Przejdź na stronę główną Interia.pl
Artystka jest obecna

Marina Abramowić

Sprawiła, że blisko milion osób czekało w wielogodzinnych kolejkach, by tylko spojrzeć jej w oczy. Marina Abramowić, kiedyś nierozumiana, to dziś najbardziej wpływowa kobieta sztuki współczesnej.


Reklama

"Kiedy Charlotte i ja usłyszałyśmy, że w galerii w Chelsea pewna kobieta ma zamiar przez cały tydzień nie mówić i nie jeść, postanowiłyśmy natychmiast to zobaczyć", opowiada Carrie Bradshaw na początku 12. odcinka szóstego sezonu "Seksu w wielkim mieście".

Rzeczywiście przyjaciółki wkrótce pojawiają się w tłumie ubranych głównie w czerń bywalców galerii. Zgromadzeni z pokerowymi twarzami obserwują niezwykłą instalację: umieszczone na podwyższeniu małe mieszkanie bez ścian i uwięzioną w nim kobietę. Do mieszkania można dostać się tylko w jeden sposób - po wąskiej drabinie. Kłopot w tym, że jej szczeble zastąpiono ostrymi nożami. W przeciwieństwie do reszty widzów Carrie to nie przekonuje.

"Co w tym niezwykłego? Tak mniej więcej wygląda sobotni wieczór samotnych kobiet na Manhattanie. A poza tym mogę się założyć, że tak w okolicach drugiej w nocy ta nieszczęśnica spuszcza się po ukrytej gdzieś linie i leci na drinka lub hamburgera", szepcze, nie zważając na oburzenie wokół. Choć w kultowym już dziś serialu nie jest to nigdzie powiedziane, to scena w galerii powtarza kropka w kropkę pracę "The House With The Ocean View" (2002), której autorką jest Marina Abramović.

W "Seksie w wielkim mieście" performance zyskuje status symbolu - to wydarzenie, na którym trzeba się pojawić. Wszyscy o nim mówią. Po prostu jest hot. Na to, że awangardowa serbska artystka zyskała na początku XXI wieku status porównywalny z gwiazdami muzyki czy filmu, są inne dowody.

Abramović wystąpiła w reklamie domu mody Givenchy, zaprojektowała kolekcję ubrań dla prestiżowego sklepu internetowego Net-a-Porter, dawała lekcje Lady Gadze, kręciła filmy z aktorem Jamesem Franco i najsłynniejszym raperem świata Jayem Z. Legendarny reżyser teatralny Robert Wilson poświęcił jej spektakl zatytułowany "The Life And Death Of Marina Abramović" (2011), w którym oprócz samej Mariny wystąpił również Willem Dafoe. Muzykę do przedstawienia skomponował ulubieniec nowojorskiej bohemy Antony Hegarty. Sukces przełożył się też na pieniądze.

Artystka za pomocą popularnego portalu Kickstarter zebrała w internecie miliony dolarów na budowę Marina Abramović Institute. Co na to prawie 70-letnia dziś babcia performance’u? "Wiecie, co jest interesujące? Przez 40 lat mają cię za wariatkę, wysyłają do psychiatryka, by teraz wreszcie docenić. Jak widać, trzeba się sporo naczekać na poważne traktowanie".

Żeby cię nie popsuć

Zacznijmy jednak od początku. Marina Abramović przyszła na świat w 1946 roku w Jugosławii. Jej rodzice, Danica i Vojo, byli bohaterami wojennymi, którzy z zaangażowaniem budowali lepszą komunistyczną przyszłość, służąc reżimowi Tity. Ojciec Mariny był generałem, matka - dyrektorką Muzeum Rewolucji i Sztuki w Belgradzie. Marina nie była im do niczego potrzebna, ale skoro już się pojawiła, to trzeba ją było przysposobić do życia w społeczeństwie.

A Danica i Vojo znali tylko jeden sposób wychowania: tresurę. Ich córka była poddawana wojskowemu drylowi nawet nocą. Matka budziła dziewczynkę za każdym razem, kiedy ta za bardzo rozkopała pościel. Marina nauczyła się więc spać w kompletnym bezruchu. Do dziś podobno łóżka w hotelowych pokojach po wizycie Abramović wyglądają tak, jakby w nich wcale nie spała.

Inną dyscyplinującą metodą stosowaną przez Danicę był rzut kryształową popielniczką. Marina potrafiła uniknąć uderzenia nawet wtedy, gdy stała do matki tyłem. Po prostu czuła, że musi się uchylić. Kolejnym wspomnieniem z dzieciństwa, do którego artystka nieustannie powraca, jest pewien bal kostiumowy: "Gdy miałam cztery lata, matka przebrała mnie za diabła. Wszystkie dzieci miały wesołe kostiumy: były kowbojami, księżniczkami. A ja wyglądałam tak dziwacznie, tak żałośnie. Mała, smutna dziewczynka z rogami. Myślę, że ten kostium naznaczył moje życie...".

Zanim zapłaczemy wspólnie nad losem małej Mariny, dodajmy szybko, że Abramović na szczęście miała jeszcze babcię. Ciepłą kobietę, która dzieliła czas pomiędzy gotowanie a wizyty w cerkwi. Ona potrafiła przytulić Marinę, pogłaskać po głowie, pocałować. Matka tego nie robiła. Gdy po wielu latach Marina zapytała Danicę, dlaczego nigdy jej nie całowała, usłyszała krótką i konkretną odpowiedź: "Nie chciałam cię zepsuć".

Nic dziwnego, że dzieciństwo - ta dziwna mieszanka komunistycznej dyscypliny i mistycyzmu - stało się ważną częścią osobistej mitologii Mariny Abramović. Artystka komentuje to tak: "Patrzycie na wiele Marin. Marinę, która była produktem dwojga bohaterów narodowych, mówiących jej, że liczy się tylko siła. A także na tę obok: dziewczynkę, która dostała od matki za mało miłości. I jeszcze inną, która posiadła po wielu latach duchowy spokój i potrafi wznieść się ponad to wszystko. Ją lubię najbardziej".

Zabawa nożami

Nastoletnia Abramović znalazła w końcu sposób, by wybić się na niepodległość. Pewnego dnia celowo nie uchyliła się przed nadlatującą kryształową popielniczką. Przerażona matka musiała zawieźć ją do szpitala i tłumaczyć pokrętnie, jak doszło do tego dziwnego wypadku.

A potem Marina zapisała się do Akademii Sztuk Pięknych w Belgradzie. Choć wciąż musiała wracać do domu przed 22, to zyskała sporo wolności. Pewnego razu na zajęciach z malarstwa wyjrzała przez okno... Na niebie odrzutowce zostawiały swoje ślady. Marina pomyślała, że lepiej jest malować na niebie niż na płótnie. Wkrótce udała się do jednostki wojskowej z prośbą o wypożyczenie paru odrzutowców. Przełożeni jednostki zastanawiali się, kto ma zadzwonić do generała Abramovicia i powiedzieć mu, że jego córka zwariowała.

A potem zaczęła się zachowywać jeszcze dziwniej. Organizowała pokazy, które po angielsku nazywała performances. Jeździła na przykład 16 godzin furgonetką wokół małego placu w Belgradzie, wykrzykując przez megafon kolejne liczby. Ale to jeszcze nic, bywało znacznie gorzej, jak donosiły ojcu Mariny organa bezpieczeństwa. Panna Abramović kładła się na przykład wewnątrz płonącej pięcioramiennej (a więc komunistycznej) gwiazdy, "narysowanej" benzyną na chodniku. Zabrakło jej tlenu (czy to nie aluzja, że wszyscy dusimy się w naszej Jugosławii?) i cudem ją odratowano.

Innym razem czesała się tak długo, że z włosów zaczęła jej kapać krew. Albo przyjmowała publicznie środki psychotropowe, które przepisywano kobietom w szpitalach psychiatrycznych. Chciała się dowiedzieć, jak działają. A właściwie chciała, żeby przekonali się o tym ci, którzy ją obserwowali (dodajmy, że wszystkie te samookaleczenia, podpalenia i inne straszne rzeczy Marina robiła przed 22, bo potem musiała wracać do domu).

O co w tym wszystkim chodziło? Już w latach 60. XX wieku rozwijała się w sztuce współczesnej silna opozycja przeciwko malarstwu. Martwej dziedzinie chciano przeciwstawić ulotne, jednorazowe działanie, w którym artysta poddawał swoje ciało najrozmaitszym, często brutalnym doświadczeniom. Celem tego procesu było wytrącenie widzów ze "strefy komfortu", uświadomienie im, jak zwodnicze jest ich poczucie bezpieczeństwa, konfrontacja z czymś dzikim, pierwotnym, nieokiełznanym.

W tych działaniach Marina posuwała się dalej niż ktokolwiek inny. Do historii przeszedł na przykład jej performance z 1974 roku zatytułowany "Rhythm 0". W galerii Studio Morra w Neapolu Abramović postawiła stół, a na nim położyła m.in. bat, nożyczki, skalpel, różę, perfumy, pistolet i jedną kulę. Na stole była też instrukcja: "Oto 72 przedmioty, których możecie użyć wobec mnie. Biorę za wszystko pełną odpowiedzialność".

Początkowo widzowie, a właściwie uczestnicy performance’u, byli nieśmiali. Ktoś podarował jej różę, ktoś inny skropił perfumami. Po sześciu godzinach ubranie artystki zostało kompletnie pocięte skalpelem. W jej brzuchu tkwiły kolce róży, a pewien mężczyzna w drogim garniturze trzymał przy jej skroni naładowany pistolet...

"Przekonałam się, że nawet tak zwana kulturalna publiczność może cię zabić, gdy warunki jej na to pozwolą", komentowała Marina. Nie trzeba chyba dodawać, że podobne działania przez długie lata spotykały się ze skrajnym niezrozumieniem, wywoływały święte oburzenie i nasuwały zasadniczą wątpliwość. "Czy na tym ma polegać sztuka? To pytanie padało bezustannie od początku mojej kariery. Trochę mi go brakuje. Teraz ciągle pytają, ile naprawdę mam lat", żartuje artystka.

Urodzeni 30 listopada

Ludzie nie zawsze zmieniają się w bestie. Widzowie z Neapolu chcieli ją zabić, z Amsterdamu pragnęli ocalić. To właśnie tam w 1975 roku Marina zaprezentowała jeden ze swoich najbardziej drastycznych performance’ów nazwany "Thomas Lips". Na początek zjadła kilogram miodu i wypiła litr wina. Następnie wycięła żyletką na swoim brzuchu znaną nam już pięcioramienną gwiazdę. Jakby tego było mało, zaczęła się biczować. Potem położyła się skrwawionymi plecami na krzyżu zbudowanym z brył lodu.

Od góry ranę na jej brzuchu owiewało ciepłe powietrze z potężnego grzejnika. Naga Marina zamarzała więc i topiła się jednocześnie. Paru widzów nie wytrzymało. Wdarło się na scenę i zdjęło z krzyża omdlałą artystkę. Wśród nich był o trzy lata starszy od Abramović niemiecki performer Frank Uwe Laysiepen, posługujący się pseudonimem Ulay.

Od tamtej chwili stali się nierozłączni. "Odnaleźliśmy się jak rozdzielone rodzeństwo. Czy to nie dziwne, że obydwoje jesteśmy Strzelcami i urodziliśmy się 30 listopada? Połączyło nas więc chyba przeznaczenie", mówił Ulay. Ujmując rzecz mniej romantycznie, można powiedzieć, że pierwszy raz w życiu Marina spotkała na swojej drodze kogoś równego sobie. Tak samo zdeterminowanego, tak samo gotowego poświęcić wszystko dla sztuki. Ktoś powie, że tak samo szalonego.

Zamieszkali w furgonetce, którą zaczęli przemierzać Europę. "Byliśmy jak współcześni nomadzi. Nas dwoje, pies i wszechświat. Ile wiary, nadziei i niewinności było wtedy w naszym życiu!", wspomina ze łzami w oczach Marina. Podróżowali, klepali biedę i tworzyli. Wtedy powstały kolejne prace z cyklu "Relation Works", o których dziś naucza się na kursach historii sztuki XX wieku. Na przykład performance "Imponderabilia" (1977), w którym obydwoje stali nago w wąskim korytarzu - gdy ktoś z widzów chciał przejść dalej, musiał się o nich otrzeć i spojrzeć w oczy albo Ulayowi, albo Marinie.

Porzegnanie na chińskim murze

Ale ktoś w tym związku był jednak silniejszy. Po raz pierwszy wyszło to na jaw przy okazji pracy "Night Sea Crossing", gdy Marina i Ulay przez wiele dni siedzieli przy pustym stole. "Bierność, bezczynność są uznawane za bezwartościowe w zachodnim społeczeństwie. Podobnie jak cisza i post. Nasze nieruchome trwanie burzyło spokój widzów", tłumaczy sens tego performance’u Ulay.

Tylko że pewnego dnia wstał. "Twierdzi, że nie mógł wysiedzieć, bo był tak chudy, że kości wbijały mu się w śledzionę. Cóż, jogini jakoś dają radę. W każdym razie ja siedziałam dalej", nawet po wielu latach w głosie Mariny wyczuwa się skrywaną złość. "Im lepsze prace tworzyliśmy, tym gorzej było między nami", ocenia z perspektywy czasu Abramović. Aż przyszedł czas na "The Lovers" z 1988 roku. Performance miał polegać na wspólnym przejściu Wielkiego Muru Chińskiego. Ona ubrana w czerwień zacznie podróż od strony pustyni, on w błękicie - od morza. Aż w końcu się spotkają. Gdy planowali ten performance, jego finałem miał być ślub. Okazało się, że było nim rozstanie. Starania o prawo do przejścia muru trwały aż osiem lat.

Przez ten czas Ulay wdał się w romans z chińską tłumaczką, która - gdy wyruszał, by spotkać się z Mariną - oznajmiła mu, że spodziewa się dziecka. Marina mu tego nie wybaczyła. "Niczego nie żałuję. Dwanaście lat razem było tak intensywne i mocne jak dla innych całe życie. Skończyło się tak, jak zaczęło. W mgnieniu oka", wspomina Ulay. Od rozstania na Wielkim Murze Chińskim para od ponad 20 lat porozumiewa się tylko przez prawników.

Płakałem na Marinie

"Następnego dnia po pożegnaniu z Ulayem obudziłam się i poczułam, że jestem stara, gruba, brzydka. I niechciana", opowiadała Abramović. Ale po pewnym czasie Marina znalazła sposób, by takim odczuciom zaradzić. "Miałam pierwszy raz w życiu sporo pieniędzy, więc weszłam do sklepu, który do tej pory omijałam szerokim łukiem. Kupiłam sobie pierwszą suknię od projektanta. Od tamtej chwili wiedziałam, że kocham modę. Była moją sekretną pasją", wspomina.

Ale nie tylko tunika od Yohji Yamamoto pozwoliła jej się pozbierać. Marina Abramović pracowała. Pracowała jak obłąkana. Sytuacja na rynku sztuki się zmieniła. Performance przestał być wybrykiem czy ekscesem, niepostrzeżenie wszedł do głównego nurtu. A Mariny było wszędzie pełno.

To pojawiła się na Biennale w Wenecji, to pokazała kilka performance’ów w Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku. Niektóre jej nowe prace zyskały też pewien rodzaj glamouru, który podobał się coraz szerszej publiczności. Na przykład we wspomnianym już Muzeum Guggenheima Abramović pokazała "Entering The Other Side" (2005). W centrum opisywanego w podręcznikach architektury budynku pojawiła się gigantyczna niebieska suknia. Gdzieś wysoko wystawał z niej tułów Mariny. Artystka rytmicznie poruszała rękoma i recytowała swoje przesłanie. Owacjom nie było końca. Wreszcie nadeszła pora, by ostatecznie potwierdzić swoją artystyczną pozycję. A jest na to w świecie sztuki jeden sprawdzony sposób: retrospektywna wystawa w nowojorskim Museum of Modern Art.

Podczas ekspozycji 30 młodych artystów odtwarzało legendarne performance’y Abramović. Pokazana miała być tylko jedna nowa praca, zatytułowana tak jak cała wystawa "The Artist Is Present" (Artystka jest obecna). Abramović podjęła to ogromne ryzyko. "Najtrudniej zrobić coś, co prawie nie istnieje", ostrzegała samą siebie.

Tym razem nie było bowiem noży, krwi, płonących gwiazd. Były pusta przestrzeń, stół i dwa krzesła. Na jednym z nich przez trzy miesiące, od 14 marca do 31 maja 2010, sześć dni w tygodniu, siedem i pół godziny dziennie będzie nieruchomo siedzieć Marina. Na drugim na tak długo, jak będzie mieć na to ochotę, może usiąść każdy. I patrzeć Marinie w oczy.

Eksperyment się powiódł. Naprzeciwko Mariny usiadło przez te trzy miesiące ponad pół miliona osób. Starych, młodych, wszelkich ras i narodowości. Były wśród nich gwiazdy Hollywood, emeryci z Teksasu, buddyjscy mnisi i poszukujące sensu życia nastolatki z Helsinek. Czemu chcieli patrzeć w oczy Mariny? "Jest tyle powodów, dla których ludzie siadają przede mną! Niektórzy są wściekli. Inni ciekawi. Jeszcze inni bardzo się otwierają i czujesz niesamowity ból. Staję się zwierciadłem dla ich »ja«", tłumaczyła Abramović. Inaczej widział to kurator wystawy Klaus Biesenbach: "Patrzenie w oczy Mariny jest tak uwodzące, bo ona każdego obdarza takim samym szacunkiem i uwagą. Każdy dostaje fragment jej życia w prezencie".

Pod koniec trwania wystawy rozpętała się prawdziwa histeria. Ludzie czekali całe noce na otwarcie MoMy, powstały listy społeczne, takie, jakie niektórzy z nas znają z czasów PRL-u. Na Facebooku zaczęła działać grupa Płakałem na Abramović. Pewnego dnia przed Mariną siada ktoś, kogo się nie spodziewa. Ulay. Po jej policzkach płyną łzy. Jedyny raz łamie zasady gry: pochyla się w stronę Ulaya i łapie go za ręce.

Po pewnym czasie "jej bliźniak", tak jak każdy z widzów, wstaje i odchodzi. A co z Mariną? Klaus Biesenbach uspokaja: "Nie martwcie się o nią. Ulaya już nie ma. Teraz publiczność jest jej kochankiem".

PS W zeszłym roku Ulay wytoczył proces Marinie Abramović. Do tej pory artystka płaciła mu 20 proc. tantiem za stare performance’y. Ulay uważa, że należy mu się znacznie więcej. Potrzebuje pieniędzy, bo jego kariera utknęła w martwym punkcie.

Jarosław Topolewski

PANI 10/2016

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje