Przejdź na stronę główną Interia.pl

Beata Kozidrak: Jestem wolna

Chciałoby się zawołać: zmiany, zmiany, zmiany. Beata Kozidrak po 36 latach właśnie się rozwiodła. Nagrała najbardziej osobistą płytę w swojej karierze i, jak mówi, jest szczęśliwa.

Beata Kozidrak zaprosiła mnie do swojego warszawskiego domu. Wygodne, miękkie kanapy, ciepłe kolory, widok na nieduży zadbany ogród. Wokalistka ubrana jest w białe lniane szorty, biały T-shirt. Zrelaksowana, uśmiechnięta. Kilka dni temu w mediach pojawiła się informacja, że jej 36-letnie małżeństwo z Andrzejem Pietrasem zakończyło się rozwodem. Ponad trzy dekady temu stworzyli zespół Bajm. Ich sukcesy można by wyliczać w nieskończoność: złote i platynowe płyty, Fryderyki, SuperJedynki, Bursztynowy Słowik... Małżeństwo sprawiało wrażenie doskonale dobranego. Zostali nawet laureatami Srebrnych Jabłek PANI 2012. O stylu życia Beaty Kozidrak i Andrzeja Pietrasa krążyły legendy: rezydencje rozsiane po całym świecie, prywatny samolot.

Reklama

Wokalistka jest jedną z najlepiej zarabiających gwiazd polskiego show-biznesu. A jej (już były) mąż był równocześnie menedżerem i producentem. I tylko czasem pojawiały się plotki o twardym charakterze Pietrasa, o tym, że izoluje żonę od świata, nadmiernie kontroluje... Rozmowa z Beatą Kozidrak, pierwsza po rozstaniu, trwała długo. Piosenkarka ostrożnie dobierała słowa, zastanawiała się nad każdą odpowiedzią. Czułam, że nie chce analizować przeszłości, że jest już na nowym etapie. W pewnym momencie chciałam zadać jej pytanie, które nurtuje wiele osób: co tak naprawdę było przyczyną rozstania? Zrezygnowałam. Zobaczyłam w oczach Beaty szczęście, radość. Zbyt świeże, by je burzyć.

Zrobiła już pani bilans zysków i strat?

Beata Kozidrak: - Żadnych bilansów nie robię. Niczego nie żałuję. W sercu trzeba zachować to, co dobre, zwariowane, inspirujące, kreatywne. I z taką pozytywną energią tworzyć dalej.

W ostatnich tygodniach stała się pani bohaterką tabloidów. Pojawił się news: "Kozidrak obcięła włosy. Tak robią kobiety, które chcą zamknąć przeszłość".

- Obcięłam, bo chciałam. Bez filozofii. Miałam serdecznie dość długich włosów, zwłaszcza przy wysokich temperaturach i tej wilgotności, jaką mamy ostatnio. Musiałam ciągle je upinać. W końcu poszłam na całość.

Inna sensacja: "Kozidrak od razu po rozwodzie pojechała do urzędu załatwiać sprawę zmiany swojego nazwiska. Chce wrócić do panieńskiego".

- Bzdura. W dniu rozwodu jeździły za mną dwa samochody z paparazzi. Ale pomylili się. Pojechałam do swojej księgowej, mam tyle papierów do ogarnięcia, że zmiana nazwiska naprawdę nie jest w tej chwili priorytetem. Zdaję sobie sprawę z własnej popularności i przywykłam do tego, że jestem fotografowana, ale wchodzenie z butami w moje sprawy prywatne jest okropnie stresujące. Trudno to sobie wyobrazić komuś, kto tego nie przeżył. Nie wiem, może niektórzy mają zupełnie nieciekawe własne życie i pocieszają się, czytając, że ktoś znany ma kłopoty: "O, popatrz, Kozidrak się rozwodzi, tyle ma kasy, a też jej nie wyszło" albo: "W tym show-biznesie to wszyscy są nieszczęśliwi". Może czerpią z tego jakąś satysfakcję? Naprawdę nie rozumiem, co jest ciekawego w publikowaniu moich zdjęć, kiedy robię zakupy, i dorabianiu do tego całych opowieści.

Ale prawdą jest, że mieszka pani w Warszawie. Od dawna?

- Od roku, i muszę przyznać, że bardzo polubiłam tempo tego miasta. Dom, w którym teraz rozmawiamy, ma dwanaście lat. Nie mogłam się doczekać, kiedy się tutaj wprowadzę, wspaniale mi się w nim mieszka i wiele osób, które do mnie przychodzi, mówi, że dobrze się tutaj czuje. Bałam się, że będę tęsknić za Lublinem, ale czas robi swoje i mój dom jest teraz w Warszawie.

W Lublinie mieszkała pani w rezydencji.

- Teraz też mam wszystko, czego potrzebuję: ładny ogród, nawet kominek w sypialni, o którym zawsze marzyłam. Jest w tym domu pozytywna energia. Tutaj pracowałam nad ostatnią płytą.

Zatytułowała ją pani "B3", czyli "Be Free", co można tłumaczyć jako "uwolnij się". Czuje się pani wolna?

- Jestem kobietą wolną, bo sama podejmuję decyzje o swoim życiu, zarówno prywatnym, jak i artystycznym.

Wcześniej czuła się pani ograniczana?

- Takie opinie brały się ze sposobu bycia mojego byłego męża. Andrzej kiedy produkował koncert, był stanowczy, skutecznie negocjował i wiele osób zna go takiego. Dzięki temu nasze koncerty były zawsze na najwyższym poziomie. On o to walczył, a ja miałam ten komfort, że wychodziłam na scenę i wszystko było przygotowane. Najlepsza aparatura, najpiękniejsze wizualizacje. Zawodowo zawsze podejmowaliśmy decyzje razem, nic nie działo się poza mną. Myślę, że czułam się bezpiecznie, mając obok siebie kogoś takiego jak on, kto reprezentował moje sprawy w tak profesjonalny sposób. Wierzę, że tak właśnie było. Szczerze mówiąc, taka sytuacja była też dla mnie wygodna. Po koncertach wracałam do domu i miałam normalne życie.

Skończyło się rozwodem...

- W pewnym momencie zrozumiałam, że jeśli chcę się rozwijać jako człowiek, to muszę coś w swoim życiu zmienić.

Trudno było to zrobić?

- Sporo ryzykowałam, ale spodobały mi się zmiany, łącznie z moją przeprowadzką do Warszawy. Tym bardziej się cieszę. Mam poczucie satysfakcji, że jednak dałam radę. Na pewno trampoliną do podjęcia ważnych decyzji była moja nowa płyta. Znalazłam młodych, kreatywnych ludzi, z którymi zaczęłam pracować.

Teraz otaczają panią inne osoby?

- Wciąż oczywiście jest Bajm, ale pojawili się nowi przyjaciele. Przez ostatnie dwa lata moje środowisko się zmieniło, poszerzyło. Na początku znałam tu niewiele osób. To jest też moja forma wolności, że żyję tak, jak chcę, z tymi, którzy mnie szanują, lubią, kochają. Mam ochotę lecieć do przyjaciół, to pakuję walizki i lecę. Chcę się umówić ze znajomymi na kolację czy na drinka - nikt mnie nie ogranicza.

Ta przełomowa sytuacja zweryfikowała pani przyjaźnie?

- Ludzie są różni, więc to mnie nie zaskoczyło. Zawsze były obok moje dwie córki i to jest najważniejsze. Teraz Kasia mieszka niedaleko mnie, Agatka w Lublinie, ale wszystkie trzy razem się trzymamy i wspieramy. One są moimi przyjaciółkami. Kiedy decydowałam o zmianach w swoim życiu, nie oglądałam się na innych ludzi, nie obchodziło mnie ich zdanie.

Tworzenie pomaga w trudnych momentach?

- Bardzo. Na tym też polega siła artysty. Ta płyta mi pomogła i mam nadzieję, że pomoże też wielu kobietom. Gdy nagrywałam "Obok nas", musieliśmy przerwać, bo w drugiej zwrotce zawiesił mi się głos, tak się wzruszyłam. Bardzo rzadko coś takiego mi się zdarza. U nas o wielu sprawach się nie mówi albo mówi zdecydowanie za mało. Nie chciałam poruszać tematów przewidywalnych, oklepanych.

"Obudziłam się. Naga w środku dnia. Ciągle słyszę go. Kiedy krzywdził mnie" ("Obok nas"). Albo: "Wiedziałeś. Że poczuję ból. Patrzyłeś. Jak się staczam w dół. Dzień po dniu" ("Blizny"). Mocne słowa.

- Czy nie są prawdziwe? Ile kobiet miało takie doświadczenia? Albo tekst "Nie kochaj mnie" o tym, że kobieta chciałaby poznać kogoś nowego, ale trochę się boi. Mam wiele koleżanek, które po nieudanych związkach są tak zranione, że nie potrafią zaufać, nie chcą kolejnych rozczarowań. Niczego nie musiałam wymyślać. Życie pisze najciekawsze scenariusze.

Ten album jest rodzajem pamiętnika?

- Jest dla mnie symbolicznym otwarciem nowego życia, także zawodowego. Nigdy nie chciałam się zamknąć w świecie płyt i przebojów, które są doskonale znane. Zależało mi, żeby się dalej rozwijać, ale na moich warunkach i w takich obszarach muzycznych, jakie mnie interesują. To prawda, że miałabym o czym pisać, ale nie chciałam, żeby to też prowadziło do jakiegoś obłędu, że wszystkie teksty powstają w oparciu o moje przeżycia. Myślę, że jestem niezłym obserwatorem i że poznałam w swoim życiu wiele kobiet, wiele historii.

Do kilku tekstów muzykę napisała Ania Dąbrowska, która też rozstała się ze swoim życiowym partnerem, równocześnie jej menedżerem i producentem. Ona także wydała bardzo osobistą płytę.

- Dostałam kilka kompozycji Ani i bardzo mi się spodobały. To wspaniała, wrażliwa osoba, o głębokim wnętrzu. Słysząc pierwsze dźwięki, od razu wiedziałam, że to będzie niezwykły kobiecy duet.

Na jakim etapie jest pani dzisiaj?

- Prywatnie? To chyba widać. Jestem uśmiechnięta i zakochana.

Kto to jest?

- Mężczyzna (śmiech). Z krwi i kości.

Jak mężczyzna może panią zdobyć?

- Musi być wesoły. Musi szanować mnie za to, jaką jestem kobietą, a nie dlatego, że nazywam się Beata Kozidrak. Gdy zamieszkałam w Warszawie, zauważyłam u niektórych osób ciekawość i chęć bycia ze mną dlatego, że jestem tą, a nie inną osobą.

To musi być przykre.

- Nie jest to łatwe, ale chyba wiem, kiedy ktoś nie jest mi życzliwy albo jest wampirem energetycznym. Wtedy daję do zrozumienia, że ta relacja mi nie odpowiada, zamykam się w sobie. Można to odebrać tak, że jestem wyniosła, chociaż wcale tak nie jest. Ostatnio ktoś mnie zapytał: "Beata, czy ty wiesz, że mężczyźni takich kobiet jak ty się boją?".

A boją się?

- Chyba nie. Nie narzekam na brak zainteresowania. Jestem ostrożna. Mężczyzna, który jest obok mnie, musi być mądry i wziąć na barki ciężar mojej popularności. To jest obciążające. Spotykam się z jakimś dziennikarzem w kawiarni i od razu pojawiają się newsy, że to moja nowa miłość. Niedawno ukazały się zdjęcia mojego dawnego ochroniarza, z którego też zrobiono kochanka. Cóż, jestem do tego przyzwyczajona, mogę się tylko śmiać, ale nie każdy to udźwignie.

Nie miała pani potrzeby, aby po zakończeniu tak długiego małżeństwa pobyć przez jakiś czas sama?

- Nie, nowa miłość dała mi ogromną energię. Nie chciałam z niej zrezygnować.

Związek to też ograniczenia. Jaka jest granica tej wolności?

- Każdy z nas ma swoje granice. Wierzę, że dzięki swojemu doświadczeniu życiowemu nie powtórzę błędów młodości.

Uroda mężczyzny jest dla pani ważna?

- Nie musi wyglądać jak Brad Pitt, ale dobrze, kiedy na jego twarzy widać, że coś przeżył.

Uważa pani, że współcześni mężczyźni trochę się "popsuli"? Są nieodpowiedzialni, narcystyczni.

- Myślę, że współczesny świat zmusił kobiety, aby były bardziej "męskie", co spowodowało, że mężczyźni wymagają większej naszej uwagi, komplementów, nierzadko też pomocy.

Mogłaby pani związać się z mężczyzną, który by się pani podporządkował?

- W związku cenię sobie partnerstwo, tolerancję, przyjaźń. Cenię też pewność siebie i, paradoksalnie, wrażliwość.

Oczekuje pani iskrzenia w związku?

- Tak, zawsze tego potrzebowałam. Nie może być nudno, bo przy moim temperamencie to byłaby porażka na dzień dobry (śmiech). Mam intensywne życie, tym, co przeżyłam, mogłabym obdarować wiele osób. To jest bardzo interesujące, ale nie wszystkim odpowiada.

Ufa pani ludziom?

- Uczę się tego. Chociaż moja przyjaciółka uważa, że jestem zbyt ufna.

Czym można panią zranić?

- Nie toleruję braku lojalności i kłamstwa. Kiedy komuś, nieważne - kobiecie czy mężczyźnie - zaufam, otworzę się przed nim i ten ktoś to wykorzystuje. Przeżyłam coś takiego... To jest dla mnie bardzo bolesne. Ale nie ma takiej możliwości, żebym wiedząc o czymś przykrym, nie powiedziała, co mnie boli, tłumiła to w sobie. Uważam, że nie wolno zamiatać problemów pod dywan, bo szybko zaczyna się robić nieciekawie i potem okazuje się, że nie ma już czego naprawiać.

Z wiekiem stała się pani bardziej tolerancyjna?

- Z tym jest różnie. Ale chyba tak. Czasem naprawdę lepiej jest ignorować wady partnera i zbytnio ich nie analizować. Wiele można wtedy wybaczyć i zaakceptować.

Kobiety dojrzałe nie potrafią podjąć decyzji o rozwodzie, bo nie wierzą, że jeszcze będą szczęśliwe, boją się obniżenia standardu życia, samotności. Wybierają więc życie bez miłości, ale z pozoru bardziej bezpieczne.

- Rozumiem te lęki i chciałabym im poprzez swoje teksty powiedzieć, żeby się nie bały. Nie należy wmawiać sobie: już tyle przeżyłam i nic mnie w życiu nie spotka, albo: za późno na zmiany i lepiej niech zostanie tak, jak jest. Ludzie tkwią w małżeństwach bez przyszłości. Pomyślmy - przecież nie żyjemy dwa razy - ile czasu nam jeszcze zostało?

Jest pani wymagającą partnerką?

- Chyba tak, chociaż niektórzy mężczyźni myślą, że trzeba mnie nosić na rękach, że otacza mnie tłum kucharzy, ochroniarzy i innych ludzi, którzy spełniają moje zachcianki. Są w błędzie, bo kiedy przyjeżdżam do domu, to jestem kobietą, która chce się przytulić do mężczyzny i zrobić mu kolację.

Gotuje pani?

- Lubię gotować, jeśli mam dla kogo.

Ubiera się pani dla mężczyzny?

- Ubieram się dla siebie. Dla mężczyzny się rozbieram (śmiech). Uważam, że seks jest bardzo ważny w życiu dorosłego człowieka.

Potrafi pani powiedzieć swojemu mężczyźnie w sypialni: "Tak lubię, a to mi nie odpowiada"?

- Oczywiście, że tak. Dlaczego miałabym o tym nie mówić?

Wiele kobiet ma z tym problem.

- Może mają problem ze sobą? U nas mało mówi się o seksie.Jeśli się na ten temat w związku nie rozmawia, to mogą pojawić się rysy na tym małżeńskim szkle. Niektóre kobiety wolą udawać. W łóżku, w życiu. Słyszałam, że są takie, które wstają przed mężczyzną po to, żeby się uczesać i umalować. Zawsze przy nim muszą być "zrobione". To smutne, bo nie wierzą, że pokocha je takie, jakie są naprawdę.

Może boją się, że zostaną wymienione na młodszy model?

- To jest trudny i złożony temat. Takie obawy dotyczą kobiet w każdym wieku, zarówno 30-, jak i 50-latek. Na szczęście mnie nigdy nic takiego nie spotkało.

Co pani zrobiłaby dla swojego mężczyzny?

- Obiad, kolację. Striptiz. Dlaczego nie? Ale zapewniam, że też miałabym w stosunku do niego wymagania. Musi być równowaga. Na pewno nie powiększałabym sobie piersi, bo on powiedział: "O, ta Krystyna to ma większy biust". Ja na początku zmian, na które się zdecydowałam, powiedziałam sobie: robię to dla siebie. I tego należy się trzymać. Nie zaniedbywać swoich pasji, mieć własne pieniądze. To daje siłę i wolność.

Wyjdzie pani jeszcze kiedyś za mąż?

- Na pewno nie. Po co? Małżeństwo nie jest mi już do niczego potrzebne.

Iza Komendołowicz

PANI 9/2016

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Dowiedz się więcej na temat: Beata Kozidrak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje