Przejdź na stronę główną Interia.pl

Był sobie chłopiec

Kiedyś żartował, że jak George Clooney długo zostanie kawalerem. Mógł w każdej chwili spakować walizkę, polecieć do Los Angeles,pracować w knajpie, podrywać dziewczyny. Ale spotkał kobietę życia i zmienił zdanie. Mają rocznego synka, udany związek. Maciej Zakościelny przybił do brzegu. Czy żałuje utraconej wolności? Nie. Bo mężczyznę definiuje nie życie pełne przygód, ale rodzina.

Podobno nieźle się bawiłeś podczas sesji zdjęciowej?

Reklama

Maciej Zakościelny: - O d dziecka fascynują mnie motocykle. Miałem sześć lat, gdy po raz pierwszy wsiadłem na motorynkę. Ruszyłem. Ale nie umiałem zawrócić na wąskiej asfaltowej drodze. Skręciłem w lewo i wjechałem do rowu. Wcale mnie to nie zniechęciło. U dziadka Jana wypatrzyłem w drewutni starego rometa, jeździłem nim po podwórku dumny, dopóki mnie nie oświecono, że zamiast opon mam dwa flaki. Motocykle to moja pasja, niespełniona, bo nigdy nie miałem własnego. Jako dzieciak nawet nie prosiłem rodziców, żeby mi kupili. W naszym domu szanowało się pieniądze. Na dobra luksusowe trzeba było zarobić samemu.

Skąd się to brało?

- Myślę, że szacunku do pieniędzy nauczyła mnie babcia. Miała ciężkie życie. Prababcia zmarła, gdy babcia miała pięć lat. Potem wyjechała do Krakowa. Mieszkała na dworcu i sprzedawała mydło, żeby mieć na chleb. W końcu przygarnęli ją obcy ludzie. Dzięki nim poszła do prestiżowej szkoły kosmetycznej w Krakowie. Była pierwszą kosmetyczką w Stalowej Woli, do której się przeprowadziła. Powtarzała: "Mogą ci zabrać dom, samochód, ale wiedzy - tego, co masz w głowie, nikt ci nie zabierze". Babcia szanowała nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim ludzi. Każdego, kto przychodził, częstowała jedzeniem. A jeśli chleb upadł na podłogę, trzeba było go podnieść i pocałować. Do 1982 roku, czyli do śmierci, pracowała nawet w soboty. Odeszła w niedzielę, podczas drzemki. Często o niej myślę. Czerpię z tego.

A dziadek jak wpływał na twoje dorastanie?

- Dziadek Stanisław był wzorem bohatera. Uwielbiałem, kiedy siadał w fotelu, opowiadał o wojnie, a ja nie mogłem oderwać oczu od smoka, którego miał wytatuowanego na przedramieniu. Był w AK, więc znał wiele historii, których słuchaliśmy z wypiekami. Ale nigdy nie opowiedział o tym, jak po wojnie, w przemyskiej katowni UB, był torturowany. Tego dowiedziałem się od babci po śmierci dziadka. Pomimo piekła, przez które przeszedł, był spokojnym, dobrym, pogodnym człowiekiem. To mi imponowało. Chciałbym mieć w sobie trochę jego spokoju i pogody ducha. To od dziadka dostałem pierwsze skrzypce, zegarek i złoty sygnet. Mam je do dziś.

Mówisz o dziadku, ale każdy chłopak chce być taki jak jego ojciec. Ty tak nie miałeś?

- Miałem, a jakże. Ojciec był najważniejszym idolem dzieciństwa. Męski typ, postawny, wysportowany. Z wykształcenia jest elektronikiem, pracował w telekomunikacji. Uważał, że chłopak musi sam sobie radzić. Chciał mi to przekazać. Miałem parę lat, kiedy odkręcił dwa dodatkowe kółka w rowerku, popchnął i powiedział: "Jedziesz, synu". Jechałem nawet długo, ale w pewnym momencie wyrósł przede mną płot. Upadłem.

- Tata rozwijał wyobraźnię: gdy w szkole podstawowej pomagał mi się uczyć wierszy, na skrawku papieru rysował ilustracje. Mówił na przykład: "Wstąpiłem na działo i spojrzałem na pole; dwieście armat grzmiało", i szkicował działo oraz armaty. Zależało mu, żebym zrozumiał istotę problemu. Zadania z matematyki i fizyki potrafił więc tłumaczyć na wiele sposobów do trzeciej nad ranem. Buntowałem się - o siódmej musiałem wstawać. Prosiłem: "Daj rozwiązanie, schemacik". A on odpowiadał: "Na złych fundamentach domu nie zbudujesz". Szlag mnie trafiał. Gdybym uczył się z ojcem przez całą szkołę, miałbym co roku świadectwo z paskiem, a tak miałem raz.

Jaką rolę w męskim świecie, który tworzyłeś z tatą, odgrywała mama?

- Była od przytulania! Co nie znaczy, że pozwalała na wszystko. W naszym domu obowiązywała kindersztuba. Gdy jako nastolatek wracałem do domu po godzinie 21, zastawałem zamknięte od środka drzwi. I musiałem wchodzić przez balkon. Lubiłem natomiast ćwiczyć przy mamie na skrzypcach. Ona krzątała się w kuchni, gotowała, ja przyklejałem nuty do lodówki i grałem. Mówiła: nieczysto, tu wyżej, tu niżej. Sama też uczyła się muzyki, więc ma ucho.

Kiedy zacząłeś mieć sekrety, chłopacki świat, do którego rodzice nie mieli wstępu?

- Wcześnie. Jak już mówiłem, ojcu zależało, żebym myślał samodzielnie i dawał radę. Jako siedmioletni gówniarz zbierałem porzeczki w sadzie dziadka. Za zarobione pieniądze kupiłem bambusową wędkę, którą mam do dziś. Potem, gdy chodziłem do szkoły muzycznej, koledzy na podwórku przezywali mnie Tekla, bo pajęczyca z "Pszczółki Mai" też grała na skrzypcach.

- Żeby przestali się naśmiewać, postanowiłem nauczyć się bić. W tajemnicy przed rodzicami zapisałem się na karate. Wolałem im o tym nie mówić, bo jako przyszły skrzypek powinienem uważać na palce. Robiłem więc tak: koło 19 wracałem ze szkoły muzycznej, mijałem salę, w której odbywały się treningi i jechałem na drugi koniec miasta, żeby zostawić skrzypce. Na szczęście Stalowa Wola nie jest duża. Mówiłem tacie, że idę uczyć się matematyki, i biegłem na trening. Tak przez pięć lat. Myślę, że mama się domyślała, bo w pralce co jakiś czas lądowało kimono. Rozumiała, że muszę mieć swoje sprawy, przeciąć pępowinę. Nie każda matka to potrafi.

A ostateczne przecięcie pępowiny kiedy nastąpiło?

- Miałem 17 lat. Ojciec za 500 złotych chciał oddać na złom swojego fiata. Wyremontowałem go i sprzedałem za trzy tysiące. Oddałem ojcu pięć stów, a za resztę pojechałem do Paryża. Zabrałem skrzypce - te od dziadka. Graliśmy z bratem ciotecznym w metrze, w wagonach, a ludzie wrzucali pieniądze do mojej czapki. Wciąż musieliśmy uciekać przed policją, dwa razy nas złapali, ale udało się wykręcić. Przez miesiąc zaoszczędziłem tyle, że wystarczyło na rok. Czasem spałem pod gołym niebem, częściej jednak w namiocie. Wyjazd do Francji był czymś, co mogę nazwać tworzeniem własnej niezależności.

A kiedy poczułeś się naprawdę dorosły?

- Wtedy, gdy zarobiłem pierwsze pieniądze jako aktor. Nikt w rodzinie nie uprawiał tego zawodu, choć może to babcia rzuciła na mnie urok. Kiedy byłem mały, mówiła: "Mój ty Delonie". Gdy rodzice się dowiedzieli, że chcę zdawać na aktorstwo, mama się zmartwiła. Uważała, że chłopak ze Stalowej Woli, bez znajomości, nie może mieć szans na egzaminie. Ale ojciec się ucieszył. Zawsze powtarzał "Najważniejsze, żebyś kochał to, co robisz. Pieniądze same cię wtedy znajdą". Te pierwsze "aktorskie" pieniądze zarobiłem już na drugim roku studiów Akademii Teatralnej w Warszawie.

- Powiedziałem wtedy do taty: "Odtąd sam będę się utrzymywał". Chciałem go odciążyć. Postanowił, że nas wykształci i będzie płacić za utrzymanie każdego z synów do końca nauki. Nie zgodził się na moją propozycję. Ale w tamtej chwili poczułem, że jestem dorosły. Zawsze uważałem, że mężczyzna to taki gość, który zależy tylko od siebie.

Zależy od siebie, ale ma też bliskich, za których jest odpowiedzialny. W którym momencie Maciej powiedział sobie: zakładam rodzinę?

- Zawsze chciałem mieć rodzinę. Choć był czas, kiedy zamierzałem iść w ślady George’a Clooneya, czyli być długo kawalerem. Ale rzeczywistość zaskakuje. Spotkałem właściwą osobę.

Skąd wiedziałeś, że to ta? 

-Kiedyś oglądałem film, w którym była scena: mężczyzna otwiera kobiecie drzwi w samochodzie, ona wsiada, a potem otwiera jego drzwi, od środka. Pomyślałem, że taka kobieta jest wyjątkowa, bo myśli o partnerze. Ale przez lata tylko ja otwierałem drzwi. Zapomniałem nawet tę pełną czułości scenę. I nagle poznałem Paulinę. Zrobiła dokładnie to, co aktorka w filmie. Niby nic, ale dla mnie to było znaczące.

Tylko to?

- Urzekło mnie również, że jest normalna. Jest modelką, sporo pracuje za granicą, mogłaby wyjść za szejka w Dubaju i pławić się w luksusie. Ostatnio wystąpiła w reklamie z Justinem Timberlakiem. Nie zrobiło to na niej wrażenia, uważa, że to praca jak każda inna. Nie porwał jej wielki świat. Dla niej najważniejsza jest rodzina. Mamy podobne priorytety.

Wiem, że byłeś przy narodzinach waszego syna. Czy pomogło ci to stać się tatą? 

- Na pewno. Pamiętam, jak jechałem do szpitala, w którym Paulina miała rodzić. Wiedziałem, że to będzie wielki dzień. Olivier Janiak powiedział mi niedawno, że też miał 36 lat, gdy urodziło mu się pierwsze dziecko, i że to zdecydowanie za późno. Ja uważam, że istotne jest tylko to, czy mężczyzna jest gotowy. Bo nie ma nic gorszego niż sfrustrowany ojciec, niezadowolony z życia, niespełniony zawodowo.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje