Przejdź na stronę główną Interia.pl

Był sobie chłopiec

Przyjaźń jest wtedy, gdy ze strony drugiego człowieka nie spodziewam się zagrożenia: ja nie krzywdzę i on nie krzywdzi - mówi aktor Krzysztof Stelmaszyk. O tym, czy można bez cienia erotyzmu przyjaźnić się z kobietą i jak z czułością podchodzić do samego siebie, rozmawiamy z okazji premiery filmu Po prostu przyjaźń.

Twój STYL: W filmie Po prostu przyjaźń gra pan poukładanego profesora przyrodnika, który, oderwany od swoich badań, musi zdecydować, czy dla ratowania przyjaźni warto złamać zasady. Pana bohater ku własnemu zaskoczeniu zaprzyjaźnia się z 10-letnim chłopcem. Podobała się panu ta praca? Pytam, bo podobno żaden aktor nie lubi grać z dzieckiem.

Reklama

Krzysztof Stelmaszyk: - Dziecko zawsze kradnie show. Ciężko na jego tle błysnąć. Podobnie jak wtedy, gdy na planie jest zwierzątko. Ale tu miałem frajdę. Chłopiec okazał się - mimo młodego wieku - ciekawym człowiekiem.

TS: Co to znaczy?

- Ciekawy człowiek to taki, który może nas zaskakiwać. Poza tym on "miał słuch" na zadania aktorskie, umiał znaleźć właściwy sposób grania. Nawiązaliśmy dobrą, prawdziwą relację. Było między nami porozumienie. I dlatego tak po ludzku cieszę się z tej pracy.

Jaki patent miał pan na swoją postać?

- Dwóch rzeczy pilnowałem. Po pierwsze, żeby to nie miało kontekstu pedofilskiego.

Zupełnie o tym nie pomyślałam!!!

- I bardzo dobrze. Ale po przeczytaniu scenariusza, w którym dorosły facet odchodzi od swoich roślinek i robaczków i zaczyna się interesować młodym chłopcem, ja takie niebezpieczeństwo zobaczyłem. Po drugie zastanawiałem się, co w tym chłopcu profesor może dostrzec takiego, co przypomni mu jego własne dzieciństwo. Kombinowałem, że korzyść, jaką ma się z przyjaźni z młodym człowiekiem, jest taka, że można lepiej poznać siebie.

Wyobraźmy sobie, że to pan jest teraz w wieku tego chłopca. Końcówka lat 60., mały Krzyś mieszka na warszawskiej Woli. À propos, jaką miał pan ksywę?

- Stelmach. I wtedy, i dziś.

I jakich Stelmach miał kumpli?

- Najważniejszy był Piotrek. Już jako przedszkolaki odwiedzaliśmy się w domach, zawsze z obowiązkowym workiem z kapciami. Dziś Piotr, jako dorosły, jest normalnego wzrostu, ale przez całe dzieciństwo wydawał mi się wielkoludem. Jednak nie dlatego mi imponował. Wie pani, że on potrafił wypisać z pamięci sto zagranicznych zespołów muzycznych! Do dziś widzę tę kartkę, zaraz na początku było The Animals.

I to była przyjaźń bez rywalizacji, bez walki o pozycję, jak to u chłopaków?

- Nigdy się nie pokłóciliśmy. Z innym przyjacielem z podstawówki się biłem. I to ostro. Poszło pewnie o bzdurę. Ja do bitki nie byłem chętny, czasem jednak stawałem, w okolicznościach, kiedy musiałem. Nie było wyjścia, trzeba się bić. Nie będę przecież uciekał.

To mnie zadziwia, że faceci się tłuką.

- Nie, no wie pani, już później się nie biłem.

Ta ważna przyjaźń przetrwała do dziś?

- Poszliśmy do różnych szkół średnich. Kilka razy się spotkaliśmy, później on gdzieś wyjechał. Ale kiedy pojawiły się te nowe wynalazki - Nasza Klasa, Facebook - odnalazłem go. Mieszka w Chicago. I okazało się, że nadal posługujemy się tym samym językiem. Nie ma między nami cienia niezrozumienia. W niuansach, w żartach jest jak kiedyś. Podobna sprawa, kiedy przez internet odnalazłem swoją pierwszą miłość.

Aj, niebezpieczne!

- To zawsze jest niebezpieczne! (uśmiech) Napisałem do niej, też mieszka za granicą. To samo porozumienie co z Piotrkiem. Wie pani, co jest najpiękniejsze? Że z przyjacielem można się nie widzieć, tak jak my, kilkadziesiąt lat i rozmawiać, jakbyśmy się rozstali wczoraj.

A dziś, w dorosłym życiu - męska przyjaźń, co to dla pana znaczy?

- Chyba najlepszym przykładem będzie moja wyprawa w Himalaje kilka miesięcy temu. Akurat rozpocząłem wtedy zdjęcia do Po prostu przyjaźń - producenci nawet obawiali się, czy wrócę. Pojechaliśmy we trzech. Koledzy ze studiów aktorskich. Ja zostałem aktorem, oni zmienili zawody. Jeden jest przedsiębiorcą w Ameryce, drugi dziennikarzem i podróżnikiem. I właśnie on tyle razy opowiadał mi o Himalajach, aż w końcu powiedziałem: "Stary, obiecałeś, że mnie zabierzesz. - To dawaj, jedziemy". Dwa tygodnie spędziliśmy razem. I było fantastycznie. Bez żadnej przykrej sytuacji. Cieszyliśmy się sobą. Znów wrócił język sprzed 30 lat. Pogadaliśmy szczerze. Każdy opowiedział, co go boli. I to jest przykład przyjaźni, która - jakkolwiek to patetycznie brzmi - jest wieczna. Wspaniałe było to, że oprócz pięknych okoliczności Himalajów mieliśmy normalną ludzką relację, bez napięcia.

Relacja bez napięcia - to może być definicja przyjaźni?

- Relacja przyjacielska dla mnie oznacza otwartość. Ona wynika z tego, że ja nie spodziewam się zagrożenia od tej drugiej strony. Niech pani zauważy, że inaczej się rozmawia z kimś, od kogo jest się zależnym. Wtedy pojawia się sztuczny język, z którym się źle czujemy. A przyjaciel jest od tego, żeby czuć się dobrze. W jego towarzystwie nie muszę się pilnować, korygować - wiem, że on się nie obrazi, nie poczuje się dotknięty. Bo dobrze wie, że ja nie chcę go dotknąć. W przyjaźni jest tak, że ja nie krzywdzę i on nie krzywdzi. Kto wie, czy to nie jest prawdziwy język człowieka, który powinien obowiązywać w idealnym świecie?

Teraz modna jest taka postawa: bądź przyjacielem samego siebie, kochaj siebie, bądź asertywny, dbaj o swój komfort. Pan jest dobrym przyjacielem Krzysztofa Stelmaszyka?

- Cały czas zmierzam w tym kierunku. Ostatnimi laty bardzo świadomie. Niedawno obiecałem sobie nawet, że już się nigdy nie opuszczę.

?!

- Że będę dla siebie dobry. Kiedy człowiek jest dobry dla siebie, jest szansa, że będzie taki sam dla innych.

I co pan konkretnego robi?

- Nie wiem, czy mogę o tym mówić. To sprawa między mną a tym małym chłopcem, który siedzi we mnie od lat. Może bym go w ten sposób zdradził?

Co pan z tym chłopcem? Czytałam już w kilku wywiadach, jak pan o nim mówi.

- Wie pani, w każdym siedzi chłopiec albo dziewczynka. Przecież psychologowie potwierdzają, że charakter człowieka kształtuje się między 8. a 12. rokiem życia. Wtedy jest wypalany stempel, nadawany "kształt wewnętrzny" ze wszystkimi plusami i minusami. Z tym idzie się potem przez życie. Jeśli ten stempel zostanie przez otoczenie, rodziców, społeczeństwo wypalony źle, człowiek będzie się męczył. A jak dobrze - będzie szczęśliwy. Ten mój chłopiec nie do końca może był ulepiony poprawnie. I kiedy ja mówię dziś, że będę go szanował i nie opuszczę, to tak, jakbym mu zadośćuczynił.

Czuję smutek. Jakby czegoś temu chłopcu zabrakło.

- Bo on swoje w dupę dostał, więc cień smutku pobrzmiewa, coś jest nieodwracalne. Ale dziś nie jest źle, bo się nim opiekuję. Przecież uśmiecham się w trakcie tej rozmowy.

Pan jako nastolatek stracił tatę. Czy jednak przez ten krótki czas on zdążył panu przekazać wzorzec męskiej przyjaźni?

- W moim przypadku było słabo. Chłopiec, który uważa swego ojca za bohatera, to jest materiał na szczęśliwego człowieka. Ale jeśli dla chłopca ojciec nie był bohaterem, to... ma wyboistą drogę. W naszej relacji były i minusy, i plusy. A bohaterem dla mnie był ten mój przyjaciel Piotrek. Dobrze, że go miałem. Bo najbiedniejsi są ci, którzy w ogóle nie mają nikogo takiego.

Dziś pan ma dwóch dorosłych synów z poprzedniego związku. Jest pan tatą kumplem czy groźnym autorytetem?

- Nasza relacja się zmieniała, ale dziś mogę powiedzieć, że jest dobra. Jestem dla nich ojcem, do którego mogą się odezwać, którego czasami potrzebują i któremu okazują pozytywne uczucia. Wiedzą, że mogą na mnie liczyć. A ja też odczuwam uważność z ich strony.

Zdaje się, że mieszkają daleko.

- Jeden w Vancouverze, drugi nad jeziorem Garda. Jest trenerem żeglarstwa w dużym ośrodku. Chociaż do niedawna mieszkał w Kownie - jego żona jest Litwinką, też żeglarką.

No to codziennego kontaktu nie macie.

- Przeciwnie! Przecież są teraz różne narzędzia do pogadania, np. Facetime! Poza tym ja u syna w Kanadzie byłem miesiąc temu, a nad Gardę skoczyć - co to jest? Moment. W Kownie też wielokrotnie ich odwiedzałem.

A jakim jest pan tatą dla 14-letniej Janinki? Słyszałam, jak pan mówił, że jest "na nią miękki".

- Ale ona z tego nie korzysta. Jest normalną, fajną dziewczyną. Podziwiam ją, jak się rozwija, ja w jej wieku nie byłem taki wszechstronny. Na pewno nie jestem dla niej żadnym "groźnym autorytetem", bo to wyrażenie śmierdzi mi patriarchatem. A z niego leczy się przecież całe nasze pokolenie! Jestem czujny, żeby tej niedobrej tradycji nie przenosić na kolejne. To już moje trzecie dziecko. Błędów, które popełniłem z pierwszym - i może mniej z drugim - staram się nie powtarzać. Mam nadzieję, że z dobrym skutkiem.

À propos patriarchatu. Przyjaźń mężczyzny z kobietą jest według pana możliwa?

- Oczywiście.

Ale taka bez cienia zabarwienia... Niewinna.

- Tego nie wiem. Podtekst zawsze jest. Miałem takie doświadczenia, przyjaźniłem się i przyjaźnię z kobietami. Zawsze dochodzi do momentu, kiedy pojawia się ten kontekst. I to już nie jest taki wymiar przyjaźni jak z facetem. Niektórzy twierdzą, że można sobie ustawić granice. Inni, że to się jednak skończy w łóżku. Ja mam wrażenie, że przyjaźń mężczyzny z kobietą, jeśli jest szczera i wspaniała, musi się jakoś... kontynuować. Musi więc przekroczyć te granice. Relacja przyjacielska między osobami tej samej płci jest według mnie bardziej bezinteresowna.

A odwracając pytanie, czy ukochaną traktuje pan również jak najlepszego przyjaciela i życiowego kumpla, czy raczej jak ubóstwianą kobietę na piedestale?

- Chyba to pierwsze, z ukochaną muszę mieć kontakt prawdziwy, a nie taki "przez szybkę". Ale wie pani, jak mówił Młynarski: "w temacie kobiet" jestem wciąż mocno niedoinformowany. Oglądałem ostatnio film Almodóvara Julieta. On jest jednym z tych facetów, którzy rozumieją kobiety. Jego postrzeganie relacji między matką a córką jest poza moim zasięgiem. Dostrzegłem, zachwyciło mnie, ale ja bym tak nie potrafił. Dla mnie kobieta jest zagadką wciąż większą niż mężczyzna. Myślę, że kobieta jest bogatsza. A nam, mężczyznom, nie wszystko dane jest widzieć. Jesteśmy jakby... mniejsi.

?

- No tak! A skąd się wziął patriarchat? Ze strachu, z lęku, który maskujemy naszą siłą fizyczną.

Widzę, że jest pan na tym punkcie wyjątkowo wrażliwy. Stelmaszyk feminista. To się spodoba czytelniczkom. Rozprawmy się z jeszcze jednym mitem. Czy możliwa jest przyjaźń w pracy? Zwłaszcza w pana zawodzie, gdzie jest i konkurencja, i narcyzm.

Tak. Są te dwie przeszkody. Dlatego im mniej aktorzy "nachodzą" sobie wzajemnie na emploi i na swój "image", tym większa szansa na stworzenie relacji przyjacielskiej. (uśmiech) Jednak owszem, mam przyjaciół aktorów. I owszem, bywamy o siebie zazdrośni. Bo jak na scenę wychodzi dziesięciu się popisywać, to nie ma siły - widz patrzy na jednego, nie może patrzeć na wszystkich. Ale co to nam szkodzi? Jeśli umiemy mimo to nie rozpychać się łokciami, wszystko jest w porządku.

A jak to jest z tym narcyzmem?

- Jeden ogląda siebie i jest zadowolony, a drugi widzi same błędy.

A pan?

- Nie palę się do oglądania siebie. Wolę, żeby zostało we mnie wrażenie "od wewnątrz", z mojej strony. Co robiłem, co chciałem zrobić. Bo czasami konfrontacja jest bolesna i niszczy wspomnienie tego stanu, w którym człowiek był, grając. Trzeba jeszcze wziąć taką poprawkę, że ludzie mają generalnie inne wyobrażenie o sobie, niż są postrzegani z zewnątrz. Pani będzie na ekranie inaczej oglądać mnie, inaczej ja siebie. Dlatego zawsze powtarzam, że zbawieniem jest teatr, gdzie człowiek nigdy nie może siebie zobaczyć.

Czyli nie jest pan z tych, którzy z lubością włączają sobie dawne odcinki swoich seriali?

- Wielu rzeczy ze sobą nigdy nie widziałem.

Stwierdzam zatrważający brak narcyzmu!

- No, jeśli pani tak stwierdza.

Nie ogląda pan, żeby się nie dołować: "aj, to mogłem inaczej".

- No tak, bo po co?

Można też się umocnić dobrymi momentami.

- Ale były też złe.

Silny wewnętrzny krytyk w panu siedzi.

- Może mam niezbyt silne poczucie własnej wartości? I może nie chcę sobie bardziej szkodzić?

Mam tu napisać: uśmiechnął się kokietująco?

- Uśmiechnął się. Po prostu.

Mówiąc o przyjaźniach i o pracy, nie sposób nie wspomnieć pana dużej roli w Testosteronie, kultowej sztuce Andrzeja Saramonowicza o męskiej przyjaźni właśnie...

- ...w okoliczności nieudanego ślubu. Panna młoda uciekła i spowodowała tym strach wśród samców. No i oni bronią tej postawy patriarchalnej jak twierdzy - nienawidząc i kochając kobiety. To był temat sztuki, on ją napędzał. Na widowni najbardziej śmiały się kobiety - z facetów, którzy się ich boją. Z tym spektaklem przewędrowałem całą Polskę i część Ameryki, zagraliśmy 300 przedstawień.

Reżyserowała pana partnerka Agnieszka Glińska...

- ... będąc wtedy w ciąży z naszą Janinką! Potem, już w nieco innym gronie - zrobiliśmy na podstawie tej sztuki film. Niech pani sobie wyobrazi siedmiu facetów zamkniętych na miesiąc w lesie pod Warszawą.

No właśnie czekam na pikantne szczegóły!

- Ale ja nic nie mogę powiedzieć, bo muszę utrzymać dobry kontakt z tymi kolegami. (uśmiech) Powiedzmy, że co dzień od rana dyskutowaliśmy nad tym, jak wykonamy daną scenę, pijąc kawę, niektórzy herbatę. (uśmiech) Z pikantnych szczegółów - tam był stół bilardowy i myśmy wszyscy grali. Szyc był najlepszy, skubany, bo on wcześniej trenował to sportowo. No więc mieliśmy na niego żyłę. Nikt go nie mógł pokonać. Chociaż jeszcze Kot był dobry.

A pan?

- Gdzieś w środku. Wciąż było tak, że reżyser nie mógł się nas doprosić na plan. Jak się któryś zapodział, było wiadomo, że jest przy stole bilardowym. W końcu producent powiedział, że wywiozą ten stół. Stanęliśmy murem: jak wywiozą, nie gramy!

Męska solidarność. Czy te bliskie znajomości nawiązane na planie można nazwać przyjaźnią? Aktorzy mawiają nawet: "czuliśmy się jak jedna wielka rodzina".

- Plan to sytuacja nieporównywalna z żadną inną. Grupa ludzi spędza ze sobą bity miesiąc, dzień w dzień po kilkanaście godzin. W napięciu, zmęczeniu, nerwach, ale i w radości czy euforii. Żeby przetrwać, trzeba nawiązać bliskie kontakty. One, owszem, są silne, ale niekoniecznie to musi być przyjaźń. Ten termin zarezerwowałbym dla czegoś mocniejszego, co przetrwa.

Pan nie szafuje tym słowem. Ale jest przecież wielu ludzi, którzy przyjaźnią nazywają zwykłe koleżeństwo. Albo wszystkich 347 znajomych z Facebooka uważają za przyjaciół.

- Bo w swojej biedzie strasznie chcą ich mieć. A później ta osoba ich zawodzi i są rozczarowani. Boże drogi, to znaczy, że to nie była przyjaźń! Ludzie chcą mieć kogoś, na kim mogą polegać i komu mogą coś dać. Ale świat jest, jaki jest, niektórzy tego nie mają. I dlatego mówię o ich biedzie.

To żeby zmienić nastrój, poproszę pana o skonfrontowanie się z powiedzeniem: najlepszym przyjacielem człowieka jest pies.

- Mam psa. I aż jestem skrępowany wobec niego.

Bo?

- Bo on jest mi tak oddany jak ja jemu... nie jestem. To jest przyjaźń z wyrzutami sumienia. Zaraz wrócę do domu i on mnie przywita tak, jakby mnie nie widział dziesięć lat. I tak za każdym razem. Szmegesa wzięliśmy ze schroniska. Był małym czarnym potworkiem, który na przywitanie zrobił kupę na środku pokoju. (uśmiech) Tak, zgadzam się: pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Wiem, że on będzie mi zawsze wierny w 120 procentach. Ale czy człowiek jest najlepszym przyjacielem psa?

Pies jest też w "Po prostu przyjaźń". Wróćmy jeszcze na chwilę do filmu. Co pana przekonało do zagrania?

- Mam taki test: czy za pierwszym razem doczytam scenariusz do końca? Jeżeli doczytam, znaczy, że jest interesujący. Jak przerwę, kiepsko. Ten doczytałem.

Ja w połowie filmu, obserwując zachowania bohaterów, zadałam sobie pytanie: jak zachowałabym się w danej sytuacji? I szczerze mówiąc, nie byłam pewna.

- Zrozumiałe. Bo w każdej sytuacji można się zachować tak albo tak. To przecież zależy od okoliczności. Na przykład z taką wygraną pieniężną. Załóżmy, że jest piękny maj, jest pani zakochana i widzi dla siebie piękne życiowe perspektywy - wtedy może nawet oddałaby pani całą wygraną biednym. Ale gdyby była pani nieszczęśliwa, byłby listopad, ktoś sprawiłby zawód, może nie oddałaby pani ani złotówki. (uśmiech)

A u pana teraz maj czy listopad?

- Raczej maj. No i czekam już na ten prawdziwy maj. Planujemy z chłopakami kolejną męską wyprawę.

Himalaje?

Jeszcze nie wiemy. Coś pani powiem: mniej ważne dokąd. Ważne, że z przyjaciółmi.

Rozmawiała Joanna Nojszewska

Twój Styl 02/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje