Przejdź na stronę główną Interia.pl

Bosa, ale w ostrogach

Mówi, że jest niczym sturęki Budda. Kręci popularne programy telewizyjne, pisze książki i wychowuje czwórkę dzieci. A jeszcze do niedawna Katarzyna Bosacka łączyła to wszystko z byciem panią ambasadorową.

Wiejska chata pod Poznaniem z 1895 roku. Z okien rozciąga się widok na jezioro, które w zimę często zamarza. Obok jest sad, w którym rosną stare jabłonie i kilka wiśni. To tu, w rodzinnych stronach męża Marcina, Katarzyna Bosacka spędzi święta. Tydzień wcześniej razem z córkami, 14-letnią Marysią i 12-letnią Zosią, upiecze pierniczki, które zawieszą na choince. Potem przyjdzie pora na ciasta: makowiec i szarlotkę, oraz pierogi i śledzie w jogurcie z dużą ilością kopru. Jednak najważniejsze w wigilijnym menu są makiełki, czyli kluski z makiem, tradycyjna wielkopolska potrawa świąteczna.

Reklama

- Jestem królową garów, ale lubię to. W kuchni odpoczywam - mówi Bosacka. Kiedy ona i córki gotują, Marcin i ich najstarszy, 19-letni syn Janek jeżdżą do sklepu po brakujące składniki, zmywają naczynia i rozpalają ogień w kominku, a trzyipółletni Franek nakrywa do stołu. Nosi serwetki, układa sztućce. Święta u Bosackich są głośne: śpiewa się kolędy, biesiaduje, a do kolacji zasiada czasem nawet trzydzieści osób.

Matka Teresa spożywczaka

Pod koniec lipca Katarzyna wróciła z Kanady, gdzie jej mąż przez ostatnie trzy lata był ambasadorem, i już zdążyła wydać książkę - "Bosacka po polsku...". Osiem poprzednich, jakie napisała, błyskawicznie stało się bestsellerami.

Dziennikarka od kilku lat prowadzi też program poradnikowy w TVN Style "Wiem, co jem i wiem, co kupuję". Nie zrezygnowała z niego, mieszkając za oceanem. Siedem miesięcy w roku spędzała w Ottawie, resztę w Polsce, kręcąc kolejne odcinki. Poza tym pisze felietony i prowadzi wykłady o zdrowym odżywianiu. To ona, sprawdzając, ile jest mięsa w mięsie i masła w maśle, nauczyła Polaków czytać etykiety. I zyskała przydomek Matka Teresa Polskiego Spożywczaka. Jest sympatyczna, bezpretensjonalna, potrafi śmiać się z siebie. Typ dziewczyny z sąsiedztwa. Za to ludzie ją lubią.

- Panie z telewizora to zazwyczaj długonogie, chude, zjawiskowo piękne blondynki. A większość Polek wygląda tak jak ja - tłumaczy swoją popularność Bosacka. - Od lat jestem konsekwentna. Dawno mogłabym zarobić duże pieniądze, ale odrzucam wszystkie oferty reklamowe, bo straciłabym wiarygodność. A najważniejsze jest to, że ludzie mi wierzą. To mój największy kapitał.

Przyjaciele mówią o niej, że ma zawodowe ADHD. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że intensywną pracę Katarzyna łączy z wychowywaniem czwórki dzieci. Nikt za nią nie gotuje, nie robi zakupów. Ciągle słyszy pytanie: "Jak ty dajesz radę?".

- To kwestia dyscypliny. Ja jestem jak sturęki Budda, robię kilka rzeczy jednocześnie. I dokładnie planuję czas, niemalże co do minuty. Ten czas wygląda trochę jak klocki domina: jeśli coś się wywali, to koniec. Ale nie ja jedna tak mam, wszystkie matki muszą być dobrze zorganizowane. W pracy nie chodzimy na papieroska, nie plotkujemy przez telefon, tylko zasuwamy, bo wiemy, że do 17 musimy odebrać dzieci z przedszkola - zaznacza. - Wielodzietna rodzina jest jak firma: aby sprawnie funkcjonowała, musi być jasny podział obowiązków. Każdy jest odpowiedzialny za swoją działkę w domu. Dlatego dziewczyny potrafią przyrządzić trzydaniowy obiad, mały pomaga nakryć do stołu, a starszy syn robi zakupy i kosi trawę - dodaje.

A jej przyjaciółka Agnieszka Kręglicka stwierdza: - Wszystkie dzieci Kasi są niesamowicie poukładane. Ona nie ma czasu, żeby się z nimi cackać. Chociaż momentami odnoszę wrażenie, że za bardzo się eksploatuje. Za dużo robi i nie potrafi przystopować. A ja jestem kilka lat starsza od niej i wiem, że czas dla samej siebie jest istotny.

Bal u ambasadorowej

Czwarte dziecko, Frania, urodziła już po czterdziestce. Chłopiec miał cztery miesiące, kiedy Marcin Bosacki został ambasadorem i wyjechali całą rodziną do Kanady. Do Ottawy lecieli z 36 walizkami i ujadającym pod pokładem psem. Podczas śródlądowania w Toronto o trzeciej nad ranem Katarzyna musiała wbić się w garsonkę i szpilki, żeby z dzieckiem na ręku być gotowa na uroczyste powitanie. Na początku bała się, jak ona, normalna do bólu dziewczyna, odnajdzie się w roli ambasadorowej. Peszyła ją piękna rezydencja z lustrami w złotych ramach i kryształowymi żyrandolami, w której zamieszkali. Ale do sprawy podeszła zadaniowo. Przeczytała zasady protokołu dyplomatycznego, zaakceptowała fakt, że zawsze musi być krok za mężem, nigdy z przodu, i wyciągnęła z walizki eleganckie kostiumy polskich firm, które kupiła przed wyjazdem.

- Protokół dyplomatyczny bardzo szczegółowo określa zasady dotyczące stroju. Raz zdarzyło się, że pewna ambasadorowa przyszła na kolację ubrana w dżinsy i buty sportowe, a my tu wszystkie wystrojone w sukienki, obcasy, biżuterię... Ja miałam na sobie nawet futerko z królika. Straszny skandal się z tego zrobił.

Katarzyna zasadziła przed domem biało-czerwone kwiaty i zabrała się do organizacji przyjęć. Wkrótce wszyscy wiedzieli, że najlepsze jedzenie jest na spotkaniach w polskiej ambasadzie. Wszędzie serwowano zestaw obowiązkowy, czyli śliwkę z boczkiem, krewetki i melona z szynką prosciutto, a u Bosackich jadło się dania polskiej kuchni, ale w nietypowym wydaniu. Jak kaszankę, to z kozim serem i figami. Jeśli pierogi, to barwione kurkumą. I nie cała micha, tylko trzy, ale elegancko podane. Śledź? Proszę bardzo, ale na pumperniklu i z konfiturą z czerwonej cebuli. Goście często pytali: "Czy mogę zrobić zdjęcie i wrzucić na Twittera?".

- Podczas oficjalnych przyjęć ambasadorowej nie wolno gotować, ale to ja wymyślałam potrawy, przyrządzałam je, aby sprawdzić smaki i aranżacje na talerzach, a potem instruowałam szefową kuchni. Przez cały ranek biegałam, układając kwiaty, nakrywając stoły i pilnując, żeby wszystkie łyżeczki, widelczyki czy kartki z nazwiskami były na właściwym miejscu - opowiada Katarzyna. - Każda para ambasadorska ma swój styl, a ja jestem świrem żywieniowo-kulinarnym, więc naturalna dla mnie była promocja naszej kuchni. Goście nie tylko byli zapraszani na kolację, ale też otrzymywali upominki na wynos. Jeśli robiliśmy przyjęcie w tłusty czwartek, to każdy dostawał pięknie opakowanego pączka z liścikiem o historii tego święta w Polsce. Kiedy dwa lata temu rząd Kanady dzięki usilnym staraniom mojego męża otworzył rynek dla polskich jabłek, stół przybrałam całą masą rajskich jabłuszek, a prezentem na odchodne był mały słoiczek przecieru jabłkowego z żubrówką - opowiada Bosacka.

- Podczas przyjęć obsługiwali nas wynajęci kelnerzy, ale potem nierzadko pomagałam zmywać naczynia. Ambasador zresztą też. Oficjalna zastawa MSZ-u ozdobiona jest złotym godłem i nie można jej wkładać do zmywarki. Orły by złaziły - śmieje się Katarzyna.

Jej książka "Bosacka po polsku..." to właśnie zbiór przepisów na dania, które serwowała w Kanadzie.

Panna z Gawędy

Fascynację gotowaniem wyniosła z domu. W ośmiometrowej kuchni ojciec robił kaszanki, salcesony i kiełbasy oraz gotował pyszne zupy, a mama piekła pachnące ciasta.

- To w kuchni toczyło się życie. Przesiadywałam tam i słuchałam odgłosów krojenia, siekania, nalewania. Tata miał krewnych na wsi pod Warszawą i często przywoził pożyczonym maluchem a to pół świniaka, a to worek ziemniaków - wspomina Bosacka.

Cioskowie, bo tak brzmi rodowe nazwisko Katarzyny, mieszkali w bloku z wielkiej płyty na warszawskiej Woli, która była wtedy jednym z najniebezpieczniejszych rejonów miasta. Tata pracował jako ślusarz, mama z wykształcenia była poligrafem, ale oboje mieli inteligencko- opozycyjne ambicje. Ona należała do Solidarności, on słuchał Radia Wolna Europa.

- Mój brat Artur, starszy o osiem lat, puszczał głośno płyty Perfectu i chodził na demonstracje. Bardzo mu tej walki z komuną zazdrościłam - mówi dziennikarka.

Sama była za młoda, więc zamiast na manifestacje chodziła do Pałacu Kultury i Nauki na spotkania Gawędy.

- Na "casting" poszłyśmy z Kasią razem. Dwie ładne blondynki z końskimi ogonami, dostałyśmy się do zespołu bez problemu. Gawęda z jednej strony była przaśna, a z drugiej, dzięki wyjazdom, stanowiła okno na świat - opowiada Edyta Poncyljusz, z którą Bosacka przez osiem lat siedziała w jednej ławce.

- Ona ma fenomenalny głos, ale w pewnym momencie zespół ją znudził. Rodzicom mówiła, że idzie na próbę, a tak naprawdę szła do naszej przyjaciółki z klasy Agnieszki, na jej osiedle. Dziewczyny przesiadywały na trzepaku i podrywały chłopaków - dodaje. A Agnieszka Mejsner, ta od trzepaka, stwierdza: - Kaśka zawsze była z jajem. W szkole wykręcałyśmy różne numery nauczycielom, ale ona nadrabiała dobrymi ocenami.

Bosa, bo tak na Bosacką mówią przyjaciele, to typ klasowej aktywistki. Jeżeli trzeba było powiedzieć wiersz na akademii, mówiła, jeśli udekorować salę, dekorowała, jeśli zaśpiewać na koniec roku szkolnego, śpiewała. I występowała w kabarecie. Wszędzie było jej pełno.

- Zależało mi na tym, żeby być lubianą, i pracowałam na to. Zresztą do tej pory tak mam - przyznaje Katarzyna.

W fabryce płytek

Chciała być aktorką i zdawała do akademii teatralnej. Do egzaminu przygotowała się porządnie, wypadła nieźle, ale na koniec usłyszała, że ma zoperować sobie przegrodę nosową i przyjść za rok. Nie przyszła. Wybrała polonistykę. Podczas rozmowy wstępnej, zapytana o to, dlaczego chce być nauczycielką, odpowiedziała: "Bo nie dostałam się na wydział aktorski, a przecież nauczyciel to taki aktor, który daje występ przed uczniami".

Chciała być samodzielna, więc jeździła na saksy do Bawarii, gdzie podwiązywała chmiel, a w Polsce opiekowała się dziećmi i udzielała korepetycji. Dorabiała też przy retuszowaniu płytek pod układy scalone, które potem były wykorzystywane m.in. w mikroskopijnych radyjkach.

- Praca była dobrze płatna, ale jak się cięło laminat, to smród spalenizny był niewyobrażalny. Wgryzał się w ubrania i nie dawało się go nijak usunąć. A że po pracy chodziłam na zebrania studenckiego tygodnika "Auditorium", w którym działali chudy jak szczypiorek Piotrek Kraśko i Justyna Pochanke z długimi blond włosami, to uciążliwy zapach stanowił moją zmorę. Kiedy wchodziłam do pomieszczenia, koledzy rzucali się do gniazdek i kabli od komputera, żeby sprawdzić, czy coś się nie pali. Nigdy się nie przyznałam, że to ja tak cuchnę, bo mi było strasznie wstyd.

Potem trafiła do "Gazety Wyborczej" i została sekretarką - najpierw w dziale gospodarczym, potem w ekonomicznym i jeszcze w kilku innych. Dostała etat i 1100 złotych pensji. Obowiązki pochłonęły ją na tyle, że pracę magisterską obroniła dopiero w październiku. Szansa na posadę nauczycielki przepadła. Katarzyna postanowiła, że przeczeka kilka miesięcy i spróbuje w następnym roku szkolnym. Ale wtedy w dziale zagranicznym pojawił się nowy dziennikarz - Marcin Bosacki. Jej przyszły mąż.

Włoska rodzina

W miłości była wybredna.

- Mnie kręci inteligencja. Facet może być niewyględny, ale musi być mocny intelektualnie. A okazywało się, że jeden to egoista, drugi cały czas się spóźnia, trzeci coś kręci, a czwarty na pierwszej randce tłumaczy, jak siadać na toalecie, żeby nie nabawić się hemoroidów. Myślałam: Chryste Panie, ja chyba nigdy nie wyjdę za mąż! - mówi Bosacka.

W końcu poznała chłopaka, po czterech latach się zaręczyli i wyznaczyli datę ślubu. Rodzina była zaskoczona, gdy Katarzyna nagle odwołała ceremonię i przyprowadziła do domu Marcina. - Chodził wokół mnie i chodził, i sobie wychodził - śmieje się dziennikarka. - Mama i tata szybko się do niego przekonali, bo to solidny, pracowity poznaniak. Na dodatek porządny człowiek. Ja go nazywam typem kowboja, bo niezbyt dużo mówi, ale bardzo wiele robi. Jest samcem alfa. Ale to fajne, jak facet wie, czego chce.

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Ślub po pół roku, kilka miesięcy później dziecko. Zamieszkali w dziewięciometrowym pokoju Katarzyny u jej rodziców.

- Jesteśmy ze sobą dwadzieścia lat, czasem się kłócimy i są to burze z piorunami, ale wciąż mogę powiedzieć, że Marcin jest moim najlepszym przyjacielem. Nam się dobrze razem żyje - przyznaje Bosacka.

- Tam cały czas bucha erotyzm. Jak się na nich patrzy, widać stan permanentnego zakochania. A że oboje są wyrazistymi osobowościami, to toczy się nieustająca próba sił - opowiada Agnieszka Kręglicka. - W ich domu panuje atmosfera włoskiej rodziny. Dzieci się kręcą, wino się leje, wszyscy się przekrzykują, a między gośćmi biega pies. Pamiętam mój pierwszy proszony obiad u Bosackich. Skakał akurat Adam Małysz, więc Kaśka i Marcin bardzo się emocjonowali. To nie mój świat, ale oni są aktywnymi kibicami. Numerem jeden jest piłka nożna. Tylko że Marcin, poznaniak, jest fanem Lecha, a Katarzyna, warszawianka, powinna dopingować Legię czy Polonię.

- Uznałam, że kompromis w kwestii sportowej mi się opłaca. Najciekawiej jest, kiedy mąż ogląda mecz z moim bratem. Jak jeden wstaje, to drugi siada. Gdy jeden płacze, drugi się cieszy, ale bardzo się szanują i często gratulują sobie wygranej - opowiada Bosacka.

Świr konsumencki

Katarzyna nie miała kłopotu z tym, żeby dla męża odłożyć na jakiś czas swoje zawodowe ambicje i zawiesić karierę. Kiedy dziewięć lat temu Marcin dostał propozycję wyjazdu do Waszyngtonu jako korespondent, pojechała z nim. A była już wtedy uznaną dziennikarką. Pisała m.in. o kuchni w "Wysokich Obcasach", dodatku do "Gazety Wyborczej", oraz prowadziła program "Salon piękności" w TVN Style. Długo na ten sukces pracowała.

Pierwsza redaktor naczelna tygodnika Weronika Kostyrko wspomina: - Przyjmując Kasię do zespołu, wiedziałam, że ona ma małe doświadczenie, ale chciała się uczyć i robiła to z niesamowitym zapałem. Miała tysiąc pomysłów na minutę, to prawdziwy wulkan energii. Ujęła mnie też swoją szczerością. Tym, że jak jej się coś nie podobało, mówiła o tym wprost, bez owijania w bawełnę. Była odważna. Czy trudno jej było zostawić to wszystko?

- Usiedliśmy z Marcinem przy stole, otworzyliśmy butelkę wina i zrobiliśmy naradę. Rozważyliśmy wszelkie za i przeciw i doszliśmy do wniosku, że ze względu na dzieci ma to sens. A dla mnie rodzina jest najważniejsza. Bo uroda przeminie, zdrowie się zepsuje, praca raz jest, raz jej nie ma, ale bliscy zawsze będą przy tobie.

Pierwsze tygodnie w Waszyngtonie to była euforia. Mnóstwo wrażeń, nowa przygoda. Ale potem przyszedł kryzys. Bosaccy mieszkali w pustym domu, ponieważ transport mebli z Polski wciąż się opóźniał, i spali na materacach rozłożonych na podłodze. Do tego doszła amerykańska biurokracja, ogromna liczba spraw do załatwienia. Wtedy z internetu Katarzyna dowiedziała się, że straciła swój program w telewizji. Reszta poszła lawinowo.

- Kolejne redakcje mi dziękowały, sięgnęłam zawodowego dna. Najgorsze było jednak to, że nie miałam na siebie pomysłu. Ja, wieczna aktywistka, stałam się kurą domową. Całymi dniami leżałam na kanapie nakryta kołdrą i zastanawiałam się, co ja tutaj robię. Dopadła mnie depresja imigranta. Mocno wtedy przytyłam. Kilkanaście kilo - wspomina.

Ale w końcu wstała z kanapy, wzięła się za siebie, zaczęła biegać. I zrzuciła te nadprogramowe kilogramy. - Całe życie walczę z nadwagą. Mam skłonność do tycia, problemy z tarczycą, a nie jestem osobą, która przeżyje tydzień na listku sałaty. Ale nie daję za wygraną, bo z tyłu głowy mam to, że mojego tatę zabiło właśnie jedzenie. Wtedy gotowało się inaczej: tłusto, na smalcu, z małą ilością warzyw. Zmarł, kiedy miał 58 lat - mówi dziennikarka.

W Waszyngtonie, tak samo jak później w Ottawie, Bosacka została ambasadorką polskiej kuchni w lekkim wydaniu. Zapraszała gości, gotowała i to tam zaczęła pisać swoją najpopularniejszą książkę "Czy wiesz, co jesz?...".

- Ten poradnik powstał trochę z rozpaczy. Przyjmowałam tych wszystkich gości, piekłam pasztety, lepiłam pierogi, zawijałam gołąbki, robiłam chłodniki, no i w kółko opowiadałam o tym, że w Polsce mamy najlepsze jedzenie na świecie. Smaczne, naturalne. A potem jeździłam do kraju i kupowałam chleb, który się kruszył, albo szynkę, która po jednym dniu w lodówce puszczała wodę. Miałam wrażenie, że oszukiwałam moich amerykańskich przyjaciół. I wówczas po raz kolejny ujawnił się mój konsumencki bakcyl: zaczęłam chodzić po sklepach, dokładnie czytać etykiety i rozszyfrowywać składy produktów - opowiada dziennikarka.

Gdy książka się ukazała, cały nakład zniknął w jeden weekend. A ona dostała propozycję z TVN-u, żeby zrobić program. Bosaccy spakowali więc walizki i przylecieli do Warszawy. Powrót do Polski nie był jednak łatwy. Marcin został rzecznikiem MSZ-u i prawie nie bywał w domu. A jeśli był, to zawsze z telefonem przy uchu.

- Strasznie dużo pracował, ale przecież praca w MSZ-ecie to służba. Nie narzekałam, bo wiedziałam, że on do tego podchodzi poważnie i muszę po prostu ten okres przeczekać.

All Inclusive na diecie

Gdy jest za granicą, najbardziej brakuje jej przyjaciół. A ludzie są bardzo istotną częścią życia Bosackiej. Wciąż ma te same koleżanki ze szkoły podstawowej i z liceum, spotyka się z nimi regularnie. Z tymi z podstawówki cztery lata temu pojechała do Turcji świętować 40. urodziny.

- Poleciałyśmy same, bez dzieci. Turcja to kraj poza Unią Europejską i połączenia telefoniczne są strasznie drogie, więc zabroniłam rodzinie dzwonić. Zastrzegłam, że mogą to zrobić tylko wtedy, jeśli będą mieli nóż na gardle. Dlatego kiedy leżałam na plaży i nagle zawibrował telefon, zamarłam. To był mój syn. W słuchawce usłyszałam: "Mamo, głodny jestem!" - śmieje się Kasia.

- Miałyśmy hotel z opcją all inclusive, ale z Bosą trudno było to wykorzystać. Wchodziłyśmy do restauracji, stoły uginały się od jedzenia, a ona w kółko powtarzała: "Tego nie jedz, bo to niezdrowe", "To odłóż, bo masz już za dużo na talerzu". Na lokalnych bazarach zachowywała się jak w polskim supermarkecie i czytała wszystkie etykiety - mówi Agnieszka Mejsner. - Kaśka jest tytanem pracy, więc kiedy okazało się, że w Polsce jej ekipa ma problem ze scenariuszem, to znalazła kafejkę internetową i zniknęła w niej na pół dnia - opowiada Edyta Poncyljusz. I dodaje: - Podczas naszych spotkań nie brakuje starć, potrafimy być wobec siebie boleśnie szczere. Obrażamy się na chwilę, ale zaraz znowu się kochamy.

W przyszłym roku Katarzyna razem z przyjaciółkami jedzie świętować swoje 45. urodziny. Tym razem wybierają się do Grecji. - Życie po czterdziestce jest fajne, nie zamieniłabym tego etapu na żaden inny. Mam nie tylko poczucie spełnienia rodzinnego, ale i zawodowego. Lubię to, co robię, i robię to z pasją.

Iga Nyc

PANI 12/2016

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Dowiedz się więcej na temat: Katarzyna Bosacka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama