Przejdź na stronę główną Interia.pl
Autorka opowieści nienawidziła swojej głównej bohaterki

Ptaki ciernistych krzewów

Historia pięknej, dramatycznej miłości dwojga ludzi, którzy nie mogą być razem, czy opowieść o księdzu żyjącym w grzechu i zakłamaniu? Część widzów widziała w "Ptakach ciernistych krzewów" pierwsze, część - drugie. Na pewno serial budził emocje...

Obudziła się bogata


Reklama

W połowie lat 70-tych australijska pisarka Colleen McCullough zaczęła pracę nad swoją drugą powieścią. Nie miała jeszcze wyrobionego nazwiska, ale jej pomysł zelektryzował wydawców. Otrzymała rekordowe 2 miliony dolarów zaliczki. - Któregoś dnia po prostu obudziłam się bogata - wspominała w jednym z ostatnich wywiadów pisarka (zmarła w zeszłym roku). - A ja co zrobiłam? Wyszłam z domu, poszłam do sklepu i kupiłam sobie torebkę za 50 dolarów - dodała McCullough, która nie ukrywała, że dorastała w biedzie.

W parze z gotówką przyszła sława. W 1977 r. autorka trafiła na okładkę magazynu "Time". Pojawiły się pierwsze plany ekranizacji "Ptaków ciernistych krzewów". Do jednej z ról rozważano ponoć samą Audrey Hepburn. David L. Wolper, producent wykonawczy miniserialu, twórca "Korzeni", od początku był pewien, że główną rolę katolickiego księdza Ralpha de Bricassart należy powierzyć Richardowi Chamberlainowi. W decyzji utwierdziła go jeszcze żona.

Większy problem był z obsadzeniem Meggie Cleary. - To była jedna z najgorętszych produkcji w tamtym okresie - zdradził Wolper. - Mieliśmy na castingach około dziesięciu topowych hollywoodzkich aktorek, w tym Kim Basinger i Michelle Pfeiffer. Ale to nie one zagrały główną rolę. Do finału weszły Rachel Ward i Jane Seymour. - Jane wypadła świetnie. Jej warsztat aktorski był dużo lepszy niż Rachel - zdradził Wolper. - Wyszłam z przesłuchania i byłam w dobrym nastroju, a oni powiedzieli, że poszło mi fatalnie - wyjawiła Ward, która jednak dostała angaż.

- Do roli Meggie potrzebowaliśmy najbardziej kruchej kobiety, jaką można sobie wyobrazić. Nieważne, jak bardzo Jane się starała, biła z niej zbyt duża pewność siebie. Z kolei Rachel wyglądała jakby za chwilę miała się rozpaść na kawałki. I tę delikatność było też widać na ekranie - ujawnił Wolper.

Kangur w Ameryce


W międzyczasie twórcy borykali się z innym problemem. Powieść rozgrywała się w Australii. Niestety, okazało się, że wszystkie wiejskie posiadłości, w których można kręcić serial znajdowały się setki kilometrów od cywilizacji. Poza tym przepisy nakazywały, by seriale miały w obsadzie tylko dwóch zagranicznych aktorów - resztę musieli stanowić Australijczycy.

W związku z tym trzeba było kręcić w Kalifornii. Ogromną posiadłość zbudowano od zera. Były już owce, brakowało tylko... kangurów. - Wynajęliśmy jednego. Pogoda była koszmarna. Było mu tak gorąco, że nieustannie musieliśmy go polewać wodą - zdradził Wolper.

Nie obyło się bez wpadek. Niektóre samochody mają zainstalowane kierownice z innej strony niż w Australii i poruszają się złą stroną szosy. Szczegóły techniczne nie miały jednak znaczenia dla widzów zafascynowanych romansem, pełnym namiętności i bólu. W ich pamięci do dziś pozostały takie zdania jak: "Wyszłam za innego mężczyznę, by zapomnieć o tobie", "Idź do tego swojego Boga. I tak wrócisz do mnie".

A co o serialu myślała autorka powieści? Nie cierpiała go! - Ward nie umiała grać, a Chamberlain łaził ciągle mokry z wytrzeszczonymi oczami - mówiła. Ale swojej powieści też nie znosiła. - Postać Meggie wzorowałam na mojej matce - wyznała. - To bardzo duże wyzwanie, żeby pisać liczącą 280 tys. słów książkę i nienawidzić swojej bohaterki. Meggie ucieleśnia wszystko, czego w matce nie znosiłam. Całe życie cierpiała i najgorsze jest to, że uwielbiała to robić.

Na planie nie było łatwo. Pierwsza scena zagrana przez Ward wypadła tak słabo, że zadzwoniono do Seymour z prośbą o zastępstwo. Chamberlain w wywiadach zapewniał, że pomiędzy nim a Rachel była chemia na ekranie, ale ludzie z ekipy mówili, że w ogóle się nie dogadują. Coś w tym było, bo dopiero po 30 latach od premiery serialu zgodzili się na spotkanie, by opowiedzieć o kulisach pracy.

Chamberlain miał jeszcze jeden kłopot. Ukrywał, że jest w związku z mężczyzną, Martinem Rabbettem. - Grupy rozhisteryzowanych nastolatek biegały za mną, tygodniowo dostawałem 12 tysięcy listów od fanek - mówi. - Nie mogłem ujawnić swojej orientacji, bo to zakończyłoby moją karierę. Dlatego udawałem, że interesują mnie kobiety.

A jednak ciepło wspomina serial, najchętniej zaś jego wzruszające zakończenie, w którym grany przez niego ksiądz umiera. - To było piękne. Myślę, że Bóg i aniołowie aż zatrzymali się, żeby na to popatrzeć - mówi.

MICH

Nostalgia 6/2016

Zobacz także:


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje