Przejdź na stronę główną Interia.pl

Chcę być taka jak ona

Orina Krajewska odziedziczyła po swej mamie Małgorzace Braunek bardzo wiele. Wrażliwość, talent i odwagę, by żyć po swojemu.

Jako dziecko przeżywałam to, że byłam z domu innego niż wszyscy i że mam na imię Orina. Pomysł na nie podsunął moim rodzicom ich buddyjski nauczyciel - Soen Sa Nim. Kiedy się urodziłam, rodzice byli posthippisami, buddystami i artystami, czyli wszystko inaczej, niżby się chciało w czasach głębokiej podstawówki. Pamiętam, jak mówiłam koleżankom, że mój ojciec jest prezesem - nie dodawałam, że związku buddyjskiego. (śmiech) 

Reklama

Wychowanie w takim domu na pewno mnie ukształtowało, ale nie mogę jedno - znacznie powiedzieć o sobie, że jestem buddystką. Buddyzm to praktyka, a ja na co dzień nie praktykuję. Jednak ta filozofia jest mi bardzo bliska, bo propaguje tolerancję, otwartość i rozwijanie samoświadomości. Co uznaję za swoje życiowe drogowskazy. 

To, że wybiorę podobną drogę zawodową jak mama, nie było dla mnie oczywiste. Ona od dziecka marzyła, żeby być aktorką. W tej miłości do aktorstwa wspierał ją dziadek, który po wojnie prowadził klub. Sprowadzał do niego teatry i kabarety, miał artystyczną duszę. Z tego, co wiem, obie odziedziczyłyśmy po nim lekką rękę do pieniędzy. (śmiech) Jak dostawał wypłatę, stawiał wszystkim kolejki, a mamę zabierał do kina i teatru. Potem w połowie miesiąca nie było pieniędzy na życie. 

Ja skończyłam szkołę muzyczną i przez pewien czas byłam przekonana, że zostanę drugą Vanessą-Mae. Chociaż moje muzyczne wykształcenie było decyzją rodziców, dostałam jedynie do wyboru instrument: fortepian albo skrzypce. Pod koniec podstawowej szkoły muzycznej zdałam sobie sprawę, że aby naprawdę zostać solistką, musiałabym ćwiczyć jeszcze więcej niż dotychczas. Zrezygnowałam i byłam nieugięta. Mama to zaakceptowała, tata trochę się obraził. 

Kiedy przyszedł czas podejmowania decyzji dotyczących przyszłości, pierwszy raz pomyślałam o szkole teatralnej. Dla kogoś, kto tak jak ja miał tendencję do introspekcji i wiecznego analizowania, kuszące było zajęcie związane z okazywaniem emocji i pracą z ciałem. A że bardzo chciałam być niezależna, postanowiłam, że zaraz po liceum zrobię sobie przerwę: pojadę na rok do Paryża, pomieszkam za granicą, popracuję i będę miała czas na przygotowania do egzaminów. Tam trafiłam na kurs aktorski, gdzie uczono metodą Jacques’a Lecoqa, polegającą na budowaniu ekspresji przez ciało. Dokładnie tego potrzebowałam. Dowiedziałam się też o londyńskiej szkole stosującej tę metodę. Postanowiłam nie wracać i jechać dalej. 

Co zrobić z życiem?

Mama nie namawiała ani nie zniechęcała mnie do aktorstwa. Mówiła zawsze: "Nieważne, co będziesz robiła, ważne, żebyś była szczęśliwa", ale wiele razy słyszałam, że to trudny zawód, że wymaga skóry słonia i serca gołębia - trzeba zachować wrażliwość, a jednocześnie być uzbrojonym i pewnym siebie. W rzeczywistości i jej, i mnie często tej skóry słonia boleśnie brakowało. Ostatnio bardzo się denerwowałam przed publicznym wystąpieniem. Kiedy zadzwoniłam do taty, żeby z nim o tym porozmawiać, usłyszałam: "Ile ja takich rozmów przeprowadziłem z twoją mamą". 

Ona właśnie z powodu trudnej do opanowania tremy zrezygnowała z pracy w Teatrze Narodowym, w którym grała trzy sezony. Dopiero po latach wróciła w spektaklu Krystiana Lupy "Persona. Ciało Simone", w którym była wspaniała. Niesamowicie spokojna. Dojrzała. Co pokazało, jak dużo przerobiła od czasu, kiedy całkowicie porzuciła aktorstwo. A zrobiła to, bo w pewnym momencie stało się dla niej źródłem cierpienia, męczyło ją uzależnienie od innych, czekanie na telefon z kolejną propozycją. Szukając ulgi, trafiła na buddyzm i poznała mojego ojca. Odnalazła wolność, której tak potrzebowała. Ten emocjonalny stan, w którym się znalazła, pchnął ją w zupełnie przeciwnym kierunku. Dokonała radykalnego cięcia. 

Niesamowite, ale znajduję w tym analogię do własnych doświadczeń - miałam taki moment, kiedy musiałam postanowić, co dalej robić z własnym życiem. Czy pozwalać frustracji i stresom rządzić sobą? Poddawać się presji, żeby sprostać swoim oczekiwaniom? 

Moje radykalne cięcie przyszło z zewnątrz - z chorobą mamy.  Ten okres w naszym życiu bardzo mnie zmienił. W efekcie, choć nie porzuciłam aktorstwa, to mój związek z nim stał się luźniejszy. Chcę grać, lubię atmosferę planu, ale nie muszę się identyfikować jedynie z byciem aktorką. Lubię być wszechstronna, dzięki temu czuję, że się rozwijam. 

Po śmierci mamy zdecydowałam się zaangażować w propagowanie wiedzy, którą zdobyliśmy w trakcie jej leczenia. Tak powstała Fundacja Małgosi Braunek "Bądź". Konsekwencją mojej pracy w fundacji jest fantastyczna przygoda - napisanie książki "Holistyczne ścieżki zdrowia. Bądź" (premiera wiosną) składającej się z wywiadów z profesorami, lekarzami i terapeutami o całościowym podejściu do zdrowia i medycyny. Dzięki temu zrozumiałam, jak często nie doceniamy swojego potencjału albo po prostu boimy się go wykorzystywać. Na szczęście możemy nad sobą pracować, a w dzisiejszych czasach mamy do dyspozycji mnóstwo narzędzi pomagają- cych w tym procesie. Mnie niesamowicie wzmocniła terapia. Dzięki niej nie tylko przeszłam świadomie przez żałobę, ale też pomogła mi dowiedzieć się, kim jestem i czego chcę. Nauczyłam się także brać odpowiedzialność za siebie i swoje życie.  

Pamiętam nasz język

Po odejściu mamy moją najbliższą rodziną są sami mężczyźni: mój chłopak - Piotr, tata i brat Xawery, który jest ode mnie o 15 lat starszy. Wychowywaliśmy się razem, więc od dziecka był dla mnie ikoną, totalnym wzorem, chociaż chyba nie zawsze moja miłość była odwzajemniona. (śmiech) Jesteśmy totalnie różni, ale widzę, jak dużo jest w nim z mamy - umiejętność głębokiego rozumienia, wrażliwość i tolerancja. Mam jeszcze jednego brata, Martina, który jest synem mojego taty z poprzedniego związku. 

Czasem brakuje mi w naszym składzie kobiecego pierwiastka. Tęsknię za językiem, którym porozumiewałam się tylko z mamą. Jeszcze go pamiętam, ale już nie mogę go użyć. Jego namiastka czasem pojawia się w moich rozmowach z najbliższą przyjaciółką mamy, która mieszka w Niemczech i która bardzo się mną zaopiekowała po jej śmierci. Miałam szczęście. Wychowała mnie osoba uduchowiona i mądra, która cały czas pozostawała w kontakcie ze światem. Na przykład nieustannie kontaktowała się ze swoimi przyjaciółkami. Mogła godzinami rozmawiać z nimi przez telefon. I miała cudowną zdolność - potrafiła tworzyć niepowtarzalne, intymne relacje z innymi i każdego traktowała wyjątkowo. Mam nadzieję, że choć trochę mam to po niej.

ROZMAWIAŁA ANITA ZUCHORA
PANI 3/2018

Zobacz także:

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje