Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ciało mówi

Strzeż się tych miejsc, słyszałaś jako dziecko. Ale czy to wystarczy? Co zrobić, jeśli ktoś cię zaatakuje na ulicy, w przejściu podziemnym? Wiesz, jak się obronić? Ja nie miałam pojęcia. Dlatego poszłam po pomoc do byłych komandosów, ekspertów od sztuki przeżycia w ekstremalnych warunkach.

Szłam ulicą, wracałam z apteki. Dochodziła 23. Po takie późne zakupy jadę zwykle samochodem, ale akurat był w naprawie. Nagle zgasły latarnie, zrobiło się ciemno. Z tyłu usłyszałam kroki, coraz szybsze. Ktoś zaczął za mną biec. Przestraszyłam się. Uskoczyłam na bok, ciemna postać była prawie przy mnie. "Nie mam żadnych pieniędzy!" - krzyknęłam. "Co... co pani? Na pociąg biegnę, a pani myślała, że jak?" - rozległ się życzliwy głos z mroku.

Reklama

No tak. Ten biegł na pociąg. A gdyby naprawdę ktoś chciał mnie okraść, napaść? Zdałam sobie sprawę, że nie jestem przygotowana na taką sytuację. Nie wiem, jak się chronić. Co robić? Idę na kurs samoobrony dla kobiet.

Czy jesteś typem ofiary?

Wybieram jednodniowe szkolenie Combatives Woman organizowane przez Grom Group, byłych komandosów z jednostki specjalnej GROM.

"Masz problem z przemocą? Niech od teraz przemoc ma problem z Tobą!" - czytam motto warsztatów na stronie internetowej. Jak dowiaduję się z opisu, w trakcie zajęć zmienię postrzeganie własnego ciała i jego możliwości, stworzę fundament siły, pewności siebie, nauczę się technik samoobrony. Idę!

Pierwsze zaskoczenie: byli komandosi to mili, uprzejmi, uśmiechnięci goście. A mimo to jakoś nie wyobrażam sobie, że można któregoś z nich zaczepić w ciemnym zaułku. Czemu?

- Przeprowadzono eksperyment: 20 więźniom z wyrokami za rozboje i napady pokazano film nakręcony na ulicy i polecono, by wskazali przechodniów, których wybraliby na ofiary - zaczyna szkolenie Jacek Wiszniowski, coach specjalizujący się w technikach zarządzania konfliktem. - Wszyscy pokazali dokładnie te same osoby.

To nie przypadek, że ktoś zostaje zaatakowany. Przestępcy to drapieżcy. Szukają łatwego łupu. Kogoś, kto gwarantuje im duży zysk przy niskim ryzyku niepowodzenia. Tak zachowują się wilki na polowaniu. Wybiorą słabe cielątko, a nie żylastą klępę łosia, od której można zarobić kopytem.

Potem trener pyta, co czyni człowieka łatwą ofiarą dla złodzieja, gwałciciela czy chuligana, który chce się wyżyć. Myślimy.

- Mowa ciała. Kobieta, która jest przygarbiona, idzie drobnymi kroczkami, ucieka spojrzeniem wygląda na łatwiejszą ofiarę od koleżanki, która porusza się żwawo, jest wyprostowana i umie popatrzeć drugiemu człowiekowi prosto w oczy - mówi Anka, 34 lata. Przyszła na szkolenie, bo pracuje na zmiany w call center i musi wracać do domu nocą przez park, który ma opinię niebezpiecznego.

- Ja nie uciekałam spojrzeniem, po prostu sprawdzałam sms -y - wzdycha Marta, 26 lat. Kilka miesięcy temu w przejściu podziemnym chłopak w kapturze popchnął ją, uderzył i zabrał telefon. Nawet nie widziała napastnika, sprawę umorzono.

A więc czynniki ryzyka to mowa ciała i uważność. Słuchawki na uszach, nos w telefonie czy po prostu nieobecny wzrok osoby bujającej w obłokach to zaproszenie do ataku. Co jeszcze przyciąga potencjalnych napastników?

- Wygląd osoby bogatej. Złota biżuteria, markowa torebka. Niekoniecznie muszę mieć w niej coś cennego, ale złodziej może tak myśleć - stwierdza Karolina, 48 lat. Jej sąsiadkę zaatakowano i pobito na klatce schodowej. Karolina chce wiedzieć, jak może uniknąć podobnej sytuacji.

Eksperci przekonują, że wszystkie narzędzia, które mogą służyć do samoobrony: gaz pieprzowy, paralizator, to często fałszywi sprzymierzeńcy. Sprawiają, że czujemy się bezpieczniej, więc natrafiamy na ryzykowne sytuacje, których inaczej byśmy unikali. A poczucie bezpieczeństwa może być złudne, jeśli nie umiemy używać naszej broni i nie jesteśmy gotowi, by to zrobić - dodaje Jacek Wiszniowski.

Między bajki można włożyć opowieści o tym, że zaatakowana kobieta bez żadnego doświadczenia w sztukach walki strzela do napastnika z broni albo razi go paralizatorem. Jeśli nie wyćwiczyłaś sekwencji ruchów: atak - dłoń wędruje do torebki, do wewnętrznej kieszeni, w której zawsze masz miotacz - nie sięgniesz po broń. W decydującej chwili o niej zapomnisz albo ręce będą ci się tak trzęsły, że zrobisz krzywdę sobie, a nie napastnikowi.

Wiem już, jak powinnam się zachowywać i wyglądać, by nie przyciągać uwagi podejrzanych typów. Właściwie do tego momentu wszystko jest spójne z tym, co słyszałam w domu: unikaj niebezpiecznych miejsc, nie prowokuj, nie ryzykuj. Niestety, nie mam pojęcia, co zrobić, gdy mimo mojej ostrożności ktoś mnie zaatakuje. Tu wszystkie dotychczasowe nauki się kończą, brak mi programu działania. Nie tylko mnie.

Anka, Marta i Karolina także tego nie wiedzą. Zaczynamy drugą część szkolenia, a prowadzić je będzie razem z Jackiem Wiszniowskim Łukasz Osiecki, zdobywca dwóch czarnych pasów (oznaczających mistrzostwo w sztukach walki krav maga i defendo) oraz specjalista z zakresu walki wręcz Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej.

Jak uderzyć człowieka

Odtwarzamy sytuację sprzed kilku dni. Ktoś za mną biegnie. Co powinnam robić? Najprościej jest krzyknąć: "Stój, nie podchodź!". Próbuję to zrobić i... no cóż, nie wypadam imponująco. Głos jest piskliwy, wydobywa się przez ściśnięte gardło. Jak dowiaduję się od instruktorów, powinnam huknąć barytonem komendę tak, jak rozkazuje się psu.

Zaczynam rozumieć, o co chodzi, mam dwa psy. Zamiast rosłego chłopa, który susami sadzi do mnie przez krzaki, próbuję sobie wyobrazić mojego prawie labradora Cookiego, który usiłuje wymknąć się przez niedomkniętą bramę.

- Stój! - krzyczę, i tym razem wychodzi to lepiej. Jacek Wiszniowski radzi, by ten rodzaj głosu do użycia w sytuacjach awaryjnych wyćwiczyć. Można iść na pole i wrzeszczeć, ile sił w płucach. Chodzi o to, by obniżyć tembr, być głośną i kategoryczną. To ma być rozkaz, nie prośba.

- No dobrze, ale co będzie ze mną, jeśli krzyknę, a napastnik nie posłucha? - zastanawia się Marta, ta, której w przejściu podziemnym ukradziono telefon.

Instruktorzy tłumaczą, że mamy działać według trzyetapowego schematu: unikanie niebezpieczeństwa (nie wolno wyglądać na łatwą ofiarę), ucieczka (gdy robi się gorąco) i na koniec, gdy nie ma innego wyjścia, obrona. Żadna z nas nie wyobraża sobie, jak ta obrona miałaby wyglądać.

Ostatnią osobą, którą uderzyłam, była moja siostra jakieś 30 lat temu. Ona sprała mnie łyżką cedzakową, a ja ją kopnęłam w łydkę i wepchnęłam do wanny. Chyba nie umiałabym uderzyć drugiego człowieka, nawet w obronie własnej. Jakbym miała wbudowaną blokadę. Nie tylko ja. Większość kobiet tak ma. Brak nam doświadczenia w bójkach. Nawet nie wiemy, ile siły potrzeba, żeby kogoś odepchnąć, przewrócić.

Łukasz Osiecki prosi, byśmy ustawiły się w kręgu. Każda z nas po kolei wchodzi w jego środek, a pozostałe próbują ją przepchnąć - może nie od razu przewrócić, ale zmusić do zmiany pozycji, wytrącić z równowagi. Moja kolej. Ups! Sandałki na pasku i cienkiej platformie okazują się złym wyborem.

Jaka z tego nauka? Taka, że - choć do tej pory uważałam je za wygodne - napastnik miałby ze mną łatwe zadanie. Pchnąłby mnie, a ja upadłabym na ziemię - instruktorzy tłumaczą, że w tej pozycji nasze szanse na obronę spadają prawie do zera. Za wszelką cenę musimy ustać na nogach. Wniosek? Na przyszłość na wycieczki do apteki wieczorową porą będę wkładać sportowe buty.

Kolejne ćwiczenie ma nam pomóc wyzwolić w sobie moc. Jacek Wiszniowski bierze tarczę - rodzaj twardej poduchy w skajowej poszwie z rączką. Bokserzy trenują na niej ciosy i kopnięcia. Trzyma poduchę na wysokości tułowia - można w nią walić, bić do woli. Każda z nas składa dłonie i ma z całej siły uderzać, jakby chciała odepchnąć Jacka. Żadnej się to nie udaje przy pierwszych próbach.

Blokada znów działa - zapewne tak samo stałoby się w sytuacji realnego zagrożenia. Dopiero po kwadransie treningu udaje mi się sprawić, by Jacek - kawał chłopa! - zaczął się cofać pod naporem moich uderzeń. Wiem, że tym razem wkładam w ciosy całą energię (następnego dnia zresztą potwornie bolą mnie barki). - Super, dałaś radę! - chwalą mnie instruktorzy.

Najlepiej ciosy ćwiczyć z profesjonalistą na takich zajęciach jak Grom Combatives Woman. Jeśli nie masz innej możliwości, możesz sprawdzić swoją siłę np. z użyciem poduchy z kanapy, którą dasz do trzymania mężowi, synowi czy bratu. Zróbcie to na serio, żebyś mogła się przekonać, ile siły potrzeba, byś była w stanie odepchnąć dorosłego mężczyznę.

Obudź w sobie smoczycę

Ćwiczenia z tarczą to oczywiście tylko rozgrzewka. Teraz Łukasz Osiecki pokaże nam, jak poradzić sobie w trudnych sytuacjach, gdy ktoś podbiega i atakuje od tyłu, zaczyna dusić albo chwyta za rękę i zaczyna ciągnąć w krzaki. Każda z interwencji wymaga opanowania prostej sekwencji kilku ruchów. Wydają się łatwe, bo bazują na naturalnym instynkcie, ale...

Ktoś chwyta cię za rękę - może skuteczniej byłoby dać mu w nos (jeśli umiesz), jednak ty instynktownie chwytasz jego dłonie. Potem najczęściej zaczynacie się szarpać, on okazuje się silniejszy - przegrałaś.

Z Łukaszem Osieckim trenujemy prosty i skuteczny trik: drugą wolną ręką chwytamy za tę, którą trzyma napastnik, jednym szybkim i mocnym szarpnięciem wyrywamy mu ją - ważne, by szarpnąć od tej strony, od której znajduje się kciuk agresora. Uwolniłaś się? To w nogi. Prawdopodobnie napastnik nie będzie cię gonił - miał cię za kulawe cielątko, przeliczył się, poszuka łatwiejszej ofiary.

Gdy ktoś chwyta cię od tyłu za szyję, też zrywasz chwyt i uciekasz. Ale kiedy podbiega i zaczyna cię dusić - tu sekwencja zdarzeń jest inna, bo napastnik stoi z tobą twarzą w twarz. Nie dasz rady odwrócić się i uciec. Musisz go odepchnąć, uderzyć, może przewrócić. Ćwiczę to w parze z instruktorem. Podbiega do mnie, łapie za szyję, od dołu wkładam ręce pomiędzy jego przedramiona, szybki ruch na bok - uchwyt zerwany.

Teraz mam złożyć dłonie i zrobić z twarzą Łukasza dokładnie to, co wcześniej robiłam z tarczą Jacka. Odepchnąć z całej siły. Próbujemy kilka razy. - Mocniej! - zachęca instruktor. Staram się, ale wykonuję ćwiczenie na pół gwizdka. Łatwo walić w tarczę, a trudniej w sympatyczną skądinąd twarz. W ogóle w twarz! Nie umiem! Coś mnie blokuje.

- Daję ci prawo, żebyś mnie uderzyła. Nie wygłupiaj się, nie śmiej, bo to nie są żarty. Tak naprawdę wcale nie jest ci przyjemnie, że obcy facet cię poddusza, więc czemu się cieszysz? Przecież tego nie chcesz. Pokaż mi, jak bardzo - Łukasz już się nie uśmiecha.

A ja nagle rozumiem: próbowałam żartem przykryć dyskomfort, obrócić przemoc (no dobra: udawaną) w dowcip, tak jak często robimy to w pracy, gdy ktoś nadużywa wobec nas władzy, albo na ulicy, gdy ktoś nas zaczepia po chamsku. Ale to prawda - nie chcę tego. Nie życzę sobie! Nie! Mam w głowie to "nie" - i nagle walę Łukasza z całej siły dłońmi w sam środek czoła. Zachwiał się, cofnął do tyłu dwa kroki - to czas dla mnie. Uciekam.

Te kilkanaście sekund to nie było udawanie czy gra, ja naprawdę poczułam sprzeciw wobec całej sytuacji i realnie go okazałam. Po chwili mam czas, by ochłonąć - odwracam się więc do Łukasza i krzyczę: "Ojej, przepraszam!".

- Nie ma sprawy. Dobrze zareagowałaś. W razie czego już wiesz, że dasz radę - mówi pogodnie. - Właśnie to jest najtrudniejsze: wyzwolić w sobie gniew, powiedzieć stanowczo "nie" - tłumaczy Jacek Wiszniowski. - Kobiety od dzieciństwa są tak wychowywane, że mają odpuszczać. Jesteś mądrzejsza, więc ustąp. Nie bij się, dziewczynce nie wolno. I tak dalej. Skutek jest taki, że zaatakowane, często się nie bronią. Źródło siły znajduje się w głowie, w myślach, a nie w mięśniach.

Pytam was: kto ucierpi, jeśli zostaniecie napadnięte i pobite? Kto ucierpi, jeśli wylądujesz w szpitalu ze złamanym nosem i ręką? - pyta Karoliny. Ta milczy przez chwilę, zaskoczona banalnością tego pytania. - No, ja... - odpowiada. - Tylko? A co z twoją córką, synem? Będą musieli cię odwiedzać w szpitalu, potem, gdy już wrócisz do domu, opiekować się tobą, bo nie będziesz w stanie wykonywać codziennych czynności. Więc kto ucierpi? - indaguje trener.

Rozumiemy, że ofiarą przemocy pada nie tylko ten, kto zostaje zaatakowany, pobity. Także jego bliscy. Partner, dzieci, matka. Nie pozwolimy ich skrzywdzić. Dlatego warto się bronić. Wracam ostatnim pociągiem z Warszawy. Idę przez niewielki zagajnik w stronę domu. Nagle słyszę szybkie i ciche tup, tup, tup z naprzeciwka.

- Stój! - krzyczę w stronę biegnącego w moją stronę człowieka. Zatrzymuje się natychmiast.

- Co się dzieje? Czego pani chce? - pyta przestraszony męski głos. Oddycham z ulgą, przepraszam. To tylko sąsiad - wieczorami po pracy lubi uprawiać jogging. - Wie pani, nie rozpoznałbym pani po głosie. Pani taka cicha, miła, a huknąć potrafi - nie może się nadziwić.

Uśmiecham się z satysfakcją. Teraz już wiem, że mam w sobie smoczycę. I nie zawaham się nią stać w odpowiednim momencie.

Jagna Kaczanowska, psycholog

TWÓJ STYL 9/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje