Przejdź na stronę główną Interia.pl

Byle do pierwszego

Większość z nas wypatruje dnia wypłaty i martwi się niskim wynagrodzeniem. Łatwo wtedy ulec iluzji lepszego życia na kredyt lub wpaść w pułapkę Egzystowania z dnia na dzień. Psycholodzy podpowiadają inne wyjście.

Pensja 2250 zł na rękę. I tak nie najgorsza, pociesza się czasami Monika (47 l.), filolożka łacińska, która od kilku lat pracuje jako sprzedawczyni w butiku z luksusowymi mydłami i olejkami. Ekspedientki w innych sklepach dostają mniej.

Reklama

Jej mąż Michał - stanowisko: starszy referent w państwowej firmie, zarabia o 400 zł więcej. Wszystkie pieniądze, które zostają im po zrobieniu podstawowych zakupów i dokonaniu opłat, idą na dzieci.

- Jeśli ktoś zapytałby mnie, co jest moją pasją, to odpowiem, że wyszukiwanie promocji, przecen, rabatów - uśmiecha się Monika. - To jest oczywiście cholernie upokarzające dla kogoś, kto jednak skończył studia na najlepszym uniwersytecie w Polsce. I dla kogoś, kto pracuje solidnie. Mój główny grzech jest taki, że skończyłam niepraktyczne studia.

Michał dawno popadł w stan rezygnacji. Wraca z pracy i zalega przed telewizorem. A Monika? Każdego ranka siada z kawą i smartfonem i przegląda oferty na portalach zakupów grupowych. W ten sposób chodzi do fryzjera, a także na manikiur. Na wakacje jeżdżą również dzięki jej przedsiębiorczości.

W tym roku przez znajomych znalazła superofertę: dziesięć dni w domu na Mazurach w zamian za odmalowanie trzech pokojów. Zimą i latem czeka na tzw. rozprzedaż, którą organizuje pobliski outlet. Dwa lata temu poprosiła męża, aby odłożył swoją trzynastkę, a potem co miesiąc do skarbonki odkładali po 150 zł. Wystarczyło na last minute w Grecji.

Matka Moniki sama wychowała ją i brata. Pracowała jako pielęgniarka. Ojciec dzieci poszedł w siną dal, nie miała wyjścia. Monice więc "wdrukowane" zostały dwa wzorce. Pierwszy to ten, że kobieta mająca rodzinę musi być jak kombajn w walce o byt.

A drugi, że tak naprawdę może liczyć tylko na siebie. Michał "korzysta" z zaradności żony. Jej koleżanki mówią, że jest po prostu leniwy. To ona poszukuje pomysłów na dorabianie. Kiedy dzieci były małe, robiła maskotki-gałganki i je sprzedawała. Ale pojawiła się konkurencja, interes upadł.

Potem zaczęła dawać korepetycje z francuskiego, co przynosiło ok. 300 zł miesięcznie. "Że też ci się chce za takie grosze", mruczy czasem Michał, ale coraz rzadziej, od kiedy naskoczył na niego syn. "Siedzisz i gnuśniejesz w tym fotelu, mamie się przynajmniej chce!", wrzasnął.

Monika wierzy, że dzieci przejmą po niej gen przedsiębiorczości. To ją napędza do działania. Kiedy córka oznajmiła, że pójdzie na japonistykę, Monika gwałtownie zaprotestowała: żadnych filologii, tylko konkretny zawód! Ona ekspedientką planowała być tylko na początku, po studiach. Ale potem jej matka miała wylew. Przez całe lata Monika zajmowała się domem, wychowywała dzieci, pracowała w butiku i jeszcze do tego wszystkiego dzień w dzień była u matki, którą trzeba było karmić, myć itd.

Gdy matka zmarła, Monika była przed czterdziestką i nikt nie chciał zatrudnić filolożki bez zawodowego doświadczenia. Dziś czuje rodzaj dumy, że się nie poddaje, walcząc o to, aby coś zobaczyć, coś mieć. Ale z drugiej strony...

- Ja nie mówię, że chcę latać na Arubę, ale nie chciałabym czuć się gorsza - przyznaje. - Marzę o tym, żeby kiedyś kupić sobie ubranie, nie patrząc na cenę. Jestem zmęczona. I samotna, bo mąż palcem nie kiwnie. "Walcz, kochanie", mówi i zmienia kanały w telewizji.

Słabsze ogniwo

Psycholog i terapeutka rodzinna Monika Dreger z Warszawskiej Grupy Psychologicznej zwraca uwagę na spory kontrast w podejściu do pieniędzy Moniki i Michała.

- Jej determinacja wydaje się jeszcze większa, kiedy słyszymy o jego wegetacji - podkreśla. - To Monika bierze odpowiedzialność za rodzinę i za to, w jaki sposób ona funkcjonuje. Owszem, nie wszyscy mogą być prezesami i świetnie zarabiać. Ludziom czasem pomaga, a czasem przeszkadza ta świadomość. Zazwyczaj ten, kto obejmuje najwyższe stanowiska, ma ku temu odpowiednie predyspozycje, a nie tylko znajomości. To działa też w drugą stronę, czyli pewne predyspozycje hamują ambicję, chęć rozwoju: ktoś nie stara się o lepsze stanowisko czy pracę, bo z góry zakłada, że nie jest dostatecznie mądry, dobry - dodaje psycholożka.

Być może właśnie z powodu niskiej samooceny Monika nie pozwala sobie na skonfrontowanie się z nowymi zawodowymi działaniami.

- Poza tym ona nie ma już przestrzeni na szukanie nowej pracy. Niby kiedy ma to robić, skoro jest tak zajęta? - tłumaczy Dreger.

Psycholog i psychoterapeutka Barbara Michno-Wiecheć, która prowadzi Gabinet Drugi Brzeg w Krakowie, nie dziwi się, że Monika funkcjonuje w tak skrajnych emocjach.

- Z jednej strony znajdowanie promocji przynosi poczucie skuteczności, ale z drugiej, gdy trudno jej liczyć na Michała, pogłębia się u niej frustracja. Do tego dochodzą potrzeby dzieci, z każdej strony mnożą się oczekiwania, a możliwości ich realizacji nie są duże. Taka aktywność może trwać przez długi czas, zwłaszcza jeśli ktoś ma wewnętrzne poczucie misji. Jednak w dłuższej perspektywie psychika upomina się o swoje. Im silniejsza presja, im więcej tłumionych emocji, tym bardziej narażamy się na kryzys. I to w najmniej oczekiwanym momencie.

Zdaniem psycholożki istotne są granice i oczekiwania (nie)stawiane partnerowi oraz pracodawcy. Przecież w rodzinie obie strony są odpowiedzialne za wspólny byt.

- Z jakiegoś powodu mąż Moniki poddał się wcześniej. Być może jest słabszym ogniwem rodziny, a może cierpi na depresję? - zastanawia się Barbara Michno-Wiecheć.

O co walczysz?

Przypadek Moniki i Michała nie jest odosobniony. Raport płacowy zrealizowany przez firmę badawczą Sedlak & Sedlak dowiódł, że w ubiegłym roku zarabialiśmy najczęściej 3000 zł brutto miesięcznie. Podobne dane podaje GUS - co prawda średnia pensja to ponad 4000 zł, ale ta najczęstsza to 3005 zł.

Aż 70 proc. pracujących Polaków narzeka na niskie płace (jak wynika z raportu "Czas na zawodowe zmiany" firmy Pracuj.pl). W wielu krajach rzetelne wykształcenie przekłada się na dobrą posadę, szczególnie jeśli wykształciliśmy się w kierunku poszukiwanym na rynku pracy.

W Polsce wciąż źle opłacanymi profesjami są ważne społecznie zawody: m.in. wychowawcy przedszkolni, nauczyciele, pracownicy medyczni. Być może dlatego co czwarty Polak uważa, że wykształcenie wyższe nie ma wpływu na wysokość zarobków. A 5 proc. badanych jest zdania, że dyplom wręcz je... zaniża (badania GUS z publikacji "Wybory ścieżki kształcenia a sytuacja zawodowa Polaków").

- Nie zawsze wykonywanie tzw. źle opłacanego zawodu oznacza biedowanie, więcej zależy od charakteru, przedsiębiorczości, odrobiny szczęścia. Można być bibliotekarzem, a jednocześnie autorem popularnego programu na YouTubie i mieć dobry dochód - zwraca uwagę psycholog Monika Dreger. - Część osób posiadających specjalistyczną wiedzę z danego zakresu, które wiele lat życia poświęciły na edukację, a dziś bardzo niewiele zarabiają, popada w letarg i przygnębienie. Te osoby walczą zazwyczaj z poczuciem winy. Zdarza się, że ludzie mają pretensje do systemu, do kraju, do rządu. Ale ci bardziej obrotni i pewni siebie szukają niestandardowych rozwiązań. Jedno jest pewne: aby przeprowadzić zmianę, trzeba skonfrontować się z daną sytuacją. Bez ściemy, bez iluzji, najszczerzej, jak potrafimy.

Czarowanie rzeczywistości

- Mój ojciec też ryzykował i szukał nowych dróg - zaczyna swoją opowieść Justyna (39 l.), która pracuje jako wychowawczyni w prywatnym przedszkolu. W czasach PRL-u prowadził najpierw popularny w ich miasteczku bar, a potem otworzył restaurację. Oba lokale prosperowały znakomicie.

W tamtym okresie mała Justyna miała walkmana Sony, dżinsy Lee z pewexu i piła prawdziwą coca-colę. Co roku jeździli w wakacje całą rodziną do Złotych Piasków, do prawdziwego hotelu z basenami.

- Pamiętam to do dzisiaj: jako 10-latka poczułam, że właśnie tak chcę żyć. Luksusowo. Kiedy była w liceum, ojciec się rozpił (każdego dnia podchmielony wracał do domu autem). Stracił kontrolę nad biznesem. Byt rodziny drastycznie się pogorszył. Justyna była na niego wściekła. Czuła się tak, jakby ją oszukał. Wstydziła się przed kolegami z klasy, którzy - jak to w małej społeczności - znali jej sytuację. Ale usilnie starała się podtrzymać mit, że jej rodzinie nadal świetnie się powodzi.

Nawet udało się jej przekonać wiele osób, że zawistni ludzie rozpuszczają plotki o plajcie ojca. Nadal nosiła markowe buty i dżinsy, więc była wiarygodna. A potem po prostu wyjechała na studia do stolicy i bywała w domu tylko dwa razy w roku.

Dziś Justyna godzinami może opowiadać o dzieciakach z przedszkola. Słychać w tym coraz większą tęsknotę za własną rodziną.

- Problem polega na tym, że z moją pensją w wysokości 1600 zł miesięcznie (3/4 etatu) nie jestem w stanie zapewnić bytu dziecku. Jedynym wyjściem będzie zamożniejszy partner - Justyna milknie. Kocha swoją pracę, pedagogikę wybrała świadomie.

- Czy to normalne, że nie mogę sobie pójść na kawę, gdy zechcę? Próbuję więc czarować rzeczywistość - Justyna używa górnolotnych słów, ale prawda jest bardziej przyziemna. Ucieka przed poczuciem biedy. Kupuje namiastki luksusu, żyje iluzją, że może pozwolić sobie na więcej (tak jak kiedyś w domu rodzinnym za najlepszych czasów).

Jest posiadaczką pięciu kart kredytowych na łączną kwotę 25 tysięcy złotych, z których trzy mają przekroczone limity. Jedne raty próbuje spłacać drugimi, ale spirala długów się nakręca. Mimo to Justyna kupiła sobie niedawno wymarzoną torebkę od Caroliny Herrery (za równowartość swojej pensji).

Czuła się tak szczęśliwa jak wtedy, gdy dostała od taty pierwsze prawdziwe dżinsy. Nieważne, że potem przez cały miesiąc jadła w barach mlecznych.

Kiedy przyjaciółki szły do winiarni, wyjaśniała, że przeprowadza detoks organizmu i pije tylko soki. Jej otoczenie nie ma pojęcia, że Justyna zarabia tak niewiele.

Wersja dla znajomych: jest wicedyrektorką w elitarnym prywatnym przedszkolu. Jeździ rowerem miejskim i twierdzi, że żyje w stylu eko. Właściwie nieźle by sobie radziła z niewielkim debetem na koncie co miesiąc. Dopóki nie przydarza się coś, czego nie było w planach - zepsuta pralka (musiała wziąć nową na raty), bolący ząb (550 zł u dentysty, bo nie mogła czekać miesiąc na bezpłatną wizytę).

Ale teraz najgorsze są raty z kart kredytowych, których nie jest w stanie spłacić. Jeden z banków już przekazał jej sprawę do firmy windykacyjnej. Koszmar. Dla Justyny największym kłopotem wydaje się jednak fakt, że jej znajomi żyją dostatnio.

Cały zeszły rok spłacała kredyt, który wzięła,żeby popłynąć z przyjaciółmi w rejs jachtem po Adriatyku.

- Irytuje mnie świadomość, że odpowiadam w pracy za życie i bezpieczeństwo dwadzieściorga dzieciaków, a jestem tak źle opłacana - dodaje Justyna. - Czy to jest w porządku? Mogę wrócić do bycia nianią, ale wtedy nie mam świadczeń zdrowotnych i emerytalnych. Mam zmienić zawód, dlatego że źle mi płacą?

Psycholog Barbara Michno-Wiecheć: - W tej ucieczce w luksus jest być może również problem z relacjami. Justyna przecież oszukuje nie tylko siebie, ale też innych. Gra, zamiast żyć. Nie szuka wyjścia z sytuacji. Być może w głębi serca wie, że nie dostanie podwyżki, ponieważ nic w tym kierunku nie robi? Jej działanie to autosabotaż. Justyna powinna odpowiedzieć sobie na pytania: czy jest gotowa wziąć odpowiedzialność za swoje życie? Czy potrafi zaspokoić własne potrzeby? Takie odpowiedzi mogą okazać się bolesne, ponieważ o wiele łatwiej myśleć, że sytuacja na rynku pracy jest trudna, niż że my tę sytuację niejako wykreowaliśmy.

Psycholog Monika Dreger w swojej poradni nieraz spotyka osoby, które wpadają w taką spiralę długów, że w końcu muszą żyć jak nędzarze.

- Oczywiście rozumiem, że ktoś chce mieć mercedesa, zwłaszcza jeśli mają go znajomi. Ale zastanawiam się, czy osoby zaciągające lekką ręką kolejne kredyty myślą o konsekwencjach? Zamiast chłodnej kalkulacji: czy podołam? - ważniejsza staje się wiara w cudowny bajkowy świat.

Dominuje słynne: jakoś to będzie! Może jednak komornik nie przyjdzie? Niestety, komornik przyjdzie, jak nie dzisiaj, to jutro. I w końcu trzeba się z konsekwencjami zmierzyć.

Niefrasobliwe postawy i przesadny optymizm często wynosimy z rodzinnych domów, co może świadczyć o naszej niedojrzałości lub nieodpowiedzialności wynikających na przykład z posiadania nadopiekuńczego rodzica - podkreśla psycholożka. I radzi, aby w takich sytuacjach przeanalizować również znaczenie słowa "przyjaźń". To jasne, że część z nas ukrywa trudności przed przyjaciółmi (zwłaszcza te finansowe, które nas zawstydzają).

- Ale skoro nie mogę powiedzieć bliskim osobom, że nie stać mnie na żeglowanie po Adriatyku, to przejawiam lęk przed odrzuceniem spowodowany niską samooceną. Niekiedy środowisko narzuca określony styl życia. Spotykałam pracowników firm na niskich szczeblach, którzy mieli luksusowe ubrania, a z trudem mogli uzbierać 7 złotych na kawę.

Wolę mniej

O ludziach takich jak Maksymilian (51 l.), grafik i informatyk, mówi się "minimaliści". On dobrze opłacany etat menedżerski stracił osiem lat temu w wyniku redukcji stanowisk. Od tamtej pory prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą. Dostaje kilka zleceń miesięcznie. Nie jest w stanie zarobić w miesiącu "na czysto" (po opłaceniu podatków, ZUS-u itd.) więcej niż 3000 złotych. Czasem ma połowę mniej.

- Ważne jest tu i teraz, skupiam się na świadomej egzystencji. Już od dawna gardzę pogonią za kasą i awansami - gdy Maksymilian spokojnym głosem zaczyna wyjaśniać swoją filozofię życia, jest przekonujący. Wierzy w to, co mówi. Albo bardzo chce wierzyć.

- Ja już żyłem dostatnio, już miałem luksusowy samochód i zaliczyłem pięć kontynentów, nawet małżeństwo już miałem - opowiada. - Żona zostawiła mnie cztery lata temu dla faceta, który nie wiedział, co zrobić z pieniędzmi. Na koniec powiedziała, że nie cierpi frustratów. To o mnie - uśmiecha się.

Maksymilian czyta o rozwoju duchowym, ubiera się w india shopach. Na wakacje jeździ do rodziców na wieś albo pod namiot.

- Matka szykuje mi dziesiątki weków na zimę. Filmy oglądam w internecie, szukam darmowych przedstawień. Zapisałem się do biblioteki.

- Postawa Maksa jest próbą pogodzenia się z utratą świetnego stanowiska - ocenia Monika Dreger. - On dostosował nową filozofię życia do aktualnych możliwości finansowych, co przybrało radykalną formę. Uwierzył w to, co głosi, i zmierzył się z realną sytuacją. To bezpieczniejsze niż życie w iluzji, jak to robi Justyna. Być może Maks chce być oszczędny również dlatego, że nie wie, co dalej? Pragnie się zabezpieczyć przed kolejnymi wydarzeniami, na przykład utratą zleceń. Kto, jak nie on, wie, co oznacza spaść z wysokiego konia?

A przy okazji jego poglądy wpisują się w ważny społeczny trend, który każe zwolnić tempo, żyć skromnie i świadomie. Ważne, aby i w tym zachować zdrowe proporcje - dodaje.

Maksymilian ma jednak nowy problem. Zakochał się. Kobieta pełna dobrej energii, wiolonczelistka, wrażliwa jak on. Razem chodzą na jogę i pożyczają sobie książki. Tylko że ona chce raz na jakiś czas iść na randkę do restauracji zamiast znowu do parku. I marzy o ciepłym morzu, a nie o chacie w Bieszczadach.

- Między nami jest porozumienie, są twórcze dyskusje do świtu, ale różnimy się w podejściu do spraw finansowych - kręci głową Maksymilian.

Ona namawia go do szukania pracy, on się zarzeka: "Nie wrócę do korpo!". Ostatnio wykrzyczała w czasie kłótni, że życie przepływa mu między palcami, na co oburzył się szczególnie.

- Nigdy nie żyłem tak świadomie jak teraz - zaznacza. - A jednak ona uważa mnie za oryginalnego, ale nieudacznika.

- Łatwiej z nim rozmawiać o ideach, niż planować codzienne, bezpieczne życie, którego ważną częścią są właśnie pieniądze. Taka postawa może być komunikatem, że na dłuższą metę unika on bliższych relacji - tłumaczy Barbara Michno-Wiecheć.

Kiedyś w trudnych chwilach dokonał wyboru: dość gonitwy za kasą. Ale właśnie z tego powodu traci drugi związek w życiu.

- Pieniądze to nie tylko ekwiwalent, dzięki któremu możemy zaspokoić podstawowe potrzeby - podsumowuje Michno-Wiecheć. - Podejście do finansów pokazuje także to, jaki mamy stosunek do siebie oraz innych. Zdarza się, że z rodzinnego domu lub pierwszych doświadczeń zawodowych wynosimy przekonanie, że bogaci ludzie to oszuści i krętacze. Efekt? Wolimy być biednymi, lecz uczciwymi osobami niż bogatymi draniami. Ale czy to jest dobrze sformułowany problem? Czy rzeczywiście mamy tylko taki wybór?

Gdy nie mamy za co żyć

PANI: W Polsce jest spora grupa ludzi, którzy choć dobrze wykształceni i pracujący uczciwie, są źle opłacani. Jak mogą sobie z tym radzić?

Katarzyna Kucewicz: - Człowiek zazwyczaj nie szuka w życiu pieniędzy, tylko szczęścia. Ale pojęcie szczęścia jest różne. Ludzie pracujący z pasją za niewielkie pieniądze bywają szczęśliwsi niż ci zamożni, ale nienawidzący swojego zawodu. Problem zaczyna się wówczas, gdy mimo pasji nie ma za co żyć. Wtedy najwznioślejsze ideały upadają. Pojawia się frustracja, która może doprowadzić do wypalenia zawodowego. Znam osoby, które pomimo frustracji i możliwości boją się zmian. Wieczna pogoń za pieniędzmi i lęki przeważnie dotykają tych, którzy mają kłopot z planowaniem wydatków. Wszystkim polecam japońską sztukę kakebo: oszczędzania i planowania wydatków tak, aby nic nie umknęło uwadze.

Jakie emocje targają człowiekiem, który zarabia 2000 złotych, choć pracuje, ile może?

- Niskie zarobki mogą być przyczyną frustracji, niskiej samooceny, depresji, ale też wrogości wobec ludzi, którzy mają więcej. W takich chwilach my, terapeuci, jesteśmy z pacjentami. Złościmy się na niskie płace. Nieraz przeklniemy siarczyście razem z nimi. Nie udajemy, że jesteśmy "zen". Pamiętam strajk psychologów w jednym ze szpitali psychiatrycznych, gdzie pracowałam. Podeszła dziennikarka z pełnym pretensji pytaniem: "No i co powiecie swoim pacjentom?". Odpowiedziałyśmy z koleżankami, że trzeba walczyć o dobre warunki i nie można biernie godzić się na wszystko. Zresztą nasz zawód w klinicznej odsłonie też jest opłacany w okolicach najniższej krajowej.

Rady dla sfrustrowanych tym, że źle zarabiają?

- Warto przemyśleć, czy na pewno niczego nie możemy zmienić? Czy została już tylko akceptacja obecnego stanu? Dobrze przegadać sprawę z zaufanymi osobami, ale też odnowić kontakty i zadać sobie pytanie: czy mogę zacząć robić coś innego? Sfrustrowane osoby, które ciężko pracują, powinny wygospodarować chwilę w ciągu dnia tylko dla siebie. Posłuchać radia, pomedytować, poczytać. Brak odpoczynku powoduje utratę dobrych pomysłów, co tylko pogłębia niechęć i frustrację.

No właśnie, jakie zagrożenia dla psychiki oraz relacji niesie taki styl życia?

- Z powodu niskich zarobków rozpadają się rodziny, zaczynają się choroby. Trudno jest być wytrawnym kochankiem czy wesołą żoną i matką, kiedy ma się nóż na gardle. Zdarza się, że ludzie są gotowi pozbawić się życia przez kłopoty finansowe. Najgorsza wydaje mi się znieczulica. Przypominam sobie pacjenta, który miał bardzo trudną sytuację w pracy. Nie chciał mówić o tym żonie, by nie wyjść na nieudacznika. Zachęcałam go, aby się jej zwierzył, bo w teorii partnerzy stoją za sobą murem. Ale ona skwitowała: "To twój problem i musisz nas z niego wyciągnąć". Ten przykład nie jest odosobniony. Szkoda, bo taka postawa bliskich załamuje ludzi, odbierając im zapał i motywację potrzebne do zmiany.

Piotr Stramowski (30 l.), aktor znany z filmów "Pitbull" i "Botoks" w reż. Patryka Vegi, wkrótce pojawi się w "Narzeczonym na niby" (reż. Bartosz Prokopowicz):

Ktoś bardzo bogaty kiedyś mi powiedział, że pieniądz powinien krążyć. Wziąłem to sobie do serca. Niestety, bywam rozrzutny. (śmiech) Staram się nie przesadzać z wydatkami, bo o ile teraz jestem w stanie dobrze zarobić, o tyle pamiętam czasy, gdy było znacznie trudniej.

Kilka lat temu zacząłem grać w Teatrze Polskim w Bydgoszczy za jego najlepszych czasów (spektakle realizowała m.in. Maja Kleczewska). Założyłem sobie, że to potrwa maksymalnie dwa lata. Potem miałem wrócić do Warszawy, aby grać w filmach, o czym marzyłem także z powodów finansowych. W bydgoskim teatrze robiliśmy rzeczy ważne, potrzebne, rozwijające: w ciągu dwóch lat zaliczyłem osiem premier.

Publiczność była świetna, ale niewielka - spektakle dość szybko schodziły z afisza. Czasem się zastanawiałem, dla kogo to robimy. Czy ktoś wie, ile łez, potu, emocji nas to kosztuje. Zarobki nie odzwierciedlały ogromu włożonej pracy. Po powrocie do stolicy chodziłem na castingi, spotykałem się z reżyserami, aż w końcu się udało. Do tej pory zastanawiam się, czy istnieje jakiś wzór na to, co zrobić, aby grać. Talent, pomaganie losowi, łut szczęścia, wiara w siebie? Na pewno.

Zaobserwowałem, że wielu aktorów "prosi" o pracę. Rozmawiają z reżyserami z perspektywy osób mniej znaczących, często zahukanych, co od razu stawia ich w pozycji adepta. Niestety, nasz zawód nie należy do łatwych. Jeżeli się poddasz, to cię nie ma.

Joanna Klimas (62 l.), projektantka mody:

Wierzę głęboko, że pasja i marzenia są gwarantem naszego spełnienia. Można to także nazwać szczęściem. Wierzę też, że dzięki pasji żyjemy piękniej, pełniej. Jesteśmy młodsi. Znam także doskonale taką mądrość, że jeśli masz pasję, nie musisz się martwić o pieniądze, bo sukces finansowy będzie jej następstwem. Tak pewnie bywa. I może nawet często się zdarza.

Ale z mojego doświadczenia wynika, że nie ma żadnej gwarancji, że pasja przyniesie pieniądze. Wystarczy przyjrzeć się choćby życiorysom malarzy - ilu z nich umierało w nędzy, a potem ich obrazy osiągały astronomiczne ceny.

Dla mnie pieniądze nigdy nie były ważne. Najważniejszych wartości nie da się za nie kupić. Jestem przykładem na to, że można bardzo kochać to, co się robi, i nie musi iść za tym sukces finansowy.

Mam mocne nazwisko, mocny tzw. brand. Ale to nie gwarantuje sprzedaży. Tak było w latach 90., kiedy zaczynałam, i tak jest teraz. Według mnie projektanci, którzy odnoszą sukces finansowy, sprzedają przede wszystkim T-shirty albo suknie ślubne.

Polski rynek nie jest przygotowany na takie osoby jak ja. Kocham minimalizm, a on jest niestety bardzo kosztowny. Rzeczy wysublimowane, proste w formie potrzebują szlachetnych tkanin, perfekcyjnego wykończenia, a to wiąże się z tym, że muszą być drogie. Polski klient nie do końca to czuje, ale przede wszystkim po prostu go na to nie stać.


Tekst: Magdalena Gryglewicz

PANI 10/2017

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama