Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dom ze sobą

21 lat. Tak długo pozostawała w cieniu. Żona polityka robiącego karierę dbała o to, żeby jej twarz była nierozpoznawalna. Udawało się do czasu. Nauczycielka, matka pięciorga dzieci i pani domu została pierwszą damą. W pierwszym wywiadzie po wyborach Anna Komorowska opowiada o tym, co bierze ze sobą do Belwederu.

„Dziewczyna z Mokotowa” – to określało ją przez lata. Dom rodzinny, szkoła, drużyna harcerska, sąsiedzi, mieszkanie, w którym startowała w dorosłość. Potem „piękna Anka” – najładniejsza żona wśród ówczesnych opozycjonistów, jak zgodnie twierdzą koledzy z podziemia. „Figurantka Komorowska podejmująca wrogą działalność w porozumieniu z mężem”, notowało w raportach SB, kiedy rozpoczęła akcję zbierania podpisów pod listem w obronie wyrzucanych z pracy nauczycieli warszawskiego Liceum Reytana. „Cyniczna. Reprezentuje zły stosunek do służby bezpieczeństwa”, pisali o niej rozżaleni funkcjonariusze po jednej z licznych rewizji. Istniał nawet pomysł przekonania rodziców, by wpłynęli na córkę. Nie wpłynęli.

Reklama

Kiedy 40 lat temu poznała Bronka, harcerza i młodego opozycjonistę, dokonała wyboru, któremu jest wierna do dziś. „Była moją szefową”, powie prezydent RP, wspominając brunetkę w harcerskim mundurze. Znajomi nie mają wątpliwości, że szefową w domu jest nadal. „Apodyktyczna”, mówią. I wspominają, jak mroziła wzrokiem tłumy zarośniętych i rozgadanych konspiratorów, którzy niemalże nie wychodzili z malutkiego mieszkania Ani i Bronka, wyjadając (i wypijając) zawartość lodówki Saratow.

Dom to specjalność Anny Komorowskiej, z zarządzania siedmioosobową rodziną mogłaby się habilitować. „Na ręku małe dziecko, drugie uczepione nogi, trzecie płacze w łóżeczku. Mieszkanie było malutkie: na sznurkach wisiały pieluchy,na podłodze leżały jakieś zabawki”, wspomina Stefan Niesiołowski, późniejszy poseł i senator. Anna z pracy zawodowej zrezygnowała po urodzeniu pierwszej córki, potem na świat przyszło jeszcze czworo dzieci.

Dziś pracują w organizacjach pozarządowych, angażują się społecznie, wzorem matki dbają o to, by „nie mieć znanych twarzy”. Wybory prezydenckie zmieniły w jej życiu bardzo wiele. Decyzję o udziale w kampanii rodzina podjęła wspólnie, choć podobno bez entuzjazmu. Filmowy spot, w którym Anna Komorowska podaje zupę mężowi i dzieciom, stał się słynny. Jest w nim trochę prawdy, „u Komorowskich zawsze można liczyć na talerz ciepłej zupy”, mówi Stefan Niesiołowski. Ale Anna jest w domu menedżerem, a nie kelnerką.

Podczas kampanii rozstała się z komfortową anonimowością. „Publiczne wystąpienia są dla niej trudne”, twierdzą znajomi. Tym bardziej doceniają, że się na nie decyduje. Zadebiutowała w tej roli na początku czerwca. Rozdała wtedy pierwsze w życiu autografy. Jako żona prezydenta jest na początku drogi. Dopiero zaczyna towarzyszyć mężowi w zagranicznych wizytach, chrzcić statki i przemawiać. Nikt nie wątpi, że sobie poradzi. „Dla rodziny zrobi wszystko”, mówią przyjaciele. Kończy urządzać nowy dom. Za moment rodzinę czeka trzecia w historii przeprowadzka. Do Belwederu.

Twój STYL: Rodzina z psem. Brzmi znajomo?

Anna Komorowska: Dosyć to popularne, nie tylko w Polsce.

Ale ma także drugie dno. Trzecia deklinacja, zestaw siedmiu wyjątków...

- Ach, łacina…

Dlaczego wybrała pani filologię klasyczną?

- Chciałam być nauczycielką. Miałam fantastyczną łacinniczkę w warszawskim Liceum Reytana – panią Stefanię Światłowską, zwaną przez uczniów Stefą. Jej sposób nauczania, postawa zaważyły na tym wyborze. Sama wcześnie zaczęłam uczyć. Byłam na trzecim roku, kiedy koleżanka zaproponowała mi zastępstwo w liceum.

Bardziej panią interesowała literatura czy język?

- Literatura i archeologia śródziemnomorska. Miałam szczęście słuchać wykładów, uczestniczyć w seminariach i zdawać egzaminy u profesora Kumanieckiego. Poza nim inni wielcy uczeni – Lidia Winniczuk, Oktawiusz Jurewicz, Maria Cytowska, Hanna Szelest i jako asystent, dziś profesor, Jerzy Axer. Nasz rok, którego opiekunem był profesor Jerzy Wojtczak, uchodził za liczny, bo studiowało na nim „aż” dziesięć osób. Kiedy teraz zaproszono mnie na inaugurację roku akademickiego, okazało się, że naukę rozpoczyna tam dziewięćdziesięciu studentów.

Ambicje naukowe?

- Pewne dokonania. W kole naukowym z profesor Lidią Winniczuk tłumaczyliśmy Kwintusa Kurcjusza Rufusa "Dzieje Aleksandra Wielkiego", które wyszły w PWN-ie. Dla studentki czwartego roku zobaczyć swoje nazwisko w opublikowanej książce to było coś.

Potem miała pani jeszcze cokolwiek wspólnego z łaciną?

- Jako nauczycielka. Udzielałam korepetycji, uczyłam w Reytanie i w Hoffmanowej. Przestałam, kiedy urodziła się pierwsza córka. Ale zawsze dobrze coś przeczytać, rozumieć cytaty, umieć się nimi posługiwać. Choćby ostatnio podczas mszy kanonizacyjnej w Watykanie – przyjemnie, gdy się wszystko rozumie...

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje