Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dłużej z tobą nie wytrzymam

Rozwód po pięćdziesiątce często bywa trudniejszy niż inne. Jak go przeżyć i ułożyć sobie życie na nowo?

Każdy rozwód ma swoje motto. Nie udało się nam, to była pomyłka - tak mawiają młodzi rozwodnicy. Ci około czterdziestki myślą raczej: to ostatni dzwonek, chcę jeszcze czegoś od życia. Są też rozstania, którym towarzyszy myśl: ja naprawdę dłużej nie dam rady. Jeśli rozwody po pięćdziesiątce różnią się czymś od innych, to tym, że są często odłożone w czasie, bywa, że wyczekane z zaciśniętymi zębami. Bo kryzys trwał od lat. Przemilczany albo bagatelizowany drążył więź od środka. Plombą na to wydrążenie były dzieci, więc małżeństwo musiało trwać, dopóki nie dorosną. Niekiedy parę sklejały interesy: wspólna firma, kredyt. Albo skomplikowana sytuacja rodzinna. I gdy przychodzi dzień, że małżonkowie wreszcie czują się wolni, pozew wędruje do sądu. 

Reklama

Czy rozstania w drugiej połowie życia są trudniejsze? Często tak, bo towarzyszy im lęk silniejszy niż w młodości. Przed samotnością, nowym życiem, wysiłkiem, jaki trzeba podjąć, budując je od nowa. Ale według statystyk rozwodów po pięćdziesiątce przybywa. W zeszłym roku co czwarty rozwodnik miał za sobą ponad 20-letni staż małżeński. Niektórzy psycholodzy twierdzą, że ta tendencja będzie się nasilać, bo "młodniejemy" - dwa pokolenia temu osoba 50-letnia była uważana za starszą, teraz za kogoś w sile wieku. A to może ułatwiać decyzje rozwodowe. 

Dr Bartosz Zalewski z Uniwersytetu SWPS w Warszawie i ośrodka terapii Kontrakt podkreśla, że jeśli uważamy nasze życie uczuciowe za niesatysfakcjonujące, stajemy przed dylematem "czy warto nadal się męczyć?" kontra "czy warto tracić to, co zbudowałem do tej pory?". - Decyzja o rozstaniu łatwiej przychodzi tym, dla których to nie jest pierwsze małżeństwo i pierwszy rozwód. Myślą: przeszedłem/ przeszłam to już, poradzę sobie i teraz. 

Czy warto to ciągnąć?

Ze statystyk wynika, że to kobiety po 50. roku życia odchodzą częściej niż mężczyźni. Dzieje się tak dlatego, że pięćdziesiątka jest dla wielu z nas okresem poczucia siły. Dzieci już dorosły, mamy za sobą spory kawałek drogi zawodowej, jakąś pozycję. - To właśnie w tym wieku kobiety zostają prezesami - zaznacza dr Bartosz Zalewski. - Z powodu macierzyństwa kariera kobiet jest mniej więcej o 10 lat opóźniona w stosunku do mężczyzn. On już jest trochę zmęczony, ma rozterki: czy osiągnąłem to, czego chciałem? Czy nadal chcę robić w życiu to, co robiłem? Kobieta miała czas na te refleksje wcześniej, gdy dzieci były jeszcze małe. Anna Komorowska (żona prezydenta Bronisława Komorowskiego) mawiała, że kto wychował pięcioro dzieci, ma takie umiejętności menedżerskie, że można mu powierzyć każdą firmę. 

- Dużo w tym prawdy - zauważa psychoterapeuta. - Doświadczenie rodzicielstwa często buduje umiejętności organizacyjne, wzmacnia pewność siebie. Oczywiście nie przekłada się to na chęć rozwodu, ale jeśli małżeństwo jest powodem cierpienia, w tej sytuacji łatwiej powiedzieć "dość". 

Psychoterapeutka par Marta Mauer-Włodarczak, współwłaścicielka poradni Sensity (sensity.pl), twierdzi, że gdy po pięćdziesiątce podejmujemy decyzję o rozstaniu, rzadziej niż mężczyźni się z niej wycofujemy. Po części dlatego, że nosimy się z nią od lat. - W uproszczeniu można powiedzieć, że kobieta najpierw czuje się nieszczęśliwa i sygnalizuje to, potem przez lata cierpi, wycisza emocje, aż wreszcie jest jej wszystko jedno. Wylizała już rany i czeka tylko na właściwy moment: najczęściej na usamodzielnienie się dzieci. 

Związki, w których przyszłość nie wierzy żadne z partnerów, psycholodzy nazywają pustymi. Zaangażowanie zgasło, partnerzy porzucili nadzieję, że mogą się zbliżyć, przyjaźnić. Nie urządzają awantur - wypełniają zobowiązania, wymieniają się zdawkowymi uwagami. Znany badacz miłości, prof. Bogdan Wojciszke, uważa takie związki za pewien etap, który może zdarzyć się każdej parze: dopaść ją, kiedy pogubiła się po drodze, straciła kontakt, a wraz z nim intymną więź. 

Wydaje się jasne - utrzymywanie ich to strata czasu, pielęgnowanie fikcji. Jednak psychoterapeuci zadają pytania: jak to jest, że urządziłaś sobie taką relację, której nie ma? Jak wytrzymałaś na tej pustyni? - To ważne, bo jeśli ktoś tak się zajmował swoim związkiem, że pozwolił mu umrzeć, to w kolejnym może zrobić to samo - tłumaczy dr Zalewski. 

- Rozstanie nie leczy - dodaje Marta Mauer-Włodarczak. - Zaczynanie od nowa jest często ucieczką przed przemyśleniem problemu, przed zauważeniem własnych błędów, wzięciem odpowiedzialności za to, co się przydarzyło w waszym związku. Przychodzą do mnie na terapię pary w drugim, w trzecim małżeństwie i widzę, jak powtarzają te same schematy w kolejnych. Nie wydostaniemy się z tego, jeśli nie zrozumiemy swojego sposobu funkcjonowania w parze. Terapia małżeńska jest potrzebna właśnie po to, by pojąć, w jaki sposób "wykańczamy" nasze związki. Nie po to, by się obwiniać, lecz aby nowy był lepszy. A czasem, by uratować stary. 

Szkoda mi tych lat

Mężczyźni rzadziej dają znać, że są nieszczęśliwi. - Nawet na terapii potrzebują kilku sesji, żeby uświadomić sobie, skąd pochodzi poczucie ich braku satysfakcji - mówi Mauer-Włodarczak. 

- Tak, jest nuda, ale jak on się może skarżyć, ma zadbany dom, udane dzieci. Żona nie interesuje się jego sprawami, seks szwankuje... ale właściwie to on nie ma jej wiele do zarzucenia. Tylko czegoś brak. I stąd ten romans w pracy. To zdrada najczęściej przyprowadza mężczyzn na terapię - zaznacza psychoterapeutka i tłumaczy, że choć akt niewierności narusza zaufanie i boli, pokazuje też, jakie mamy problemy, nie pozwala dłużej udawać, że wszystko w zasadzie jest OK. Siłą zdrady jest to, że nie możemy zamieść jej pod dywan: emocje zostały wzbudzone, na wpół uśpiona para trzeźwieje. Są łzy i gniew, lecą iskry. A wcześniej była cisza, zdawkowe "no co tam?" i "kup masło". - Zdrada często uświadamia mężczyznom, że wcale nie mają ochoty na rozwód - dodaje Mauer-Włodarczak. 

- Poszli za emocjami, za przygodą, ale mieli ochotę na odskocznię, nie na zmianę. W obliczu zagrożenia utratą rodziny najczęściej chcą powalczyć o małżeństwo. Tym bardziej że, jak pokazują badania psychologiczne, większość długoletnich trudnych związków łączy "samopodtrzymująca" siła - psychiczna prawidłowość, która każe nam cenić to, w co sporo zainwestowaliśmy, choćby łączyło się to z cierpieniem. 

- Im więcej wysiłku włożyliśmy w związek, im bardziej staraliśmy się go budować i naprawiać, tym bardziej rośnie nasze zaangażowanie - tłumaczy psycholog prof. Bogdan Wojciszke. - Wówczas rozwód byłby dla nas porażką, utopieniem kosztów, zmarnowaniem lat własnej pracy. Zwyczajnie nam ich szkoda. - Moi klienci mówią wprost: już tyle przecierpiałem, tyle uczuć zainwestowałem, nie chcę tego tak zostawić, chcę walczyć dalej - opowiada Marta Mauer-Włodarczak. 

W kontynuacji trudnego związku widzimy szansę, że jednak się uda, przyjdzie "zysk", czyli poczucie małżeńskiego szczęścia. Ten optymizm chroni nasze poczucie własnej wartości, sensowności i uporządkowania naszego życia. Czy oznacza także brak realizmu i oszukiwanie siebie? - Warto zadać sobie pytanie, na czym satysfakcja w związku dla nas polega. Czy gdyby miało się poprawić niewiele, będziesz usatysfakcjonowana? - pyta dr Bartosz Zalewski. 

- Niektórzy z nas myślą: kawał życia przeżyliśmy razem, może to nie jest to, o czym marzyłem, ale jest wystarczająco dobrze, mogę to zaakceptować. Ktoś inny powie: pragnę, by mój związek był lepszy, jestem gotów włożyć w to dużo wysiłku. A jeszcze inny: ja nie chcę mieć wystarczająco dobrego związku, chcę mieć bardzo dobry związek, partner musi się zmienić. 

Jeśli zastanawiamy się, czy warto ratować naszą relację, kluczowe są dwa pytania: ile ja sama jestem gotowa zainwestować, by ją poprawić? I drugie: na ile godzę się z losem? Zmiana może polegać na tym, że coś wcześniej odrzucanego zaakceptujemy. Psycholodzy zbadali, że pogodzenie się z tym, że partner jest, jaki jest - i koniec, uruchamia przystosowawczy proces "jak z tym żyć". Są ludzie latami pielęgnujący pretensje, że partner nie chce uprawiać porannego joggingu, brać udziału w naszych wyprawach itp. I są inni, którzy to akceptują, wyjeżdżają z przyjaciółmi i pokazują partnerowi zdjęcia po powrocie. Może woleliby inaczej, ale znaleźli inną możliwość i są zadowoleni. 

Czyja to wina?

Po pięćdziesiątce nie ma nagłych rozwodów. Jeśli takie się wydają, to dlatego, że pochłonięci pracą i rodzicielstwem bagatelizujemy niepokojące rzeczy, które dzieją się w związku. Często dopiero choroba czy inne zdarzenie wybijające nas z codziennego rytmu, gdy nagle jest dużo czasu na przemyślenia, uświadamiają nam, że partner z bliskiego stał się daleki. Może to być moment odejścia dzieci z domu, który przez psychologów uznawany jest za kryzys. 

W powietrzu wisi wtedy pytanie: co oprócz dzieci nas łączy? Niektóre pary przeczuwają nadejście tej chwili i już wcześniej, gdy dzieci dorastają, zaczynają więcej czasu spędzać we dwoje, jak dawniej. Inne nie.

- Nie znam sytuacji, żeby żona dowiedziała się nagle, że mąż od niej odchodzi, bez żadnych sygnałów ostrzegawczych - zaznacza Marta Mauer-Włodarczak. - One są zawsze. Najczęściej nie chcemy ich widzieć, bo wtedy trzeba coś zrobić, zareagować. Czy można być zaskoczoną zdradą męża, z którym nie spało się od trzech lat? Czy można być zdumioną, gdy mówi "już nic nas nie łączy", jeśli nie pamiętamy, kiedy ostatni raz wyszliśmy we dwoje i nawet urlopy spędzaliśmy oddzielnie? Czasem wolimy tak powiedzieć, bo nagłe porzucenie umożliwia zobaczenie w mężu podstępnego krzywdziciela, a to wizerunek pasujący do cierpienia, poczucia krzywdy, które przeżywamy w pierwszym etapie po odejściu partnera - dodaje psychoterapeutka. - Chcemy wtedy usłyszeć od innych: "to nie twoja wina, nie martw się. Boli, przestanie i zacznie się nowy rozdział". 

- Nie wymyślono lepszego leku na żałobę niż przyjaciele - mówi dr Bartosz Zalewski. - Potrzebne jest nam wsparcie bliskich. Ale dopiero dostrzeżenie udziału, jaki mieliśmy w kryzysie, zdradzie, rozpadzie związku, przywraca nam poczucie wpływu na rzeczywistość. Z żałoby trzeba wyjść z bilansem przeszłości. Dostrzec nie swoją winę, ale odpowiedzialność za to, co się działo w małżeństwie. Wziąć z niego to, co było dobre, odrzucić to, co złe. Wtedy można iść do przodu. Psychoterapeuci zauważają, że zwykle po rozwodzie popełniamy jeden z dwóch błędów: albo pielęgnujemy poczucie krzywdy, które utrudnia nam zakończenie żałoby, albo w pośpiechu próbujemy znaleźć nowego partnera. 

Wiele rozwódek, które przychodzą do gabinetu Marty Mauer-Włodarczak, bardzo szybko koncentruje się na poszukiwaniach nowego związku. - Odradzam, powstrzymuję, zachęcam, żeby się nie spieszyć, przez dwa lata pobyć samej ze sobą, posłuchać siebie, żeby nie wpaść z deszczu pod rynnę, nie utknąć w podobnym do poprzedniego schemacie. Żeby nie kierował nami lęk, bo często porzucone kobiety tak bardzo boją się samotności, że w kilka miesięcy po rozwodzie już są w nowej relacji - opowiada psychoterapeutka. - I to najlepiej pokazuje, jak irracjonalne są nasze lęki, że po pięćdziesiątce nie można ułożyć sobie życia. Nie jest tak, że w wieku czterdziestu lat można, a dziesięć lat później już nie. Trzeba tylko rozumieć swój wiek, wiedzieć, że atutem dojrzałej kobiety nie jest skuteczne udawanie młodości. Mężczyźni 50 plus pytani o walory swoich rówieśniczek mówią o zdolności do partnerstwa i przyjaźni, mądrości życiowej, ciekawych rozmowach, zajmującym towarzystwie w podróżach, uroku osobistym, obyciu i spokojnej pewności siebie.

Paradoksalnie rozpoczynaniu nowego rozdziału po pięćdziesiątce sprzyja rosnąca liczba rozwodów - jest coraz więcej wolnych partnerów w różnym wieku. Być może łatwiej dziś znaleźć kogoś, niż pobyć z samym sobą. A to drugie jest nam potrzebne choćby po to, żeby się zastanowić, jakiej relacji potrzebujemy na tym etapie życia. Psycholodzy zbadali, że w grupie 50 i 60 plus obserwuje się rosnącą różnorodność typów relacji, podobną do tej, jaka występuje u bardzo młodych ludzi. Wspólne mieszkania grupy przyjaciół, związki weekendowe, w których pary spędzają razem kilka dni w podróży. 

Dr Bartosz Zalewski podkreśla, że szczególnie zwiększa się liczba związków typu living apart together, starannie zaplanowanych, w których partnerzy kupują mieszkania w sąsiedztwie, na tej samej ulicy, odwiedzają się codziennie, jedzą razem lub wychodzą gdzieś we dwoje. - Dużo w tym życiowej mądrości i realizmu - mówi psychoterapeuta. - Gdy się starzejemy, mamy swoje nawyki, których nie chcemy zmieniać. Nie marzymy też o spaniu z kimś w jednym łóżku. A dystans, który dają osobne sypialnie, ma też swój walor erotyczny. Warto rozważyć i tę opcję, gdy druga połowa życia otwiera się przed nami na oścież.

MAGDALENA JANKOWSKA

PANI 9/2017

Zobacz także:

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje