Przejdź na stronę główną Interia.pl

Bogusław Linda: Ten film zrobiłem też dla ojca

​W ostatnim filmie mistrza Wajdy zagrał najtrudniejszą rolę w życiu. Wyczerpującą fizycznie i psychicznie. A przecież za swoje życiowe hasło uważa: pamiętaj, nic nie musisz. Dlaczego się zdecydował? Co czuł na planie? I jak to się stało, że choć ocenia Powidoki jako dobry film, to przy pierwszych pokazach wymsknęły mu się nieparlamentarne komentarze? Specjalnie dla Twojego STYLU mówi Bogusław Linda.

(Najcięższy) film życia

Mój bohater, malarz Władysław Strzemiński, był kaleką. Podczas I wojny jako 22-latek stracił rękę i nogę. Gram go w momencie, kiedy był blisko sześćdziesiątki. I nawet w tym wieku gość się nie poddawał. Robił wszystko, żeby nie było widać, że jest kaleką. Zwykle grając niepełnosprawnego, udajemy, że nie mamy nogi czy ręki. A tu cała zabawa polegała na tym, że trzeba było grać, że jest się normalnym. Karkołomne. Fizycznie to wyglądało tak, że wkładałem niebieskie rajstopy i niebieską rękawiczkę. Te niebieskie części potem odcinał komputer. Co nie znaczy, że mogłem chodzić na "niewidocznej" nodze.

Reklama

Na planie zderzyłem się z banalnymi sprawami: jakie wysokie są schody, na jakiej wysokości jest klamka? Jak niosę arkusze z rysunkami w kikucie, jak odbieram od kogoś teczkę, jak zdejmuję płaszcz? Często kalkulowałem, jak wejść np. do tramwaju, przecież wtedy nie było niskopodłogowych. Bez ręki, bez nogi, jeszcze dwie ciężkie kule. Akrobacje. Wyczerpujące fizycznie. Zwłaszcza że wszystko było obrabiane komputerowo i każde ujęcie powtarzałem trzy, cztery razy.

Zdjęcia realizowano z każdej strony, żeby zrobić tło pod tym, gdzie będzie wycięta noga. Kiedy trzymałem kulę, odstawał mi łokieć. A Strzemiński trzymał ją kikutem, więc nic nie powinno sterczeć. Musiałem wykręcać rękę do tyłu. W latach 50. używano kul pachowych, nie łokciowych jak teraz. Tamte wycofano ze względu na szkodliwość dla zdrowia. Chodzenie z nimi skończyło się u mnie zerwaniem nerwów. Dwa dni po ostatnich zdjęciach obudziłem się i nie władałem lewą ręką. Najpierw pomyślałem, że na niej przysnąłem. Po dwóch tygodniach zrozumiałem, że to nie kwestia przyśnięcia. (uśmiech) A kiedy już małżonka musiała kroić mi kotlety...

Jestem "przerobionym mańkutem", oburęcznym, ale np. nóż trzymam w lewej. Lekarze powiedzieli, że dwa miesiące powinienem chodzić w ortezie. Pomyślałem, że gdy to zrobię, zanikną mi mięśnie i trudno będzie wrócić do formy. W końcu pomogli Tybetańczycy, ręka jest sprawna. 

Nie spieprzyć Andrzejowi pracy

Scenariusz opiera się na jednej postaci. Jestem we wszystkich scenach, na planie nie miałem dnia wolnego - rzadko spotykane. Ogromna odpowiedzialność: wiedziałem, że jak źle zagram, pójdzie opinia, że spieprzyłem Wajdzie film. Że on miał fantastyczny pomysł, a przeze mnie źle wyszło. A ryzyko, że źle zagram, było spore. Bo scenariusz nie był napisany idealnie. Chciałbym tu wrócić do mojej wypowiedzi z Los Angeles, która była mocno komentowana. W Polsce odczytano, że ja mówię, że film jest zły. Nie o to chodziło. Wypowiedź może bardziej wiązała się z moim stanem - duże zmęczenie, zresztą wróciłem stamtąd z zapaleniem oskrzeli. Ale też może wynikała z ciężaru psychicznego i fizycznego na planie, który był we mnie jeszcze długo po zakończeniu zdjęć. W LA mówiłem o tym, że praca na planie - mimo że dała wielką frajdę - była jednak koszmarem bycia w latach 50. Ja w nich po prostu przez dwa miesiące funkcjonowałem. Ubrany w te szorstkie grube samodziały. Z psychiką zajętą tym gościem - tak nieszczęśliwym. W nędznych wnętrzach, na szarych ulicach - kręciliśmy w najbiedniejszej części Łodzi. Żeby było jasne: ja, broń Boże, nie deprecjonuję filmu. Uważam, że jest bardzo dobry. Jeden z lepszych filmów Andrzeja. 

Tato, to też dla ciebie

W filmie jest pokazana straszna bieda i beznadzieja początku lat 50. Znam te stany. Przez jakiś czas wychowywałem się u dziadków ze strony matki, którzy z Wilna przyjechali do Bydgoszczy. Mieszkanie, które kupili, podzielono i częściowo zasiedlono prostymi robotnikami. Wspólny kibelek na piętrze. To było wprawdzie parę lat później niż czas akcji filmu. Ale bieda też straszna, upokarzająca. Może nie taka jak u Strzemińskiego, ale dobrze pamiętam jej smak. Jedliśmy ziemniaki z cukrem. Albo ziemniaki pieczone. Albo placki ziemniaczane. Czasem ze śmietaną. Scenariusz Andrzeja Mularczyka miał jedną rzecz fantastyczną: niósł w sobie coś, co jest rzadkością - prawdę o nastroju tamtych czasów i o tamtej beznadziei. Bo scenarzysta sam to przeżył. Kiedy czytałem, ściskało mi się gardło. Przypominały cienie dziadków. Te pochody pierwszomajowe widziane z okna - mieszkaliśmy przy alei 1 Maja, właśnie, naprzeciwko kina Pomorzanin. Pamiętam ubecję, która przyszła, jak narozrabiałem - strzeliłem z procy w jakiś ważny balon. Bladość na twarzy dziadka. Strach, że coś mi się stanie. Ten film zrobiłem też trochę dla mojego ojca. Był z pokolenia, któremu historia spieprzyła całe życie. Miał 20 lat, kiedy się zaczęła wojna. Młodość spędził w oflagu. A po wojnie spotkał go komunizm w tej najgorszej wersji. Beznadzieja, brak perspektyw, kablowanie wokoło - wszystkich na wszystkich. Dziś ojciec nie żyje. Ale zaczynając film, pomyślałem sobie: tato, to tak, wiesz, trochę dla ciebie. 

Przepraszam, że nie byłem Olbrychskim

Tak mówiłem do Wajdy w Gdyni, podczas pierwszego pokazu Powidoków. To nie żarcik. To mój kompleks. Andrzej wiedział - już od "Człowieka z żelaza", kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy - że ja jestem aktorem wstydliwym. Jego zawsze interesowało, co aktor pokaże na próbie. A ja nie potrafię próbować. Żartowałem, że do tego filmu docieraliśmy się przez 20 lat. Żeby on mi wreszcie uwierzył, że choć nie umiem próbować, to na ujęciu zagram mu, co trzeba. Tu jeszcze była taka historia, że on sobie kompletnie inaczej tego bohatera wyobrażał. Upraszczając: że to będzie bardziej ksiądz Robak. Mocny facet, walczący. I przez pierwsze dni na planie był zdziwiony moją grą. Ale też wielkość Wajdy polegała na tym, że się nie wtrącał. Widział, że dzieje się coś nie po jego myśli, ale być może jest to dobre. A ponieważ nie do końca dobrze widział i słyszał, bo oglądał wszystkie nagrania na małym monitorze, więc miał prawo być zaniepokojony. Ale nie było słowa uwagi do mnie. No, może raz, kiedy chciałem zagrać totalne przeciwieństwo postaci. Pokazać w scenie na posterunku milicji, że Strzemiński się boi. I Wajda wtedy się oburzył: "Nie, Bogusiu! Nigdy w życiu, nie możesz tak tego zagrać. On nie może się bać!". To była jedyna uwaga, zresztą znacząca. Bo pokazywała, jak reżyser widzi tę postać. Bezkompromisowo. Ja z kolei chciałem pokazać, że Strzemiński jednak czasem się boi. To "poszerza" postać, daje jej więcej - jak mówimy - psychologii. Andrzej zabronił. Starałem się więc wypośrodkować, wykorzystując to, że na tym małym monitorze nie do końca było widać. (uśmiech) Dopiero kiedy w trakcie montażu on zobaczył pierwszą wersję na dużym ekranie, napisał do mnie wzruszający list. Że dziękuje, że tak, a nie inaczej to zrobiłem. Bardzo miłe. W tym filmie nie było za wiele psychologii. Trzeba było wyciągnąć minimalne ślady wzruszenia. Można powiedzieć, że byłem sępem, który żerował na nielicznych okazjach do wydobycia emocji. I starałem się wydobyć wszystkie, proszę mi wierzyć. Także dlatego to było tak ciężkie zadanie.

Brak Kobro

Znana jest historia burzliwego związku Strzemińskiego z rzeźbiarką Katarzyną Kobro. Wielkiej miłości, potem nienawiści. Wiele osób dziwiło się, że tego wątku nie ma w filmie. Ja też. Przecież to taki materiał psychologiczny! Ale gdy zapytałem Andrzeja, powiedział, że do tego musiałby mieć innego scenarzystę. I on powinien się nazywać Dostojewski... Historia tego małżeństwa była tragiczna. Oboje byli artystami. Mieli swoje kompleksy. Według mnie - może to obrazoburcze, co powiem - ona była lepsza. Robiła ciekawsze rzeczy - w rzeźbie - niż on. Przepraszam, ale tak mi się wydaje. Tylko nie była doceniana. On zajął jej przestrzeń swoją osobą i sztuką. Kobro była Rosjanką z korzeniami z Prus Wschodnich. Taka była jej rodzina. I jeśli on się z nią żenił, to się żenił z Rosjanką z Prus Wschodnich. Nie z Polką z Warszawy. Że tak powiem: widziały gały, co brały. Temu, że w czasie okupacji kwestie pochodzenia mogły szkodzić małżeństwu, nie należy się dziwić. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie tego, co się między nimi działo. Nawet nie chcę. Wszystko będzie nadinterpretacją. Owszem, chodzi opowieść, że był agresywny, bił ją kulami. Ale w pamiętnikach jest też inna sytuacja. Do Strzemińskiego przyszedł gość. Córka wprowadzała go przez pokój Kobro. I Kobro mówi: "Nika, daj panu rewolwer z komody i niech zastrzeli tego sk...syna". Jedni stają po stronie Kobro, inni Strzemińskiego. Ja staram się nie stawać po żadnej. To nie ma sensu. Nic nie wiemy na ten temat. Jak przy rozwodzie - każdy z małżonków widzi przez swój pryzmat to, co chce zobaczyć. Staram się nie oceniać. Losy mojej rodziny też są tak skomplikowane, że nie śmiałbym osądzać ani ojca, ani matki, dlaczego się rozstali. I wiem, że po latach być może niedobrze, że powiedziałem tacie parę słów. I niedobrze, że tak, a nie inaczej potraktowałem matkę. Te dwa wspomnienia siedzą we mnie. I dziś wiem, że nic nie wiem na ten temat. Również moje życie nieraz mi pokazało, że nic nie jest jednoznaczne. 


Ta mała

Córkę Strzemińskiego i Kobro zagrała "młoda Zamachowska", Bronia. Andrzej dobrze zrobił, wybierając właśnie tę dziewczynę. To nie była nastolatka. To była dorosła kobieta. Swoje przeszła. Dobrze wiedziała, o co chodzi w tym filmie. Nie kłamała, była prawdziwa. Wiem, że niektórym to się nie podobało, że ona jest taka "stara malutka". Ale nie wyobrażam sobie innej córki w tym małżeństwie. Takiej, która by tyle dostała po tyłku i dalej mogła się zachowywać jak rozpieszczona małolata. Inne kandydatki do roli to były po prostu współczesne dziewczyny. Bronka jedyna, według mnie, trafiła na sto procent w to, co można było zagrać w tym filmie. 

Czy jej pomagałem na planie? Nie. Niepisana umowa była taka, że Andrzej nie wtrącał się w moje sprawy, a ja nie wtrącałem w jego. Patrzyłem tylko, co on chce u niej osiągnąć, i zastanawiałem się, co mogę w danej sytuacji zaproponować. Po filmie rozmawialiśmy z Andrzejem jeszcze dwa razy. Mówił: "Bogusiu, muszę zrobić jakiś film. Bo ja jak robię filmy, to żyję. A jak nie robię, to nie żyję. Może bym zrobił z tą młodą Zamachowską? Bo ona fajnie gra". Ja na to: "Andrzeju, ale zanim zrobisz ten film, to ona już nie będzie mała". No i nie zdążył. 

Czemu wielkim malarzem był

Dla zwykłego człowieka Strzemiński jest kompletnie nieznaną postacią. Moja wiedza o nim też była niemal zerowa. Słyszałem tylko, że był gościem ze współczesnego malarstwa i legendą wśród studentów szkoły plastycznej w Łodzi. Nie za bardzo wiedziałem czemu i do tej pory, szczerze mówiąc, nie wiem. Bo to nie jest moje malarstwo. Na szczęście film nie opowiada o malarstwie, ale o człowieku. Przed pracą nie odbyłem "studiów strzemińskologii". Jestem zdania, że czytanie o pierwowzorze postaci może dać dużo, ale może też nie dać nic. Podstawą jest scenariusz i to jest ta partia szachów, którą należy rozegrać. Niezależnie od tego, czy się zna wszystkie obrazy bohatera, czy nie. Przeczytałem tylko wspomnienia córki, które trochę mówią o tym, jak był widziany przez rodzinę. Ale to niewiele wniosło w kontekście tego scenariusza. Musiałem też siłą rzeczy przeczytać fragmenty jego teorii o sztuce. Ta teoria jest dla mnie - amatora i tandeciarza malarskiego - akademickim bełkotem. Pisana językiem profesorskim, ciężka, napuszona. Dziwię się, że jego studenci to czytali. Może jego osobowość była taka, że oni chcieli to zgłębiać? Bo bez wątpienia był postacią magnetyczną, miał charyzmę. Nie należał do tych, którzy malują tak, że wszyscy ich rozumieją. Był natomiast tym, który wymyśla nowe kierunki. To pociąga. Jedyną prostą rzeczą jest wyjaśnienie tytułowych powidoków. To coś, co po przymknięciu oczu zostaje pod powiekami. I na tym można zamknąć całą tę teorię. Ćwiczyłem to nawet. Ale niewiele zobaczyłem. Nie jestem plastykiem, nie mam tej wrażliwości. Bywa, że aktor, który coś gra, automatycznie zaczyna się na tym znać. Ale ja nie należę do takich aktorów. (uśmiech) 

W filmie Strzemiński wygłasza artystyczne deklaracje. Dla aktora to teksty niebezpieczne. Musiałem wypowiadać je minimalistycznie, jakby od niechcenia. Bo gdyby je dąć, byłyby nie do zniesienia. A są takie, które dają do myślenia, np. "w sztuce liczą się tylko ci, co torują drogę nowym formom". Tu Strzemiński ma rację, bo sztuka powinna iść z przodu. Inaczej ludzie zaczynają robić głupoty, choćby oglądać telenowele zamiast ambitny serial w HBO. Inny tekst: "Artystów można zabić na dwa sposoby: albo mówiąc o nich za dużo, albo nic". Prawda. Przeżyłem i jedno, i drugie. Chociaż należę do ludzi, którzy wolą, jeśli się o nich nic nie mówi. Nie lubię stawać na ściance, nie lubię promować rzeczy, w których gram, wolę, jak same się promują. Moim zadaniem jako rzemieślnika jest oddać towar i dziękuję bardzo, zamknąłem temat. Gdy ktoś coś reklamuje, jako odbiorca czuję fałsz: musi reklamować, czyli to nie do końca dobre. I jeszcze jedno zdanie ze Strzemińskiego: "Człowiek tylko tak naprawdę zobaczył to, co sobie uświadomił". Mądre, głębokie. Dotyczy każdego rodzaju sztuki. Podobnie jest przecież w muzyce: to człowiek usłyszał, co sobie uświadomił. Ale też dotyczy to życia w ogóle. I naszych czasów, np. polityki. Z przekazów polityków bierzemy to, co sobie chcemy uświadomić. W tym sensie Strzemiński jest ponadczasowy. 

Geniusz Wajdy

Andrzej miał przeczucie tego, co się teraz dzieje. Robiąc film o artyście w zderzeniu z systemem, zrobił film trochę o współczesnych czasach. Myślę, że "Powidoki" przed zmianą rządu mogłyby być odbierane trochę inaczej niż teraz. Jedni mówią, że Andrzej znowu "wyniuchał" nastrój czasów. Inni, że może też tak się złożyło. Ale wielkość Andrzeja polega na tym, że jemu się zawsze "tak jakoś składało". Że nawet robiąc film o Maćku Chełmickim - "Popiół i diament" - też się złożyło, że zrobił film nie o komuniście Szczuce, który przecież był głównym bohaterem w książce Andrzejewskiego, ale o akowcu, postaci początkowo negatywnej. Jakże to jest dziwne, jaką ten pan miał intuicję w robieniu filmów... 

Kiedy umarł, miałem wrażenie, że odszedł ktoś bliski, kto też w jakiś sposób kierował moim życiem. Pokazywał mi sposób patrzenia na świat, nie wiedząc o tym - to nie było nachalne. Praca z nim kojarzy mi się z momentami ważnymi, przełomowymi. "Człowiek z żelaza" opowiada o czasach Solidarności. Dzięki Andrzejowi znalazłem się w Stoczni Gdańskiej. Kręciliśmy podpisanie umów. Patrzyłem na stoczniowców, którzy płakali, przypominając sobie te wydarzenia. Potem w stanie wojennym mogłem wyjechać do Paryża i robić u niego "Dantona" z Pszoniakiem. Dzienna dieta była dużo większa niż moja pensja. Mieszkałem w mieszkaniu jakiegoś milionera... Egzotyka. A potem "Pan Tadeusz". Mówiłem: "Na Boga, Andrzeju, chcesz robić tę legendę?". A on: "Bogusiu, ja zrobię ten film, ale ty musisz zagrać księdza Robaka". Potem domyśliłem się, o co mu chodziło: to było po "Psach" i Andrzej chciał, żeby Robak był bandytą. I miał rację. Bo wcześniej wszyscy w Polsce grali Robaka jako dobrotliwego księdza. Po premierze środowisko mnie lekko wyklęło: "To miał być ksiądz Robak, a nie Franz Maurer! Nie mogłeś grać Robaka? Przecież skończyłeś krakowską szkołę!". Ale potem ten inny Robak się przyjął. 

Andrzej zmuszał do wejścia na najwyższe obroty. Nie można było go olać. Udawać, że coś się robi. I to jest zgodne z moją filozofią. Chociaż jestem strasznie leniwy, moja druga krzyżacka natura mówi, że jeśli już coś podpisałem, zobowiązałem się, to muszę działać na 120 procent. Andrzej nie lubił niedobrych aktorów. Jeśli ktoś mu fałszował, strasznie się wkurzał. Ale nie na tego człowieka, tylko na siebie. Że go zaangażował lub że nie dał sobie z nim rady. Wtedy sceny potrafiły mieć 20-30 dubli, żeby cokolwiek wycisnąć. I nie zawsze wychodziło. Pan Bóg dał mu śmierć w momencie spełnienia. Zdążył być w Gdyni na premierze "Powidoków". To jest zejście artysty. 

Linda znowu w formie

Tak piszą. Czy to "znowu" mnie nie drażni? Nie. Każdy ma prawo osądzać. I prawdą jest też, że był okres, gdy grałem w dosyć słabych filmach. Musiałem, żeby utrzymać rodzinę. Nie dostawałem specjalnie fajnych propozycji, ale trzeba było to jakoś przeżyć. Starałem się nie dać plamy. Ale i nie było się czym zachwycać. Bo nie ma czegoś takiego, że "film jest słaby, ale aktor przecież zagrał dobrze". Jeśli film jest do dupy, to to, jak się w nim zagrało, też jest do dupy. Proszę zauważyć, że właściwie nie ma filmów złych, w których ktoś zagrał dobrą rolę. Taka jest prawda o tym zawodzie. Nie traktuję "Powidoków" jako nowego otwarcia. Na to jestem zbyt stary. I mam to w dupie. Specjalnie tak mówię, żeby nawiązać do swoich niepokornych ról. (uśmiech) A serio: czasami faktycznie jestem za bardzo wyszczekany. Za bardzo mam swoje zdanie. I nie lubię go ukrywać. Po fakcie czasami żałuję. Ale jeśli coś się powiedziało, trzeba ponieść konsekwencje. Czy nie mam czasem ochoty ugryźć się w język? Ja się całe życie gryzę w język, tylko czasami mi się coś wypsnie. (uśmiech) 

W życiu staram się pilnować zasady "Pamiętaj, nic nie musisz". To cytat z jednego z moich pierwszych filmów - "Przypadku". I nawet jak czasem idę na kompromisy, mówię sobie: pamiętaj, nic nie musisz. Jakby cię za bardzo przycisnęli, to weź, pier...nij to i idź do domu. Tak już się parę razy zdarzyło. I dobrze. Bo inaczej to byłoby sprzedawanie samego siebie. Co teraz? Uważam, że się napracowałem. Kilka dni temu zrobiłem reklamę, która pozwoli mi jakiś czas nie pracować. Chcę chwilę odpocząć. Ale żadne tam sporty ekstremalne. Niespecjalnie mam na to siły ze względu na wiek. Nie mogę np. skakać ze spadochronem, bo mam urazy kolan z poprzednich skoków. Raczej konie, nurkowanie. I raczej w samotności. Lubię być sam. Wtedy się dobrze czuję. 


JOANNA NOJSZEWSKA, TWÓJ STYL 2/2017

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje