Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dorota Kolak: Ja się trochę wstydzę

Reżyserzy obsadzają ją w rolach kobiet niedostrzeganych: starzejących się, samotnych, niepotrzebnych. W rzeczywistości Dorota Kolak jest atrakcyjna i ma szczęśliwe życie prywatne. I nie ma pretensji do losu, że na sukces musiała czekać tak długo.

Kiedy kilka miesięcy temu obejrzałam "Zjednoczone stany miłości", pomyślałam, że oto stworzyła pani w tym filmie kreację na miarę Oscara. Tak mogłaby zagrać tylko Meryl Streep.

Reklama

Dorota Kolak: - To dla mnie ważne, co pani mówi. Wbrew pozorom rzadko słyszę takie pochwały. Nawet mój mąż (Igor Michalski - aktor, reżyser, dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni - red.) jakoś nie bardzo kwapił się do rozmowy na temat mojej roli, więc sama go zapytałam, co o niej sądzi. A on tylko się uśmiechnął i powiedział: "Przecież ja wiem, że ty umiesz grać". Miła recenzja, aczkolwiek dosyć krótka.

Do tej pory polskie kino nie miało zbyt wielu ciekawych propozycji dla dojrzałych aktorek, ale na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni wydarzyło się coś zaskakującego: nagroda dla pani za drugoplanową rolę Renaty w "Zjednoczonych stanach miłości" Tomasza Wasilewskiego, nagroda dla Aleksandry Koniecznej za pierwszoplanową rolę Zofii Beksińskiej w "Ostatniej rodzinie" Jana P. Matuszyńskiego, główna rola Marii Mamony w "Zaćmie" Ryszarda Bugajskiego. Wszystkie jesteście w tzw. wieku średnim i występujecie głównie w teatrach.

- Już od pewnego czasu pojawiają się role dla aktorek w moim wieku, choć nie są duże - zawsze potrzebna jest jakaś matka czy babcia (śmiech). Z drugiej strony wydaje mi się, że są takie fale - w tym roku był na przykład wysyp filmów o zbrodniach, taki nurt kryminalistyczny.

Zarówno Tomasz Wasilewski, jak i Jan P. Matuszyński to bardzo młodzi reżyserzy.

- To jest chyba najbardziej zaskakujące, dla mnie również. Okazało się, że miałam dobre porozumienie z młodym człowiekiem, który spokojnie mógłby być moim synem, i że razem robimy takie trudne kino. Kiedy to sobie uświadomiłam, bardzo mnie to ucieszyło, bo to znaczy, jak mówię w jednym z przedstawień, że jeszcze nie umarłam, jeszcze czegoś chcę od świata. To jest fantastyczne uczucie, które pozwala mi patrzeć z optymizmem w przyszłość. Muszę przyznać, że ta nagroda jest dla mnie wyjątkowo ważna. Miałam momenty zwątpienia, czy moja rola została odebrana tak, jak chcieliśmy, strasznie dużo dyskutowało się o jednej scenie nagości, a nie mówiło o istocie tej roli. Obawy były już oczywiście wcześniej, ale podczas festiwalu one się we mnie skumulowały.

Nagie, niedoskonałe ciało budzi niepokój...

- Po pierwsze, nagość w sztuce zawsze musi mieć kontekst. Jeśli pokazanie ciała jest ważne dla roli, to co za różnica, ile lat ma aktorka? Kiedy przyjęłam rolę Renaty, nie miałam żadnych wątpliwości, czy to zrobić, ale pojawił się lęk, czy sobie z taką sceną poradzę, jak wypadnę. Mam prawie sześćdziesiąt lat, jestem, jaka jestem. Gdybym się bardziej postarała, to mogłoby być lepiej, ale przecież znacząco lepiej nie będzie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy moja twarz i ciało wyglądają na trzydzieści pięć lat, a osobowość ma sześćdziesiąt. Ten rodzaj niespójności wizerunkowej byłby dla mnie bardzo trudny. I to jest jedna rzecz, a druga to akceptacja własnego ciała. To jest temat na bardzo głęboką analizę. Przeciętny człowiek z własną nagością obcuje rzadko, są tacy, którzy w zasadzie nigdy się z nią nie stykają, poza seksem po ciemku w łóżku. Podlegamy dużej presji wiecznej młodości. Chociaż nie twierdzę, że upływ czasu mnie cieszy albo że go nie zauważam.

Im się więcej gra takich trudnych nagich scen, tym jest łatwiej?

- Ależ skąd! Przeciwnie, jest coraz trudniej. Z prostej przyczyny - ciało się starzeje. Rozbieranie nigdy nie przychodziło mi z łatwością, pstryk! - i już. Ja się trochę wstydzę. Bo wystawiam się na ocenę nie tylko jako aktorka, ale także jako kobieta. W ogóle nie należę do osób specjalnie odważnych.

Kiedy pani zaczynała karierę, nie było ani medycyny estetycznej, ani Photoshopa.

- Dzisiaj wpływ mediów jest ogromny. Aktorce wytyka się nawet to, że dwa razy wystąpiła w tej samej sukience albo że przytyła parę kilogramów. Rano oglądałam jakiś program w telewizji i tam odbywały się dywagacje w rodzaju: zarwała pani noc, a czeka panią czerwony dywan, co to będzie, co to będzie? Okropnie mnie irytuje, że mózg jest mniej ważny niż gładka buzia. Głupia, ale ładna kobieta zawsze będzie, niestety, fajniejsza od brzydszej, chociaż mądrej. Medialnie. Tak to widzę.

Cały wywiad w najnowszym wydaniu magazynu "PANI". W sprzedaży od 20 października.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje