Przejdź na stronę główną Interia.pl

Czas O.N.A

Na jaki temat Grzegorz Skawiński negocjował z nauczycielami Agnieszki Chylińskiej? Czy życie muzyków rzeczywiście przypominało „jazdę po bandzie”? Oto fragment książki "Królowie życia" - opowieści o muzycznej przyjaźni Skawińskiego i Tkaczyka, kumpli z liceum, którzy postanowili wyrwać się z małego miasteczka, decydując się na karierę muzyków.

Kto wymyślił nazwę O.N.A.?

Reklama

Waldemar Tkaczyk: - Padały różne propozycje - od Woman do Ona. Wszystkie jednak krążyły wokół kobiety.

Grzegorz Skawiński: - Była też Onna - co po japońsku znaczy właśnie kobieta.

W.: - Ustaliliśmy z wytwórnią, że my schodzimy na dalszy plan, że czas przestać skupiać uwagę na Grześku.

G.: - Mój "piękny" wokal stał się przekleństwem. (śmiech)

W.: - Tylko dlatego, że był znany z Kombi. Do mediów wysłana została nieopisana płyta, bez podania nazwisk muzyków - zrobiliśmy to ciut z przekory, chcąc sprawdzić, czy dziennikarze znają się na muzyce. Bo oni mają to wszystko poukładane - Skaldowie to Skaldowie, Kombi to Kombi. Chociaż gdyby Skaldowie zagrali jazz, to i tak byliby Skaldami. Ale gdyby założyli kaski jak Daft Punk i zagrali jazz, wszyscy na sto procent powiedzieliby: Ale zajebisty zespół! Z nami podobnie. Cokolwiek byśmy zagrali, a Grzesiek zaśpiewał, to i tak wszystko: Skawiński. Plan był taki, by do chwili wydania albumu dane na temat muzyków zostały tajne.

G.: - Drugi singiel ukazał się, gdy płyta była już na rynku. Wtedy się wszystko wyjaśniło, kto stoi z tą nieznaną dziewczyną.

W.: - Następnym elementem akcji było to, co potem stosowały wszystkie firmy z branży reklamowej. Cała Polska została zaklejona billboardami z nikomu nic niemówiącym hasłem "O.N.A. 100% jakości". Ludzie patrzyli i zadawali sobie pytanie: O co tu, do cholery, chodzi? Dopiero potem pojawiły się kolejne reklamy, już z nazwą zespołu i okładką płyty.

Na "Modlishce", debiutanckim krążku formacji, jedynie dwa utwory mają tekst napisany przez Chylińską: "Drzwi" i tytułowy.

W.: - Agnieszka okazała się nie tylko obeznana w muzyce. To dziewczyna inteligentna, oczytana, ale i wrażliwa, więc szybko zaczęła pisać teksty. Na pierwszej płycie faktycznie większość była nasza. Ale kiedy się przekonaliśmy, że i na tym polu ma talent, zajęliśmy się wyłącznie muzyką. A ona do dzisiaj pisze świetnie - książki dla dzieci, pamiętnik...

Sukces zapewnił jej rozpoznawalność.

W.: - Żeby stać się rozpoznawalnym, muszą upłynąć ze dwa, trzy lata. A więc pomimo tego, że płyta się sprzedała w półmilionowym nakładzie, nie było tak, że kiedy Agnieszka wyszła na ulicę, wszyscy ją dopadali, jak teraz. To wymaga czasu. Poza tym to były inne czasy, bez Internetu... Wreszcie, o czym wszyscy wiemy, robota promocyjna jest żmudna, trudna i wymaga czasu. Więc tak naprawdę drgnęło dopiero wtedy, kiedy na Fryderykach Agnieszka wykrzyczała ze sceny: "Nauczyciele, fuck off !". Medialna historia się z tego robiła, bo ceremonię transmitowała na całą Polskę telewizja.

Media na waszym punkcie oszalały.

W.: - Wcześniej, grając jako Skawalker, ani razu nie byliśmy na okładce pisma rockowego. Byli za to inni: Materna, Mann, sprzątaczka, jej córka. Nas traktowano jak muzyków drugiej kategorii. Zawsze.

Mówisz o środowisku rockowym?

W.: - Tak. A kiedy weszło O.N.A., wszystko się zmieniło. Ale też po wykonanym przez nas zabiegu wejścia na salony w kapturach. Dziennikarze wtedy zgłupieli, branża zresztą podobnie. Opowiem o dwóch wypadkach: miałem prywatne telefony po debiucie singla w radiu i po tym, jak się wydało, kto jest kto. Pierwszym, który zadzwonił, był Grzegorz Ciechowski, bo znaliśmy się z nim bardzo dobrze z wcześniejszych czasów. "Słuchaj, niesamowita historia! Ale żeście wykonali numer! Jak ta wokalistka śpiewa, zespół gra genialnie!" Potem z płyty na płytę udzielał nam prywatnych rad. Mówił: "Słuchaj, Agnieszka idzie w takim kierunku... To chyba nie jest dla was dobra droga. Jeśli masz jakiś wpływ, napisz coś innego." Takie rozmowy prowadziliśmy.

Przyjaźniliście się?

W.: - Jakoś specjalnie nie, utrzymywaliśmy kontakty czysto zawodowe. A drugim kolesiem był Janek Borysewicz, który już poleciał z krótkiej piłki: "Kur...! Ale żeście wyje... numer! Jak to słyszę - młoda ryczy, gitarzysta zapier.... Czas się zwijać chyba, bo młodzi atakują! Nie mam tu co grać! I okazuje się, że to wy!" Tak to było - ludzie dali się wpuścić. Wystarczyło nie dać ludziom sugestii. Jak się potem wydało, kto za tym stoi, wszyscy musieli tę żabę połknąć. No i się skupiło na tym, że to Agnieszka, Agnieszka, Agnieszka... Myśmy zresztą specjalnie ją wypychali na pierwszy front. Zniknęliśmy.

A jak ona się z tym czuła?

W.: - Podobnie jak czuje się z tym dzisiaj. Ma specyficzny charakter, zna swoją wartość. Z jednej strony jest buntownicza, z drugiej - wycofana, bo nie bryluje na salonach, nie bywa, zawsze trochę z dala od ludzi, skupiona na tym, co robi, na muzyce. Ona się w tym dobrze odnalazła, bo przecież prowadziła koncerty. Grzesiek nie musiał za nią zapowiadać, jak Łosowski za Grześka... To był normalny zespół z wokalistką jako naturalną liderką. Potem walnęliśmy drugą płytę, moim zdaniem naszą najlepszą, czyli "Bzzzzz", idąc za ciosem. Już wtedy ociągaliśmy się z wysłaniem demo do wytwórni, robiąc je trochę na kolanie, nawet chyba nie ze wszystkimi numerami. Taśma demo poszła do nich w dniu, w którym pojechaliśmy nagrywać album do Wisły. Wchodzimy do studia, rozstawiamy instrumenty, przygotowujemy się, a tu telefon z Warszawy od dyrektorki Małgorzaty Maliszewskiej, że absolutnie te teksty nie mogą przejść, bo to jest rzeźnia. Krwotok. Że zaraz przyjadą i będziemy rozmawiać.

G.: - Krwotok, tak to nie może być!, zadzwoniła i powiedziała. Zrobiliśmy naradę. Czuliśmy się wtedy już bardzo silni, dlatego przekazaliśmy, że w takim razie nagramy tę płytę dla kogo innego. Nazajutrz przyjechał Andrzej Wojciechowski (właściciel wytwórni MJM Music PL - przyp. aut.) łagodzić sprawę. Małgorzata się wtedy uniosła i takie tam. A my swoje. Koniec końców, drobna cenzura poszła na te teksty... Tam nie chodziło o "kur...", to były po prostu bardzo mocne teksty.

W.: - Czysta kosmetyka. Na pewno nie pisaliśmy tekstów od nowa.

G.: - Jeden powstał na nowo, "24 godziny po...". Pamiętam, że w oryginale był to numer o jakiejś lesbijskiej randce i przerazili się, że to jest przesada, że zbyt odważne. I Agnieszka przerobiła ten tekst na spotkanie z mężczyzną. Wiesz, to też świadczyło o niej, że nie bała się żadnego tematu, waliła między oczy. Zaparliśmy się i bardzo dobrze! Gdybyśmy tę płytę bardzo mocno ocenzurowali, nie byłaby najlepszą w dyskografii O.N.A. Podwójna platyna, która wisi u mnie w domu na ścianie, świadczy o tym, że mieliśmy rację. Zresztą album został znakomicie przyjęty przez krytykę i oczywiście przez publiczność. Z tej płyty pochodzi chyba nasz największy przebój "Kiedy powiem sobie dość".

A jak wasza wokalistka radziła sobie z powszechnym obowiązkiem edukacyjnym?

G.: - Pojawiły się drobne kłopoty, chyba raz zmieniła szkołę. Kiedy zaczęliśmy grać regularne próby, udzielać się promocyjnie, poprosiła, bym poszedł do szkoły porozmawiać z wychowawczynią. Chodziło o to, by spojrzeli na nią łaskawszym okiem. Poszedłem i mówię, że też jestem pedagogiem, że proszę, by grono nauczycielskie wykazało większą wyrozumiałość w stosunku do Agnieszki, która stoi u progu wielkich wydarzeń w swoim życiu, wielkiej kariery... Co, jak się potem okazało, było prawdą! Z panią dyrektor było łatwiej, z wychowawczynią... trudniej. Jakbym do ściany mówił. Patrzyła na mnie jak na zjawisko. Robiłem, co mogłem, ale z mizernym skutkiem. Pewnie te panie do dziś wspominają tę rozmowę i opowiadają, jak wspaniałą dziewczyną była "ta Chylińska". (śmiech) A tymczasem obie przyłożyły łapę do tego, by ją pogrążyć w tamtym czasie.

A czemu ojciec nie poszedł?

G.: - Też chodził, ale chodziło o to, że ja byłem Grzegorzem Skawińskim z Kombi. Ale to niewiele albo nic nie dało.

W.: - Mówimy im, że obaj mamy dyplomy magistrów pedagogiki, że liznęliśmy temat z tamtej strony, że mieliśmy podobne doświadczenia w Mławie. Ale - jak Grzesiek mówi - grochem o ścianę.

Czy wasza wokalistka w ogóle zrobiła maturę?

W.: - Nie zrobiła. To jednak nie jest najważniejsze. Bo my, mimo że pokończyliśmy szkoły, włącznie z wyższą, zrobiliśmy to z określonych względów. Uciekając przed wojskiem albo by zrobić większą karierę niż w Mławie. Szkoła była epizodem. Mamy dyplomy, co nie zmienia naszego stosunku do nauczycieli, że tego się nie da przejść. Wizyta Grześka u nauczycielki Agnieszki tylko ją podbudowała, potwierdzając, jak jest ważna.

W.: - Nie wiedzieliśmy, że ona to powie na gali Fryderyków. A tu jeb! Poszło. Myślę, że musiało to w niej od dawna i bardzo głęboko siedzieć. Dziewczyna inteligentna, umiejąca pięknie pisać, niszczona przez nauczycieli. Nie przeszła przez sito nieudaczników, muszę tak to nazwać, bo nie widzieli jej talentu!

G.: - Jeśli w szkole pojawia się taka osoba, należy jej pomóc i pielęgnować ten talent. Przecież nie stopień z matematyki zadecyduje, kim ta osoba będzie w życiu! Widać, jaką krzywdę jej zrobili ci nauczyciele. Co to za szkoła, która tylko egzekwuje, nakazuje, każe się rozliczać, a nie pomaga. Ten system kompletnie nie wyczuł tego, z kim ma do czynienia. Przez to samo my przechodziliśmy w ogólniaku w Mławie.

W.: - Słowa, które padły ze sceny, zapoczątkowały ogólnonarodową dyskusję! Pamiętam, że oglądałem "Klan" (popularny serial telewizyjny polskiej produkcji - przyp. red.) i w jednym z odcinków pojawił się wątek zbuntowanej córki z problemami w szkole... Scenarzyści pociągnęli ten wątek.

G.: - Wtedy Agnieszka została uznana przez media i fanów za prawdziwą buntowniczkę. Trzeba też przyznać, że miała wiele odwagi cywilnej, bo nie każdemu się zdarzy, by coś podobnego powiedzieć przed takim audytorium i relacjonującymi wszystko na żywo kamerami.

A wasza reakcja? Zajebiście, że to powiedziała?

G.: - Oczywiście! (śmiech)

W.: - Jako zespół na fali byliśmy do przodu, buntowniczo nastawieni do wszystkiego. Śmialiśmy się.

G.:-  Olewaliśmy wszystko, system i w ogóle. Okazało się, że jak gdzieś osiągasz sukces, przynajmniej przez jakiś czas większość rzeczy się kręci wokół ciebie, a nie ty wokół nich.

W.: - Zrobił się szum. W ciągu paru dni sprzedaliśmy pięćdziesiąt tysięcy płyt! To był ten przypadek, kiedy skandal pomógł w promocji płyty i zespołu.

Tym bardziej że wtedy statut Fryderyków był zupełnie inny.

G.: - No był inny. Miały dużo większy prestiż i uznanie w branży.

A czy ona zrobiła to spontanicznie, czy miała zaplanowane?

G.: - Tego to nikt nie wie. Ale myślę, że nosiła to w sobie. Na gali wtedy poszła iskra i bum!

Nie rozmawialiście na ten temat później?

W.: - Ale super jebnę.... I tyle. Zabawne, że my, dwa razy starsi od niej, pedagodzy, uznaliśmy to za fajne i potrzebne. Role się odwróciły.

Fragment książki "Królowie życia"


Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje