Przejdź na stronę główną Interia.pl
Dlaczego warto być minimalistą

Miej mniej

Nie masz torebki Chanel? Nie szkodzi. Modniejszy jest teraz jej brak. Skromne życie stało się popularne jak triatlon i bieganie. Oszczędność w nowej, modnej odsłonie to minimalizm i ma na świecie rosnące grono fanów. Ma też swoich celebrytów, którzy na oszczędzaniu zarabiają. Uwaga! Wielu zaczęło przygodę z minimalizmem od wietrzenia szaf. Ku przemyśleniu w czasie wiosennych porządków.

Cztery podkoszulki, dwa T-shirty, brązowy sweterek, poncho, kardigan, dzianinowa sukienka, dwie spódnice, para legginsów, dżinsy. W tym będę chodzić. Z resztą się rozstaję - wylicza Sally Crosland, 32-letnia blogerka z Yorkshire w Wielkiej Brytanii. - Od kilku godzin pakuję ciuchy do worków. Miałam więcej ubrań, niż sądziłam - relacjonuje ze swojej garderoby. Nie jest to jednak zwykłe wiosenne wietrzenie szafy, lecz część długofalowego planu.

Reklama

Sally Crosland jest zdeklarowaną minimalistką i od kilku lat konsekwentnie wciela w życie program ograniczania konsumpcyjnego stylu życia. Postępy w sztuce samoograniczeń opisuje na blogu One Empty Shelf (Pusta Półka). Właśnie realizuje modny wśród minimalistek Project 333. Chodzi w nim o stworzenie garderoby w kapsułce, czyli ograniczenie zawartości szafy do 33 pozycji. Ma ona wystarczyć na trzy miesiące. Sally zaczerpnęła pomysł od Amerykanki Courtney Carver, która uczy w internecie, jak bez sentymentów rozstać się z nadmiarem.

- Zostawiam dwie torebki, jedną apaszkę, jeden pasek i jedne okulary przeciwsłoneczne. Koniec porannych dylematów przed lustrem - Sally Crosland podkreśla kolejną zaletę porządków. Projekt 333 to nie pierwsze przedsięwzięcie Brytyjki, weteranki w dziedzinie minimalizmu. Jej największe dotychczasowe sukcesy to dwa lata zakupowej wstrzemięźliwości i zmiana stylu życia. Na minimalizm przeszła w 2012 roku. Wcześniej przez osiem lat pracowała jako menedżer sprzedaży w odzieżowej sieciówce.

- Byłam tak pochłonięta pracą, że zdarzało mi się pracować 14 godzin na dobę. Myślałam, że tak właśnie wygląda dorosłość - wspomina. Nagrodą za intensywny tryb życia były zakupy. - Wydawałam fortunę na drogie i niepraktyczne rzeczy. Potrafiłam kupić dekoracje do domu tylko dlatego, że ładnie prezentowały się w sklepie. Najczęściej lądowały potem w pawlaczu. Kupowałam buty, żeby zaimponować koleżankom, a książki, żeby dobrze wyglądały na półkach. Byłam dumna z pełnej garderoby, bo to potwierdzenie, że jestem kobietą sukcesu.

Szczytem ekstrawagancji był zakup torby Mulberry Bayswater za ponad tysiąc funtów. Dla poprawy humoru. Przed Bożym Narodzeniem coś we mnie pękło. Choć planowałam tanie święta, wydałam o 295 funtów więcej, niż zarobiłam. Kiedy wzięłam zakupy pod lupę, zrozumiałam, że straciłam kontrolę nie tylko nad wydatkami, ale nad całym życiem. Postanowiłam, że 2012 będzie rokiem bez zakupów. - Chciałam się przekonać, czy da się żyć normalnie, kupując mniej. Zaczęłam od drobnych wydatków. Przestałam stołować się w modnych sieciówkach, takich jak Pret A Manger, i ograniczyłam kawę w Starbucksie. Zrezygnowałam z dziesiątek pism, które co miesiąc nałogowo kupowałam i których nie czytałam - opowiada blogerka.

Dziękuję, nie kupuję

Po pół roku odwyku Sally zamieściła na blogu rozpaczliwy wpis: "potrzebuję nowych dżinsów, czytnika Kindle, wiosennego płaszcza, maskary Diora, nowego dzbanka do kawy". - Chciałam natychmiast iść do sklepu - wspomina blogerka. "Kończę ten bzdurny eksperyment. Idę na zakupy!", odgrażała się na blogu, jednocześnie zaraz przywołując się do porządku: "Nie, nie mogę poddać się w połowie próby". - Nie było łatwo zostać minimalistką, skoro wcześniej byłam zarówno materialistką, jak i maksymalistką - wspomina Sally, opisując kolejny etap nauki nowego nastawienia do życia.

- W tym samym roku postanowiliśmy z mężem zamieszkać we własnym domu. Wydawało mi się, że nic tak nie służy porządkom jak przeprowadzka. Niestety, nie umiałam się ze swoją graciarnią rozstać. 25 kartonów ledwie starczyło na jej spakowanie. Po tygodniu zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam, co w nich jest. Po raz pierwszy zaświtało mi, że ich zawartość nie jest mi potrzebna. Mimo to zabrałam wszystko. Rozpakowując się, wpadłam w rozpacz. Czy naprawdę potrzebowaliśmy tylu bibelotów, ramek do zdjęć, tuzinów zakurzonych książek z czasów studiów? W końcu oddaliśmy wszystko do antykwariatu, zostawiając jedną półkę książek. Był to dla mnie milowy krok. I wielka ulga.

Mniej, czyli więcej

Sally dostrzegła konflikt między pracą a nowym stylem życia. - Zawodowo zajmowałam się podkręcaniem zakupowego szaleństwa i wyciskaniem z klientów ostatniego pensa. Coraz mniej mi się to podobało. W końcu rzuciłam tę pracę. Na szczęście mąż wziął na siebie rachunki i kredyt i z aprobatą podszedł do mojej życiowej metamorfozy. Jako bezrobotna stałam się minimalistką z konieczności, moja panika, że się złamię i coś kupię, przeszła jak ręką odjął. Zatrudniłam się na pół etatu w sklepie charytatywnym sprzedającym używaną odzież. Znów jestem menedżerem sprzedaży, ale pracuję mniej, mam mniej stresów. Wiem też, że zyski ze sprzedaży nie idą do kieszeni udziałowców, ale do potrzebujących. Moje kolejne święta były minimalistyczne, mieliśmy mniej wyszukanych dań, skromniejsze prezenty. Czy były gorsze? Wręcz przeciwnie! - wspomina blogerka.

W kolejnym roku postanowiła nauczyć się ogrodnictwa. W przydomowym ogródku udało się jej wyhodować cebulę, czosnek, ziemniaki, buraki, zioła i truskawki. - Zamierzamy z mężem założyć przydomowy generator energii, przerabiamy też starego volkswagena na campera, którym moglibyśmy tanio podróżować po Anglii. Wcześniej z powodu pracy nigdy nie mogłam zaplanować dłuższego urlopu. Co dała mi przygoda z minimalizmem? - podsumowuje Sally. - Nauczyłam się nie ulegać pokusom. Unikam centrów handlowych, a ciuchy kupuję w moim charytatywnym second-handzie. Symbolicznie rozstałam się z dawnym życiem, sprzedając tę luksusową torebkę. Choć w sensie materialnym mam mniej, czuję, że mam wszystkiego więcej.

D jak debet

W przypadku 30-letniej Amerykanki Anny Newell Jones z Denver minimalizm był sposobem na wyjście z długów. - Nie umiałam gospodarować pieniędzmi - przyznaje blogerka, z zawodu fotograf ślubny. Wydawanie miałam we krwi, a rozmowy o oszczędzaniu były szczytem nudy. W wieku 25 lat zadłużyłam się na 23 tysiące dolarów. Miałam debety na kartach kredytowych, dług u rodziców, którzy opłacili moje studia, i dwie pożyczki studenckie.

Wstydziłam się tego - opowiada Anna Newell, wyznając, że najbardziej zależało jej na oddłużeniu, bo chciała dobrze wypaść w oczach przyszłego męża. Aby się zmotywować, zaczęła pisać blog And then we saved (I zaczęliśmy oszczędzać). Jak wielu minimalistów neofitów narzuciła sobie drakoński jednoroczny zakaz zakupów. Na blogu podzieliła swoje miesięczne wydatki na dwie kategorie: niezbędne i zbędne. Za pierwsze uznała rachunki za telefon, jedzenie, ubezpieczenie zdrowotne, akcesoria fotograficzne, benzynę. Na drugiej liście znalazły się: kino, kolacje na mieście, kosmetyki do makijażu, muzyka z iTunes, artykuły do wystroju wnętrz, wizyty u drogiego fryzjera.

Plan ten blogerka nazwała zakupowym postem. - Mąż nie był jego fanem, rok bez kina wydał mu się niezasłużoną torturą - przyznaje Anna Newell. - Sama obawiałam się, że polegnę: miałam co wydawać, w końcu prowadziłam studio fotografii ślubnej. Mimo pokus Anna wytrwała w zakupowym poście, udało się w ciągu roku spłacić 18 tysięcy dolarów długu.

Dieta cud

W drugim roku minimalizmu Anna zamieniła zakupowy "post" na "dietę" (a spending diet). Lista wydatków dozwolonych i zakazanych pozostała taka sama, z tą jednak różnicą, że blogerka przyznała sobie co miesiąc 100 dolarów na drobne wydatki. Po trzech miesiącach diety udało się jej spłacić kolejne 5600 dolarów długu. Anna drobiazgowo opisała na blogu szczegóły procesu: ile kredytu spłaciła, ile jej zostało, ile dostała zwrotu podatku. Szczerość w mówieniu o domowym budżecie zjednała jej dziesiątki tysięcy czytelników.

"Jesteś lepsza od mojego doradcy finansowego", czytała w komentarzach od internautów. Aby pomóc im pójść w swoje ślady Anna, stworzyła na blogu zakładkę z kalkulatorem, gdzie czytelnicy mogli zobowiązać się do oszczędności i dopisywać kwotę odłożoną co miesiąc w domowym budżecie. Tak zmotywowani fani bloga w 2015 roku zaoszczędzili 900 tysięcy dolarów! Jak na osobę bez ekonomicznego wykształcenia Anna wykazała się niezwykłym talentem biznesowym i pomysłowością. Swoje metody oszczędzania zarejestrowała w urzędzie patentowym, skromny blog zaś przekształciła w firmę konsultingową. Co tydzień radzi, jak ubierać się stylowo za grosze i jak spędzać czas z rodziną, nie wydając ani centa (origami w pochmurne dni, wizyta w bezpłatnych miejskich muzeach), jak przyrządzić obiad za pięć dolarów (omlet ze szpinakiem, burger z czarnej fasoli) i jak wydać mniej na zakupy spożywcze.

Wszystkie rady najpierw sprawdza w domu. "W tym miesiącu wydałam o 300 dolarów mniej na jedzenie - chwali się. - Jak? Zaplanowałam zakupy na cały miesiąc, zrobiłam listę, której się trzymałam, i unikałam zakupów impulsywnych. Ograniczyłam też liczbę wypadów do supermarketu". Przypadek Anny Newell Jones, która rozprawiła się z długami, przy okazji robiąc karierę internetową, został opisany jako znak czasów przez najważniejsze magazyny ekonomiczne Ameryki. Ukoronowaniem jej drogi jest wydana w styczniu książka How to be a Fearless Minimalist in a Cluttered World (Nieustraszona minimalistka w zagraconym świecie), dostępna na portalu Etsy.

Zawróceni

Sally Crosland i Anna Newell Jones należą do pokolenia millenialsów, czyli ludzi urodzonych między 1980 a 1995, uważanych za niezbyt zaradnych, narcystycznych i niemających w życiu dalekosiężnych finansowych celów. Ostatnie amerykańskie badania socjoekonomiczne podważają jednak ten stereotyp. Ponad połowa amerykańskich millenialsów ma jasno określone finansowe plany, ogłosili autorzy raportu Planning&Progress Study 2015 zleconego przez towarzystwo ubezpieczeniowe Northwest Mutual. Ponadto 64 procent millenialsów woli oszczędzać niż wydawać. Na co? Choćby na podróże lub własny rozwój. 30-latkowie chcą wydawać na ciekawe życie, a nie strzyc trawniki przed domem i spłacać hipotekę. Socjologowie zauważyli też, że "oszczędni z wyboru" postrzegani są jako romantyczni bohaterowie naszych czasów. Minimalizm stał się nowym symbolem statusu. Przykład? The Minimalists (Minimaliści), czyli Joshua Fields Millburn i Ryan Nicodemus, autorzy najpopularniejszego na świecie bloga poświęconego skromnemu stylowi życia.

Blog założył Joshua, "zawrócony" pracownik korporacji, który w wieku 27 lat został jednym z najmłodszych dyrektorów zarządzających w wielkiej amerykańskiej firmie komunikacyjnej. Zapowiadał się świetnie, zarabiał krocie, ale czar korporacji szybko prysł, bo przez ciągły stres i nadmiar pracy posypało się jego małżeństwo i zdrowie. Kiedy młody dyrektor dostał zadanie zwolnienia 41 pracowników, nie wytrzymał. Do listy zwolnionych dopisał swoje nazwisko. Od tego momentu zaczął zmieniać i upraszczać dotychczasowe życie. Dom z hipoteką zamienił na skromną kawalerkę, schudł 40 kilo, a większość dobytku oddał organizacjom charytatywnym. Radość z nieposiadania okazała się tak zaraźliwa, że w ślady Joshuy ruszył jego wieloletni kumpel Ryan Nicodemus.

Obaj zamieszkali na wsi w górzystej Montanie. Powrót do zwykłego życia postanowili relacjonować na blogu, z czasem stając się bodaj pierwszymi "zawodowymi" minimalistami. Blog The Minimalists ma cztery miliony czytelników, dzięki czemu panowie mogą żyć (skromnie) z krzewienia swoich idei. Blogerzy założyli niewielkie wydawnictwo specjalizujące się w poradnikach (sami napisali ich już cztery) i odbywają wielomiesięczne tournées po Stanach Zjednoczonych. Są regularnie zapraszani do wygłaszania wykładów i prelekcji przez instytucje takie jak TED (Conference), czyli Technology, Entertainment and Design Conference, gdzie prezentowane są światowe tendencje i nowinki

. Coraz częściej zapraszają ich - uwaga, uwaga - uczelnie ekonomiczne, np. Harvard Business School. Czego uczą Minimaliści? Że umiar daje więcej szczęścia niż nadmiar. Radzą też, jak pójść w ich ślady. Najlepiej zacząć metodą trzech kroków: "Po pierwsze zastanów się, jak zmieniłoby się twoje życie, gdybyś miał wszystkiego mniej. Po drugie pozbywaj się regularnie jednej rzeczy dziennie. To da ci siłę napędową, żeby rozprawić się z większą ilością śmieci (może to być również nadmiar zdjęć w komputerze czy aplikacji w telefonie). Po trzecie znajdź sojusznika wśród przyjaciół. Będziecie się nawzajem motywować" - zachęca Millburn.

Magia i miotła

O ile Minimalistów można uznać za teoretyków nowego zjawiska, mistrzynią praktycznych rad jest Japonka Marie Kondo, autorka bestsellera Magia sprzątania, którą tygodnik "Time" wymienia wśród stu najbardziej wpływowych osób na świecie. Trzydziestoletnia Japonka rozkłada sprzątanie na czynniki pierwsze i rozprawia się z każdym rodzajem nadmiaru i bałaganu. "Najpierw wyrzucaj, dopiero potem układaj", "Nie trzymaj niczego na wannie lub zlewie", "Nie sortuj papierów, wyrzuć wszystkie", "Nigdy nie układaj rzeczy jedna na drugiej" - każdy rozdział jej książki niesie odpowiedzi na wszystkie zagadnienia związane z minimalizowaniem dobytku. "Nie możesz zdecydować, które ubrania wyrzucić?

Weź do ręki każde i zastanów się, co do niego czujesz. Jeśli sweterek nie budzi twojej sympatii, ale żal ci go wyrzucić, pozbądź się go natychmiast", radzi Marie Kondo, która jednocześnie uważa, że szacunek do najdrobniejszych rzeczy to podstawa porządku. "Skarpetki i rajstopy leżące w szufladzie są na urlopie. To ich jedyna szansa na odpoczynek. Jeśli są złożone, zrolowane albo związane, pozostają w stanie napięcia. Rozwiń je i złóż tak, jak składa się ubranie" - instruuje. Japonka uważa, że sprzątanie to sztuka wyboru i powinno się zawsze porządkować w pojedynkę. Wszak mama czy siostra może uznać, że wyrzucana przez nas stara makatka "jeszcze się przyda", tym samym sabotując nasz plan.

Co zrobić, kiedy same nie potrafimy czegoś wyrzucić, bo nam szkoda? Kondo odpowiada filozoficznie: "Będziesz zaskoczona, jak wiele rzeczy, które posiadasz, spełniło już swoją rolę. Uznając ich wkład i pozwalając im odejść z wdzięcznością, będziesz potrafiła nadać kierunek swojemu życiu". Co zrobić z nieprzeczytanymi książkami? I tu odpowiedź jest prosta: "Przeczytam ją kiedyś zazwyczaj oznacza: nigdy. Jeśli naprawdę będziesz chciała do jakiejś książki wrócić, kupisz ją ponownie i przeczytasz". Młoda Japonka przyznaje, że fiksację na punkcie sprzątania ma od dzieciństwa i że nic nie sprawia jej większej przyjemności niż poszukiwanie jeszcze skuteczniejszych metod porządkowania. Jest w nich niestrudzona jak dążący do doskonałości mistrz sztuk walki. Zapotrzebowanie na jej rady jest tak duże, że Kondo wciąż jeździ z jednego końca Japonii (a nawet świata) w drugi, doradzając klientom indywidualnym i firmom, jak skutecznie oczyścić najbliższe otoczenie. Bilety na jej wykłady sprzedają się w ciągu kilku godzin, na udział w zajęciach ze sprzątania trzeba czekać w wielomiesięcznej kolejce, a książka Magia sprzątania sprzedała się w nakładzie dwóch milionów egzemplarzy.

Z czego bierze się popularność Japonki? Marie Kondo udowadnia klientom, że gruntowne porządki to klucz do radykalnej zmiany w życiu. Potwierdzają to dziesiątki dziękczynnych listów. "Po twoim kursie zrezygnowałam z pracy w firmie i założyłam własną działalność w dziedzinie, o której marzyłam od dziecka", "Mój mąż i ja o wiele lepiej się teraz dogadujemy", "W końcu znalazłam motywację, żeby schudnąć", chwalą się w listach fani Marie Kondo. Masz ochotę zrobić coś niezwykłego tej wiosny? Już wiesz, od czego zacząć.

Grażyna Saniuk

Twój STYL 04/2016

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje