Przejdź na stronę główną Interia.pl
Czasem musi wrzeć

Agnieszka Dygant w Twoim Stylu

Wie, że trudno z nią wytrzymać. Wymagająca, bezkompromisowa. Gdy Agnieszka Dygant coś planuje, a życie nie chce się do planu dopasować - tym gorzej dla życia. Podczas zdjęć do "Prawa Agaty" czasem słychać jej głos: „Tak? To ja wychodzę”. Wszyscy wiedzą, że to nie ona rządzi, tylko jej perfekcjonizm. Ale jest nadzieja. Osobą, która nie poddaje się jej władzy, jest synek Xawery. Bo dziecko tak ma, że płacze, gdy chce, i je, kiedy jest głodne. Agnieszka wtedy łagodnieje.

Szybko mówi, szybko chodzi, szybko żyje. W czasie naszej rozmowy jednocześnie gotuje zupę dla syna, odruchowo sprząta kuchnię (porządek ma sterylny), a w trakcie najciekawszych wyznań nagle pyta: "Co dodajesz do rosołu: pietruszkę czy kolendrę?". Czujna. Kiedy zagaduję ją o trwający już wiele lat związek z reżyserem Patrickiem Yoką, spina się. Potem przepraszając, tłumaczy, że taką mają zasadę. Im mniej "sprzedają" prywatności, tym lepiej. Bo przykład innych par pokazuje: rozgłos miłości nie służy.

Reklama

Temperamentna. Łatwo się zapędza, a w emocjach używa "grubych" słów. Gdy jednak obok pojawia się czteroletni Xawery, łagodnieje. Ścisza głos i staje się miłą, ciepłą mamą. Jaka więc jest? W pracy wymagająca i... trudna. Podobno gdy na planie coś jest nie po jej myśli, mówi "wychodzę" i wszyscy wiedzą, że to nie żarty. Ale deklaruje, że w jej słowniku od niedawna pojawiło się nieznane wcześniej słowo "kompromis".

Agnieszka Dygant uspokaja się. Chyba pora, bo kiedy ma się, jak ona, 40 lat, człowiek staje się mniej kategoryczny i w dotychczas czarno-białym świecie zauważa odcienie szarości. Może dzięki macierzyństwu nauczyła się odpuszczać? Zobaczyła, że są ważniejsze sprawy niż kariera, że nie trzeba o wszystko się bić? Po urodzeniu Xawerego zdobyła się na dużą odwagę, czym zaimponowała goniącym za karierą kolegom. Zniknęła na trzy lata, choć to mogło się skończyć aktorską izolacją. A przecież wcześniej grała w serialu Niania, co tydzień oglądały ją cztery miliony ludzi. Trzeba mieć charakter, żeby się nie uzależnić od popularności, uśmiechów na ulicy, przywileju bycia znaną. I pewną śmiałość, by uznać, że najważniejsza jest rodzina, a praca musi poczekać. I miała rację: niczego zawodowo nie straciła, a kiedy po dwóch latach znów pojawiła się na ekranie, widzowie pokochali zwariowaną prawniczkę z "Prawa Agaty".

Właśnie przeczytałam, że dostałaś kolejną nominację do Telekamer za "Prawo Agaty". Czyli za serial. A serial...

Agnieszka Dygant: - Chcesz mnie zapytać, czy uważam serial za coś gorszego? Nie. Sądzę, że wszędzie można zawalczyć o jakość swojej pracy, nie tylko w filmie fabularnym czy teatrze.

Ty walczysz?

- Staram się.

Na czym to polega?

- Zawsze próbuję szukać niebanalnych rozwiązań, jak zagrać moją scenę. Zazwyczaj przychodzę na plan przygotowana, z pomysłami. Choćby wydawały się najgłupsze, nie boję się o nich mówić.

To może być denerwujące dla otoczenia. Wcinasz się w pracę reżysera i ekipy?

- Trochę się już chyba przyzwyczaili. Choć początki rzeczywiście nie były łatwe. Z Maćkiem Migasem, reżyserem "Prawa Agaty", musieliśmy się dotrzeć. Każde z nas miało swoje zdanie, każde jest silną osobowością. Maciek jako reżyser uważał, że serial jest "jego", a ja uważałam, że "mój". Bo w końcu gram w 80 procentach scen i przez moją postać "przechodzi" większość akcji. Zżyłam się z moją Agatą, zaczęłam "myśleć nią". Wydawało mi się, że to ja mam rację. Maciek patrzył z dystansu, pewne rzeczy widział inaczej. Na początku mu nie ufałam, nie do końca się dogadywaliśmy. Mówiliśmy o tym samym, jednak innym językiem i zanim doszliśmy do sedna, to już pokłóciliśmy się o bzdury.

To znaczy, że jesteś trudną aktorką. Czy to prawda, że na własną prośbę w nieskończoność powtarzasz swoje sceny?

- Na początku serialu tak było. Teraz już czuję się swobodniej, lepiej znam moją postać. Mam więcej zaufania do Maćka i dwóch nowych reżyserów, Jacka Borcucha i Xawerego Żuławskiego. Jestem otwarta na ich pomysły, bo uważam, że mogę się tym zainspirować. A po trzech latach bycia na tym samym planie nowa energia jest bezcenna. Bo czasem wkrada się stagnacja i nuda. Albo zniechęcenie.

I co wtedy?

- Staram się coś zrobić. Kiedyś w wyjątkowo zły dzień, który przydarzył się na planie, zamówiłyśmy z Darią Widawską (w "Prawie Agaty" też gra prawniczkę) ciasto dla całej ekipy. Przyjechał tort bezowy z żurawiną. Humory się poprawiły i praca poszła.

Atmosfera zależy też od tego, czy ktoś potrafi odpuścić. A jak u ciebie jest z kompromisami? Godzisz się na nie?

- Teraz bardziej niż kiedyś.

W życiu też?

- Też. Kiedyś częściej używałam słów "nigdy", "zawsze". Byłam bardziej kategoryczna i zbyt wzmagająca w stosunku do innych. Przyjaciółka w ostatniej chwili wycofuje się ze wspólnego wyjazdu, ktoś nawala, ktoś się spóźnia? Byłabym wściekła. Dziś rozumiem, że widocznie nie dało się inaczej. Że moi przyjaciele mają żony, mężów, dzieci i dla nich to oni są najważniejsi. Przecież ze mną jest tak samo.

Łatwiej odpuścić innym czy sobie?

- Sobie trudniej. Są rzeczy, których wciąż nie umiem przeskoczyć. Na przykład mój perfekcjonizm. Potrafię cofnąć się spod drzwi i wrócić, żeby włożyć do zmywarki szklankę zostawioną na stole. Albo pościelić łóżko. A przecież to nie ma żadnego znaczenia. Spisuję sobie listę zadań, mam ją w telefonie i odhaczam. Nie umiem zostawić niczego na "za tydzień". Jeżeli lekarz zleca mi badania, chcę je zrobić już następnego dnia. Czasem mnie to dobija. Zamiast obejrzeć wieczorem świetny film, sprzątam łazienkę. Myślę, że powinnam nad tym pracować, żeby nie tracić czasu na nieistotne rzeczy. Mama żartuje, że jest dla mnie pocieszenie. Ona też była pedantką, ale minęło jej z wiekiem. Powiedziała kiedyś: "Wiesz, Aga, masz bardzo dobry wzrok i to cię gubi. Odkąd mnie się popsuł, nie zauważam niedociągnięć i mam święty spokój".

A ty za ochlapanie lustra pakujesz mężowi walizki?

- Od jakiegoś czasu jest lepiej. Odkąd pojawił się Xawery, musiałam trochę spokornieć i odpuścić.

Co masz na myśli?

- Już od początku było jasne, że Xawery jest kimś totalnie odrębnym i ma swój własny plan na życie. Nie płacze wtedy, kiedy "wypada" albo kiedy ja mam na to czas. Bo wyobrażałam sobie, że to syn się do mnie przystosuje, a tymczasem to ja musiałam dopasować się do niego. Dziecko na początku jest za małe na negocjacje, nie wytłumaczę mu, że to nie jest pora na kupkę i że będziemy mieli problem, bo tu, gdzie jesteśmy, nie ma przewijaka. Po prostu w połowie spaceru wracałam do domu i o planie, który ułożyłam rano, mogłam zapomnieć. Dla mnie to była nowość, że trzeba być elastycznym. Do pewnego stopnia to mnie zmieniło. Teraz syn jest starszy i mogę zacząć negocjować. Ile mi się uda wyrwać, tyle mam.

Jesteś konsekwentną mamą?

- Chyba nie do końca. Jak być konsekwentną, kiedy nie widziałam go przez dwanaście godzin, bo tyle trwa dzień zdjęciowy? Nie będę Xawerego pouczać, ustawiać. Jestem stęskniona i chcę go tylko przytulić i pocałować. Bliżej mi do przepraszania, że mnie nie było, niż do strofowania, że jego dinozaury walają się po całym domu. Ale oczywiście kiedy mam przerwę w nagrywaniu odcinków, a to trwa około sześciu tygodni, sytuacja się zmienia. Wtedy znów zaczynam być wymagająca i pojawia się konsekwencja. Raz na jakiś czas potrafię nawet się wściec. Xawery staje wtedy na baczność, potem się obraża, ale wiem, że coś do niego dociera. Nie chcę pozwalać mu na wszystko z powodu własnego poczucia winy, bo to do niczego dobrego nie prowadzi.

Na kogo chcesz go wychować?

- Chcę, żeby był dobrym człowiekiem.

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Dygant

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje