ma jak ich ominąć, trzeba wejść na jedną, wciągnąć za sobą pulki, zejść na dół, uważając, żeby sanki nie zgruchotały nóg. I już wyrasta kolejna zastruga.

Teren wypłaszcza się czasem dopiero po kilku dniach. Więc idzie. Liczy kroki: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem. I od nowa. Nigdy do dziesięciu, tylko właśnie do ośmiu. Tak jak rozlicza się takt w muzyce. Śpiewa w głowie piosenki dopasowane do tempa marszu. Kolędy, kawałki Kuby Sienkiewicza i 12 groszy Kazika. Czasem wpada w trans. Łapie się na tym, że idzie, idzie i nagle zadaje sobie pytanie, o czym myślała. I nie wie.

Pamięta za to, że raz w tym marszu na Antarktydzie przypomniała jej się opowieść sąsiadki z dzieciństwa o tym, jak mała Małgosia dostała rower. Wsiadła, spadła, znów wsiadła, znów spadła i tak długo wsiadała, aż pod wieczór zaczęła jeździć.

Eksperymenty

Droga Małgosi Wojtaczki na biegun rozpoczyna się na wrocławskim osiedlu Krzyki. Ojciec inżynier, mama pracuje w biurze, jest jeszcze starszy brat Marek, który w latach 80. wyjeżdża do Berlina. Liceum to lekkie hipisowanie: koszula flanelowa, koraliki na ręku i okulary lenonki. Na studiach - biologia na Uniwersytecie Wrocławskim - zapisuje się do sekcji grotołazów w klubie wysokogórskim. Pierwsze zarobione pieniądze - w wakacje jeździ do brata, do Niemiec, sprząta na basenie, szyje dla butiku - wyda na sprzęt jaskiniowy.

Z Piotrem, kolegą z roku, razem zbierają kwiatki do zielnika na botanikę. Zostają parą, tyle że wakacje będą spędzać osobno. Piotr jest żeglarzem, po sesji jedzie nad morze, a Małgosia w góry łazić po jaskiniach. W 1991 roku kończą studia. Piotr zostaje na uczelni jako asystent, zarabia nędznie. Małgorzata zastanawia się, czy gorsza jest praca w laboratorium, czy w szkole. Nie może się zdecydować, na który kierat się skazać. I wtedy odzywa się brat z Berlina. Jest okazja: kolega pracuje w drukarni, mają do sprzedania maszynę offsetową. Pożyczają pieniądze od znajomych, kupują maszynę, otwierają we Wrocławiu drukarnię. Jakoś idzie. Dokupują maszyny, zatrudniają pracowników, w szczytowym momencie nawet kilkanaście osób. Ale ciągnie ich przygoda.

W 2005 roku Piotr na jachcie Panorama należącym do Jacht Klubu AZS Wrocław płynie na Antarktydę. Kiedy wraca do domu, godzinami opowiada o surowej, białej krainie. I o tym, że widział tam jachty pływające z Ziemi Ognistej na Antarktydę. I o ludziach, którzy się z organizacji tych wypraw utrzymują. I właściwie dlaczego oni nie mieliby zrobić tak samo. Postanawiają sprzedać drukarnię. Pieniądze wsadzają w jacht Selma Expeditions, kupują go razem z przyjaciółmi. Będą organizować rejsy z Ameryki Południowej na Antarktydę dla żeglarzy amatorów.

Najbardziej spektakularna wyprawa Selmy to rejs na antarktyczne Morze Rossa. Wyzwanie dla żeglarzy, bardziej na południe nie da się już dopłynąć. W dodatku rozmarza ono tylko na osiem tygodni w roku. Celem wyprawy jest znajdująca się najbardziej na południe Zatoka Wielorybów. Selma Expeditions dociera tam, ale łapie ich sztorm. Żeby miotane po zatoce lodowe odłamki nie zgniotły jachtu, załoga przez 48 godzin żegluje w cieniu wielkiej jak wieżowiec góry lodowej.

Marzenie

Małgorzata zakochuje się w Spitsbergenie. Wielki huk niesie się po całej zatoce. Fontanny wody wybuchają na wysokość bloku na wrocławskich Krzykach. Wielki jak budynek blok lodowy odrywa się od wysokiego na 10-20 metrów czoła lodowca i wpada do morza. Jest zauroczona kolorami lodowca. Bo ktoś powie, że jest biały, a ona, kiedy popatrzy, widzi jeszcze niebieski we wszystkich odcieniach. Niebieski to jej ulubiony kolor, najchętniej tak się ubiera.

Na Spitsbergen pierwszy raz płynie z Piotrem i kolegą Darkiem w 2002 roku na małym 9-metrowym jachcie. Dopływają też na Islandię do fiordów, do których nie ma dostępu od strony lądu.

- Jachtem można dotrzeć tam, gdzie nie ma samolotów, dróg, cywilizacji - wyjaśnia Małgorzata.

Wracają na Spitsbergen, Małgorzata robi ze znajomymi trekking po lodowcach. Uczy się, jak iść na nartach, ciągnąc za sobą pulki. Jak przetrwać w niskiej temperaturze. W 2014 razem z Olą, Norbertem i Witkiem zdobywa najwyższy szczyt Spitsbergenu - Newtontoppen (1713 m n.p.m.).

- To nie jest trudna góra, taka śnieżna bałucha. Tyle że trzeba iść prawie trzy tygodnie na nartach, nocując w namiocie na śniegu - opowiada.

Kiedy już schodzą, siada w namiocie i robi jej się smutno. Było super, tylko krótko. Zaczyna marzyć. Chciałaby pojechać do śnieżnej krainy na dłuższą wyprawę. Najdłuższa to na biegun południowy. Pięknie byłoby tam pójść samotnie... Wracają do Polski, a ona przestaje marzyć i zaczyna się zastanawiać. Czy idąc samodzielnie, poradzi sobie ze szczelinami? Musiałaby mieć łączność, żeby w razie czego samolot po nią przyleciał. Ale jak przyjdzie mgła i nie będzie mógł wylądować? Oj, wyląduje. Ile to może kosztować? - zastanawia się dalej. Pewnie kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Suma duża, ale nie nierealna.

- Nie zauważyłam, kiedy przestałam o biegunie marzyć i zaczęłam planować wyprawę - mówi. - Powiedziałam Piotrowi. A że on sam podróżuje wciąż na koniec świata, to mnie wsparł.

Jedzie samochodem kilka kilometrów od domu, żeby sąsiedzi nie widzieli. Wyciąga z bagażnika stare opony, przywiązuje sobie do uprzęży i biegnie po drodze. Jesień ubiegłego roku to dla Małgorzaty czas treningu sportowego. Ćwiczy z Jackiem, trenerem z wrocławskiego AWF-u. Cztery razy w tygodniu robi trening wzmacniający z piłkami lekarskimi, razem też biegają. Ma plan: przytyć. Je, co chce, a przy zdaniu "słodycze do woli" niebieskie oczy jeszcze dziś jej się śmieją. Udaje jej się przybrać pięć kilogramów, na wyprawie schudnie później 10 kilo.

Czyta książki polarników, zapamiętuje szczegóły. Na przykład, że na linie dobrze jest zawiązać węzły, bo jak się wpadnie w szczelinę, jest większa szansa na przeżycie. A jakie wybrać pulki, jakie narty? Narty są czymś pomiędzy biegówkami a skiturami, można na nich iść pod górę. Nadzieja, że budżet wyprawy zamknie się w pierwotnym planie, umarła. Szuka sponsora, ale po kilku odmowach daje spokój. Pożycza pieniądze od znajomych, bierze kredyt w banku (na szczęście nie pytają na co). Na portalu crowdfundingowym Wspieram znajomi ustawiają zbiórkę na 100 tysięcy złotych.

Brakuje nie tylko pieniędzy, ale i czasu. Bo na Antarktydę nie można sobie tak po prostu pójść, trzeba załatwić mnóstwo pozwoleń, opłacić je. Union Glacier ALE ogłasza, że prognozy pogody przewidują krótsze niż zwykle lato. Wszystkie aktywności sportowe muszą skończyć się nie do końca lutego, jak zwykle, tylko do 10. Małgorzata przyspiesza start o dwa tygodnie. W niedokończonym domu, w którym wciąż leżą deski, ale jest już piękna przeszklona weranda, kłębi się tłum ludzi. Brat Małgorzaty przyjeżdża z Berlina, pomaga w ostatnich zakupach: aparat fotograficzny, lekarstwa, baterie. Darek pomaga skompletować sprzęt do nawigacji i komunikacji. Alina, Agnieszka i Zbyszek szykują sprzęt. Bogdan dowozi stelaż do kompasu, a Wiesiek i Sebastian pakują wszystko. Siostra Piotra, Agnieszka, porcjuje słodycze na każdy dzień.

Jedzenie trzeba popakować w podzielone na 10 dni paczki. Na dzień 4,5 tysiąca kalorii. Śniadanie - płatki owsiane plus łyżka oliwy, bo jest kaloryczna. Albo liof, gotowe danie odsączone z wody. Po zalaniu wrzątkiem zamienia się w purée o smaku kurczaka z ziemniakami. Da się zjeść. Na kolację to co na śniadanie, tylko podwójna porcja. A w ciągu dnia przekąski. Kabanosy, suchary ze smalcem (z tego rarytasu Małgorzata zrobi sobie rytuał, będzie sięgała po nie zawsze o 15). I słodycze - michałki, trufle, batony, chałwa.

Małgorzata nie chce o tym opowiadać, ale robi się nerwowo. Ze znajomym dociera do Ushuaia w Argentynie na ostatnie lodowe treningi i tam na trzy dni przed wylotem na Antarktydę dociera ze swojego rejsu Piotr. Uspokaja wszystko. 18 listopada z pulkami wyładowanymi 120 kg bagażu Małgorzata staje na brzegu zatoki Hercules Inlet i rusza w podróż do bieguna. Przed nią 1200 km marszu w lodówce.

Biegun

W połowie stycznia przychodzi niedobra wiadomość. Lato będzie jeszcze krótsze, niż wskazywały prognozy, do końca stycznia wszyscy muszą dotrzeć do celu, bo odlatuje ostatni samolot. Kto nie dotrze, samolot z bazy zdejmie go z trasy. W dodatku baza ALE niepokoi się, że Małgorzacie nie wystarczy jedzenia. Bo idzie wolniej, niż zakładano, spowalniają ją zastrugi, obchodzenie szczelin. A jeszcze spadł świeży śnieg, co o tej porze roku nie powinno się zdarzyć. Baza chce zrzucić paczkę z żywnością, ale Małgorzata odmawia. Wtedy nie mogłaby mówić, że doszła na biegun samodzielnie i bez pomocy z zewnątrz.

W desperacji wymyśla, że jeśli zrzucą jej żywność, sfotografuje paczkę, wsadzi na pulki i nienaruszoną dowiezie do bieguna. Na szczęście jedzenia wzięła z górką. Dziesięciodniowe paczki starczają na 11 dni, udaje jej się więc wybronić przed zrzutem. Musi jednak przyspieszyć. Skraca sen do kilku godzin dziennie. Pod wieczór 23 stycznia widzi na horyzoncie zabudowania. Czyżby...

Na biegunie południowym stoi budynek amerykańskiej stacji naukowej, ale wygląda jak galeria handlowa, tyle że z dużymi teleskopami na dachu. W lecie jest tam 150 naukowców, na zimę zostaje 40 osób. Obok kilka mniejszych budynków i słupek z kulą ziemską. To biegun. Małgorzata jeszcze się nie cieszy, bo wie, że to mogą być majaki. Idzie spać, wstaje rano i rusza. Już nic nie widać, bo budynki zasłania góra. Ale po kilku godzinach biegun znów się wyłania. Dociera na miejsce 25 stycznia, po ostatnich 20 godzinach marszu bez przerwy.

- Jeszcze ze dwie godziny bym pociągnęła, lecz potem bym padła - wspomina.

Na miejscu czeka na nią samolot z ekipą ALE. Witają ją termosem gorącej herbaty. Kilka uścisków, po czym Małgorzata rozbija namiot. Kładzie się spać na trzy godziny. Nie pamięta, co jej się śniło. Za to potem nieraz będzie śniła, że jest na biegunie. Przed odlotem idą do szklanej kuli zrobić pamiątkowe zdjęcie.

- Nie dotarłam do krawędzi. A może dotarłam. Ale nie spadłam - mówi Małgorzata w swoim niedokończonym domu pod Wrocławiem.

Wojciech Staszewski

Twój Styl 4/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje