Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dorota Segda: Z dala od zgiełku

​Zawód, który wybrała, to ciągła próba charakteru. Wziąć chałturę w telenoweli i zostać celebrytką czy grać w Starym Teatrze rolę, która przysłania cały świat? Bo zdarzało jej się mieć 30 spektakli w miesiącu. — Teatr to moje życie — mówi Dorota Segda. Tak ją nauczył guru krakowskich aktorów Jerzy Jarocki. A że po drodze trzeba zrezygnować z rodziny, luksusów... Publiczność to zawsze wynagrodzi. Tak mówi swoim studentom jako rektor szkoły teatralnej. I są tacy, którzy wciąż jej w to wierzą.

Twój STYL: Kogo chciałaby pani zagrać? 

Reklama

Dorota Segda: Nigdy nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie. Nawet na egzaminie do szkoły teatralnej. 

A zadali to pytanie? 

- Tak, zadali. Coś nakłamałam. Pierwsza sztuka, która przyszła mi do głowy, to byli "Niemcy" Leona Kruczkowskiego, więc powiedziałam, że chcę zagrać Ruth Sonnenbruch. Tak naprawdę to zapragnęłam wejść w świat teatru zauroczona Jerzym Trelą w roli Konrada. Tyle że akurat Konrad nie był kobietą... 

Skoro Kopernik była kobietą... 

- No tak, jeśli już, to chciałam zagrać Konrada. Te poziomy metafizyki mnie interesowały. A konkretną decyzję, żeby być aktorką, podjęłam, jak miałam siedem lat i zobaczyłam "W pustyni i w puszczy". Oszalałam z zazdrości, byłam przekonana, że to ja powinnam zagrać Nel! W łazience rozmawiałam ze słoniem, a jak wyszedł "Płomyczek" ze zdjęciami z tego filmu, to je wycinałam. I miałam poczucie, że nastąpiło straszne nieporozumienie, bo to ja powinnam znaleźć się na tych zdjęciach. Kiedy byłam na pierwszym roku szkoły teatralnej i wyglądałam jak 14-letni chłopiec z białymi włosami, jechałam pociągiem do Warszawy na zdjęcia próbne do filmu. Powiedziałam o tym jakimś ludziom w przedziale, a jeden z nich popatrzył i mówi: "To ty powinnaś zagrać Nel". O mało się nie rozpłakałam. Po latach opowiedziałam tę historię Andrzejowi Wajdzie i on, mając na myśli drugi film, który powstał, kiedy byłam już kobietą dojrzałą, powiedział: "Szkoda, że nam tego, Dorotka, nie powiedziałaś, upchnęlibyśmy cię jakoś". Tyle że ja nigdy przez 30 lat w teatrze nie poszłam do kogoś, że chciałabym zagrać jakąś rolę. Taką jestem gwiazdą. 

Ale zejdźmy na ziemię, dziś aktorzy grają w serialach. Nawet pani rektor. 

- Tak, bo muszą zarabiać. Bo my w teatrze, nawet narodowym, zarabiamy bardzo niedużo. 

A co to znaczy bardzo niedużo? 

Nie wiem, czy chcę odpowiadać na to pytanie. Ale dla ludzi lepiej zarabiających byłoby śmiesznie się dowiedzieć, ile Dorota Segda po 30 latach pracy dostaje za przedstawienie. 

Rozśmieszymy ich? 

- Muszę się zastanowić. W końcu nie zostałam aktorką dla pieniędzy. Teatr to moje życie. Zaczęłam grać, będąc studentką, i wielu moich pedagogów stało się kolegami z teatru. W zespole Starego Teatru było mnóstwo gwiazd, ale żadna tego nie okazywała. To mnie nauczyło, że naprawdę wielka gwiazda to ktoś, kto jest pokorny wobec sztuki i życzliwy wobec ludzi. 

Na czym to polegało? Anna Dymna jadła pasztetową w bufecie? 

- Nie jadła pasztetowej, ale uczyła mnie, jak się malować. Nie miała żadnych odruchów w stylu: "ja jestem ważniejsza i coś musi być specjalnie dla mnie". Teraz ja jestem osobą, która przyjmuje młodszych kolegów do teatru, i mam nadzieję, że potrafię się zachowywać tak samo. Spędziłam trochę czasu na planach filmowych i wiem, że są aktorzy, którzy mają swoje kampery. I z buta traktują młodszych. To się zdarza i u nas, i na świecie - odgradzanie się gwiazd murem od niegwiazd, księżycowe wymagania finansowe. A kiedy pracuje się w zespole teatru, w którym dostaje się śmieszne sumy za przedstawienie, to na czym budować wartość? Wyłącznie na kapitale artystycznym i ludzkim. 

Pieniądze zepsuły aktorów?

- One psują ludzi. Dlatego uczę młodych aktorów etosu pracy. 

Dawniej wynosiło się to z domu. 

- Moi rodzice marzyli, żebym była lekarzem, i nawet znalazłam się w klasie biologiczno-chemicznej najlepszego krakowskiego liceum. Mam 25 kolegów z klasy - lekarzy. Byliśmy gromadą inteligentnych, dużo czytających ludzi. A nauczyciele przymykali oko, że mi się chemii nie chce uczyć, bo doceniali, że miałam inną pasję. Żyliśmy skromnie, jak to w komunie. Tato był bardzo uczciwy. Mam teraz na biurku stosik spraw i jedna z nich to nieoddane przez absolwentów książki do biblioteki. Jak dziś pamiętam, że ojciec załamany upomnieniem, które moja siostra dostała z biblioteki publicznej, powiedział poważnym głosem: "I tacy ludzie właśnie kończą w więzieniach". Dla niego było nie do pomyślenia, że można czegoś nie oddać, to było równoznaczne z kradzieżą. 

Tata krakus z dziada pradziada? 

- Nie, tato pochodził z Warszawy, jego ojcem był Władysław Segda, przedwojenny oficer, a dodatkowo szermierz, zdobywca dwóch medali olimpijskich, który po wojnie musiał zostać w Anglii. Polskimi oficerami nikt się tam za bardzo nie interesował. Został kaletnikiem. Mój tato opowiadał, że dzięki ojcu miał pierwszą skórzaną piłkę w Krakowie. Przysłał mu ją z Anglii. 

Babcia nie chciała do niego wyjechać? 

- Nie zdecydowała się na emigrację przez zieloną granicę i już się nigdy nie spotkali. Żeby się utrzymać, sprzedawała medale z mistrzostw Europy i olimpiad, szyła z mundurów dziadka płaszczyki dla dzieci. Była bieda i walka o przetrwanie. A mama pochodzi z Myślenic, jako pierwsza w tej rodzinie skończyła studia, Akademię Rolniczą. 

To skąd wzięło się u pani aktorstwo? 

- Z literatury. Czytając poezję, ma się z tego przyjemność. A kiedy powiedziałam na akademii wierszyk "Hej, szerokie pola pszenne", to nie dość, że słyszeli mnie w ostatnim rzędzie sali gimnastycznej, to jeszcze przychodzili i mówili: "jakie to było piękne". Trochę wagarowałam, nie lubiłam się uczyć biologii i chemii. Ale tekstów poetyckich uczyłam się na pamięć, nawet gdy nie było zadane. Nie wiem, czy to wychowawczo mówić o tych wagarach. Ale kiedy przyszłam do szkoły teatralnej, wszyscy myśleli, że jestem prymuska, taka akuratna, na piątkach. Nie, ja po prostu zaczęłam mieć same przedmioty, które uwielbiałam. Współczuję ludziom, którzy mają sto punktów z matury, spędzają życie na uczeniu się, a nie wiedzą, co chcą robić w życiu. 

Pani wiedziała, że chce grać w teatrze. 

- I paradoksalnie na czwartym roku dostałam ogromną rolę w filmie. W dodatku węgierskim. Będąc wciąż studentką i już aktorką Starego Teatru, poszłam do dyrektora, żeby mnie zwolnił do filmu. I on się zgodził. Kosztowało mnie to dużo nieprzespanych nocy, bo jeździłam taksówkami do Budapesztu. 

Taksówką z Krakowa do Budapesztu?! 

- Tak. Prosto na plan. 

Jak gwiazda? 

- Tak, w tym filmie byłam gwiazdą. Pojechałam potem do Cannes, szłam po czerwonym dywanie. W głównym konkursie w roku 1988 dostaliśmy nagrodę Golden Camera. Nikt z Polski o tym nie wiedział. 

A i dzisiaj mało kto wie. 

- Film miał tytuł "Mój wiek XX". Reżyserka szukała po całej Europie młodej aktorki, która zagrałaby dwie różne osoby. Zapytała o nią Mártę Mészáros, wówczas żonę Jana Nowickiego. Márta dała jej wszystkie nazwiska aktorek Starego Teatru, które znała. Po jednym spotkaniu z kamerą w którymś z hoteli krakowskich zostałam wybrana do filmu. Czyli wygrałam... casting, chociaż wtedy się tego słowa jeszcze nie używało. Zdjęcia odbywały się także w Niemczech i na Kubie. To była kilkumiesięczna przygoda. 

Nie zepsuła pani? 

- No widzi pan, jaka jestem zepsuta. Moje serce było cały czas tutaj, w Krakowie. Koleżankom przywoziłam pasty do zębów, soki w kartonach, pierwsze dezodoranty Fa, bo wtedy w Budapeszcie było jak na Zachodzie, a u nas nic. Raz z przyjaciółką przemyciłyśmy w majtkach sto tysięcy forintów. Nie miałam możliwości przekazania ich legalnie do Polski, chociaż legalnie pracowałam. W rozpaczy przyjaciółka z roku, Małgosia Kochan, wpadła na pomysł. W taksówce poupychałyśmy wokół bioder grube rulony pieniędzy. Niech pan sobie wyobrazi tę scenę: dwie polskie dziewczyny, na oko 16-letnie, w taksówce upychające sobie pod spódnicę sto tysięcy forintów. Potem je porozdawałam i popożyczałam na wieczne nieoddanie. Ale przygodę z rulonami pamiętam. 

I migiem wróciła pani do teatru. 

- Tak, bo były takie możliwości. Po tej roli węgierskiej przez kilka lat grałam po 30 razy w miesiącu w teatrze. Na każdą filmową propozycję z Warszawy odpowiadałam "nie", bo miałam jedno przedstawienie za drugim.

Które było najważniejsze? 

- Najpiękniejsze role przyszły nieoczekiwanie. Nigdy nie pomyślałabym np. o Małgorzacie w Fauście. Ta rola zaczyna się od niewinnej nastolatki, a kończy w więzieniu po tym, jak Małgorzata zabija swoje dziecko i popada w szaleństwo. Rzadko która postać daje takie możliwości. Skończyłam już wtedy 30 lat, ale wyglądałam jak nastolatka. Dużo jednak wiedziałam o życiu, miałam rozgrzane serce i trzewia. No i lepszy warsztat. I jeszcze praca ze znakomitymi kolegami: Jerzym Radziwiłowiczem, Jerzym Trelą i moim mistrzem - Jerzym Jarockim. Było trudno, wszyscy się zmagaliśmy, nie wiedzieliśmy, jak grać. Mistrz Jarocki też nie, więc nas maltretował psychicznie, a był człowiekiem, który nie zawsze był dla aktorów miły. 

Czyli? 

- Sam nie wiedząc, czego wymaga, stawiał dużo zarzutów. Kazał uporczywie coś powtarzać. Był terrorystą. Ale nie dlatego, że lubił się na nas wyżywać, tylko on sam z sobą się tak zmagał, że odbijało się to na innych. Miałam z nim świetne porozumienie, bo byłam jego studentką, zagrałam u niego sześć dużych ról. A w tym przypadku miesiąc przed premierą byłam bliska tzw. rzucenia roli, co mi się nigdy nie zdarzyło. I widzi pan, rzuciłabym najlepszą rolę życia. Dopóki łączy nas to, że chcemy osiągnąć fantastyczny efekt, wytrzymujemy rzeczy nieprzyjemne. 

Jak się wczuć w morderczynię? 

- Ja buduję rolę, chodząc po Plantach, po ulicach. Rozmawiam głośno ze sobą na przystankach, w tramwaju. Orientuję się dopiero, kiedy widzę zdziwione spojrzenia. To nie jest praca, którą się kończy po wyjściu o 14 z próby. Gdy grałam Faustynę, wszyscy chcieli wiedzieć, czy spędziłam pół roku w klasztorze. Nie sądzę, żeby mi to było potrzebne. Uczono mnie opierać się na własnej wyobraźni. Bo co, miałabym zamordować dziecko, żeby zagrać Małgorzatę? Przygotowania są wewnętrzne i czysto techniczne. Jerzy Jarocki był tak dokładny, że w Fauście, w scenie, kiedy otwierałam szkatułkę, robiłam to ze trzysta razy, zanim był zadowolony. To ważny moment wciągnięcia młodej osoby w grzech.

Musiała pani pomyśleć o tym, co panią kusi? 

- Nie pamiętam. 

Tak się pani śmieje, że chyba pani pamięta. 

- No tak, ale to nie jest tak łatwe do opowiedzenia. 

Wróciła pani do pierwszych miłości, pierwszego razu? 

- Dobry tekst sam w sobie uruchamia te pokłady. Nie trzeba do czegoś wracać. Nad szkatułką zaczęłam od tego, że byłam kobietą po przejściach. Te pokłady bólu, autentycznego rozedrgania pomogły mi. Choć ciężar roli był większy.

W skrócie: wyszła pani za mąż, po miesiącu pokochała innego, który został pani mężem, ale dopiero po kilku trudnych latach.

- Byłam szczęśliwie i nieszczęśliwie zakochana.

To pomagało być lepszą aktorką? 

- Być może tak. Byłam młodą osobą, kiedy przyszłam do szkoły. Wiedziałam tylko, że chcę być aktorką, bo mówienie tekstów literackich sprawia mi przyjemność. Pytania, co mi to da w życiu, zaczęły przychodzić z czasem. W szkole teatralnej robimy dziś wszystko, żeby w studentach wzbudzić apetyt na to "głębokie", teatralne. I jakkolwiek ich życie się ułoży - ja również grałam w serialach i nawet to lubię - to zawsze się do tego tęskni. 

Naprawdę lubi pani grać w serialach? 

- W niektórych... Kiedy zadzwonił producent z propozycją roli w "Na dobre i na złe", mówił o trzynastoodcinkowym serialu. Długo się zastanawiałam, czy mi wypada zagrać w tasiemcu. Na szczęście okazało się, że to sukces, fajni koledzy, praca jest traktowana poważnie. Na dobre i na złe zyskał nieprawdopodobną widownię, bo nie miał wtedy konkurencji, z osiem milionów ludzi to oglądało. Zagrałam chyba w stu odcinkach i się wycofałam. Bo nie wyobrażam sobie, żebym mogła być postrzegana tylko jako pani dyrektor szpitala w Leśnej Górze. Albo jakakolwiek postać z serialu. W żadnej telenoweli nie grałam głównej roli. Żebym schodząc z ekranu, nie kojarzyła się ludziom tylko z tym. 

Dziwna pani jest. Przecież aktorzy marzą o tym, żeby być na okładkach i żeby wszyscy ich rozpoznawali. 

- To że stronię od popularności okładkowej, to mój walor. Ludzie cenią we mnie, że nie rozmieniam twarzy na drobne. Jak czegoś nie lubię robić, po prostu nie zrobię. Może pan to nazwać asertywnością albo charakterem. Dla mnie stanięcie na ściance jest koszmarem. Może raz mi się to zdarzyło na festiwalu, na które raczej nie jeżdżę. Kto wie, czy to nie jest najważniejszy cel kształcenia aktorów: żeby tęsknili do bycia artystą, a nie tylko zabiegali o popularność. 

Czy popularność jest zła? 

- Oczywiście, że nie. Ja mówię, jakie tęsknoty chciałabym obudzić w studentach. Nie, że to źle, jeśli ktoś chce grać w serialu, mieć stabilizację, kupić sobie mieszkanie. Mówię tylko, żeby nie rozmieniać się na drobne i traktować każdą pracę poważnie. Na planach seriali jest sporo aktorów, którzy nie umieją tekstu. Patrzą w garderobie rano, co mają dzisiaj do zagrania. Traktują to wyłącznie jak fabrykę do zarabiania pieniędzy. Mnie się to nie mieści w głowie. Inna sprawa, że są seriale, których się nie da inaczej traktować. Scenariusze tak fatalnie napisane, sceny tak beznadziejne, że może lepiej nie przykładać do nich wagi. Z takich rzeczy wycofuję się od razu, nie sposób tego wytrzymać. Nie będę dawała przykładów, ale są takie fabryki gwoździ.

Jacy są dzisiejsi studenci, pani rektor? 

- Zdarzają się kandydatki, które do swojej teczki dołączają pełną dokumentację fotograficzną. Zadajemy sobie wtedy z komisją pytanie, czy ta dziewczyna chce się dostać do szkoły teatralnej, czy może szuka agencji castingowej. Ludzie po maturze nie wiedzą, kto to Dostojewski. Ale na uczelni wchodzą do elitarnego środowiska, gdzie nie czytać jest obciachem. Zapraszam na wykłady akademickie "Na scenie świata" największych profesorów w tym kraju. Cała szkoła przychodzi. W atmosferze, że jesteśmy uczelnią humanistyczną, kształcimy ludzi nie tylko w zawodowych umiejętnościach. Chcemy, żeby byli inteligentni, tolerancyjni. To moja misja. 

Musi im pani dać fundamenty, które nasze pokolenie wypracowało w liceum. 

- Tak! U mnie w liceum popisywaliśmy się przeczytanymi tytułami. Teraz mam zajęcia z pierwszym rokiem i robię z nimi - jak to mówiła Szymborska "ciężkie Norwidy". Oni tak cudownie się zakochują w poezji, w jej niejednoznaczności. Robimy wszystko, żeby pootwierać im głowy. Żeby umieli myśleć swoim mózgiem, a nie mózgiem tego, kto chce nam coś wtłoczyć. Żeby byli niezależnymi ludźmi. Zdawali sobie sprawę, kiedy przemawia do nich język propagandy. I że czarne nie zawsze jest czarne. Bo to ma w sobie literatura - podtekst, prowokowanie do samodzielnego myślenia. Choć to dziś nie jest modne. 

W reklamach pani grywa? 

- Nie, nigdy nie grałam.

Ale propozycje były? 

- Tak, propozycje były, ale jak człowiek świadomie stroni od jakichś wydarzeń, nie jest tak atrakcyjny dla komercyjnych pracodawców. Jakieś 15 lat temu siostra mnie ubawiła. Natrafiła na "listę polskiego show-biznesu" i ja tam byłam na 20. miejscu. I nawet było napisane, ile biorę za imprezę. Chociaż nigdy w imprezach nie brałam udziału i nigdy takich pieniędzy nie wzięłam. Ale przyjemnie było się dowiedzieć, że mogłabym wziąć. Kilka tysięcy za "event".

A dlaczego nie? 

- Czy ja mówię, że nie? Rozśmieszali mnie aktorzy, którzy kończyli szkołę teatralną, od razu mieli dużo propozycji pracy, więc udzielali wywiadów, jak należy stronić od reklam, seriali. A minęło parę lat i wiszą na wszystkich bilbordach. Nigdy nie wypowiadam się w ten sposób. Mówię tylko o swoich wyborach. I jakoś mi się udało zarobić na mieszkanie, na dom w górach, nie wystę- pując w reklamach. Swoim życiem artystycznym poświadczam, że aktor musi cały czas walczyć. 

To jeszcze pytanie z początku rozmowy: ile zarabia Dorota Segda za przedstawienie? 

- Na rękę jakieś 300 złotych.

TWÓJ STYL 4/2017

WOJCIECH STASZEWSKI 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje