Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dawid Podsiadło: Słowik polsko-angielski

Ma 20 lat. Dużo osiągnął, a ile jeszcze przed nim! Z jednej edycji X-Factora odpadł od razu, ale się nie załamał i następną wygrał. Sukcesu nie skonsumował od razu: do nagrania płyty dojrzał rok później. Teraz Dawid Podsiadło, chłopak z Dąbrowy Górniczej, rusza z koncertami po Polsce. Prześwietlamy jego (życiowy) bagaż.


Reklama

Czy jest w twoim życiu coś niezwiązanego z muzyką, a czemu oddajesz się tak samo mocno?

Dawid Podsiadło: - Gry komputerowe. Uwielbiam przygodówki, strategiczne, RPG (role playing games, czyli gry fabularne - red.). Zajmuje mi to cały wolny czas.

Cały?!

- Kiedy wracam na trzy dni do domu, to trzy dni gram. Mam prawo. Dużo pracuję. Nie wyjechałem na wakacje. Odwołałem rezerwację, bo pojawiły się propozycje koncertów.

Nie śpiewałbyś, gdyby nie...?

- ...wspólny pokój z bratem. Wojtek jest osiem lat starszy. Odkąd pamiętam, czyli od początków szkoły podstawowej, nie słuchałem piosenek dziecięcych, tylko tego, czego brat. Czwórka z Seattle (Pearl Jam, Nirvana, Soundgarden, Alice in Chains - red.), Queen, potem w szkole muzycznej - muzyka klasyczna. Chłonąłem wszystko. Pamiętam, że lubiłem grać na czerwonych kuchennych taboretach jak na perkusji.

I nagle...

- Przeprowadziliśmy się do centrum Dąbrowy, miałem wreszcie swój pokój. (uśmiech) Mama zapisała mnie na śpiew do Młodzieżowego Ośrodka Pracy Twórczej.

Zapowiadałeś się na perkusistę, a tu śpiew?

- Miałem 11 czy 12 lat, chciałem ćwiczyć, ale nie było wielkiego planu, że zostanę wokalistą. Jednocześnie chodziłem na karate, badmintona. Śpiew był po prostu jednym z zajęć dodatkowych.

A trenowałeś w domu z dezodorantem przed lustrem?

- Z dezodorantem nie, ale pamiętam scenę, jak śpiewam i tańczę przed tym lustrem w... słomianym kapeluszu. Wisiał u nas na ścianie, wkładałem go na czas "występu", przeważnie przy płycie Boney M. Ale też Nirvany. Pytałem nawet brata, czy mam głos podobny do Cobaina, ale on był wtedy zbuntowany i nie podobało mu się, że dzieciak śpiewa takie utwory.

Następny etap?

- Punktem zwrotnym było... (pauza, śmiech) To raptem cztery lata temu, więc dziwnie mówić, że miałem w życiu jakiś punkt zwrotny. Ale powiedzmy, że serio zacząłem myśleć o muzyce, kiedy w pierwszej klasie liceum z kolegami założyliśmy zespół Curly Heads i zaczęliśmy tworzyć własny materiał w stylu brytyjskiego rocka. Prawdę mówiąc, bardziej żyliśmy zespołem niż szkołą.

Co na to rodzice?

- Mieliśmy wsparcie. Rodziny, znajomi - wszyscy mówili, że to jest bardzo dobre. Graliśmy w każdej okolicznej knajpie - jeśli tylko mieliśmy nowy numer, chcieliśmy się nim chwalić. Dziś mogę śmiało powiedzieć, że Curly Heads jest w miarę rozpoznawalny w okolicy. Braliśmy udział w kilku festiwalach, przeglądach. W Jarocinie dostaliśmy wyróżnienie.

Pamiętasz pierwszy duży koncert? Kiedy poczułeś, że jest moc.

- Koncert pamiętam - z okazji Dnia Hutnika w Katowicach, ale tam nie było w ogóle mocy.

?

- Bo nie było publiki. Graliśmy dość wcześnie, poza tym to był rodzaj festynu, gdzie ludzie chodzą pić alkohol na karteczki. Pod sceną tylko rodzina i przyjaciele - graliśmy właściwie dla nich. To było jeszcze przed programem.

Dzielisz życie na "przed" i "po" X-Factorze?

- Nie da się ukryć, że on wiele zmienił. Teraz zajmuję się solowymi rzeczami. Wszyscy skończyliśmy szkołę w tym samym momencie, tylko że ja zacząłem pracować nad albumem...

...a koledzy poszli na studia albo do pracy?

- Fakt, że muszą bardziej praktycznie myśleć o życiu. Ja, dzięki temu, że płyta odniosła sukces, mogę sobie jeszcze pobyć w chmurach. Nie muszę kombinować, jak się utrzymać. Ale w przerwach mojej solowej trasy będziemy pracować nad płytą Curly Heads.

Mówisz, że nie masz kłopotów materialnych. To dla ciebie nowa sytuacja?

- W domu było różnie. Mama wychowywała nas sama. Szanowaliśmy pieniądze, bo wiedzieliśmy, jak ciężko pracuje, żebyśmy rośli w szczęściu i w radości. W pierwszym mieszkaniu musieliśmy "barykadować" okna pianką, bo zimą wiało tak, że nie dawało się wytrzymać. Pamiętam taki obrazek: brat chodzi po domu w kurtce, a w kuchni odpalone wszystkie kurki gazu, żeby było cieplej. Mimo to nie czułem, że mi czegoś brakuje. Jednak to, że zarabiam pieniądze na życie, jest dla mnie nową sytuacją. Podobnie jak to, że mam ekipę, która wszystko ustawia, a ja wychodzę i śpiewam. Nie noszę, nie wożę swoim samochodem, nie zastanawiam się, za ile zatankować... 

Nie byłoby tego, gdyby nie X-Factor. Ale ty w jakimś wywiadzie powiedziałeś, że "wiesz, że stamtąd nie pochodzisz". Naprawdę czułeś, że jesteś z innej bajki?

- Tak, bo miałem już wcześniej swój zespół i wiedziałem, jak wygląda ta mniej atrakcyjna strona życia muzyka. Że chodzi się po klubach i pyta, czy możemy zagrać. I czy się ewentualnie coś jeszcze będzie z tego miało, bo musimy zapłacić za wypożyczenie sprzętu. Ten program był spełnieniem marzeń, bo oglądałem Idola i chciałem wziąć w nim udział, ale byłem za młody. Nigdy jednak nie traktowałem udziału w X-Factorze jako "być albo nie być". W pierwszej edycji odpadłem i poszedłem drugi raz tylko dlatego, że dostałem telefon: rusza kolejny program, zapamiętali mnie, jeżeli chcę, mogę wykorzystać szansę. Gdyby nie zadzwonili, nie zgłosiłbym się. Zwłaszcza że miałem wtedy maturę i - w planach - prawo jazdy.

Ale poszedłeś, wygrałeś i dziś jesteś znanym wokalistą z własną płytą w CV. Powiedziałeś w jakimś wywiadzie, że materiał na pierwszą płytę powstaje przez całe życie...

- Pożyczyłem to zdanie od lidera zespołu Partia. Album powstawał w trio: Karolina Kozak, Bogdan Kondracki i ja. Bazowaliśmy na moich melodiach, które komponowałem od 16. roku życia. Bogdan przesłuchał setki godzin muzyki i mógłby właściwie zrobić wszystko za mnie. Ale pozwolił debiutantowi, żeby ta muzyka z niego sobie powychodziła, jak chce. 

Dowiedz się więcej na temat: Dawid Podsiadło

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje