Przejdź na stronę główną Interia.pl

Anna Dymna: Pani daj pieniążki, daj!

Ma dwa wcielenia. Pierwsze jako aktorka, piękna, grała seksbomby i królowe. I drugie, gdy zrozumiała, że życie ma sens, kiedy myśli się o innych, nie o sobie. Anna Dymna, szefowa Fundacji "Mimo Wszystko". Dostaje setki próśb o pomoc, o leczenie, pieniądze. Nie wszystkie spełni, cudów nie ma, trzeba wybierać: temu dać, tamtemu nie. To mądrość pomagania. Gdy serce pęka, popłakać można w nocy, w poduszkę. I płacze, przecież jest człowiekiem. A potem przychodzi list: "Dzięki Pani zrozumiałem istotę piękna. Być pięknym to być czystym jak kropla górskiej wody, dobrym jak dotyk mamy. Być jak Pani. Z wyrazami szacunku — Tomasz".

Czekam od rana na ten telefon. Mam ustalić godzinę wywiadu z Anną Dymną. Idę pobiegać do Lasu Kabackiego. Kończę, zerkam na wyświetlacz: pięć nieodebranych połączeń od Dymnej! Oddzwaniam, mówię, że byłem w lesie, ona podchwytuje temat: a w którym, czy dużo już grzybów? Kilka minut gadamy o podgrzybkach i maślakach. Potem zaprasza mnie na 19.30 do Teatru Polskiego.

Reklama

Wcześniej ma jeszcze jeden wywiad. Nie, nie za późno, nie będzie zmęczona: jest przyzwyczajona pracować na pełnych obrotach do późna. Jadę!

Jak nie pomagać ludziom?

Anna Dymna: Może nie pomagać głupio? Choć to trudne, bo zwykle kierujemy się odruchem serca i wydaje nam się to najlepsze. Pamiętam żebraczkę za komuny, która leżała na kartonach na ulicy Siennej w Krakowie. Modliła się, śmierdziała. Kiedyś taksówkarz mi mówi: "Wie pani, ona codziennie stąd taryfą odjeżdża, mieszka na nowym osiedlu". Superaktorką była. Gdy grałam w Reformatorze rolę żebraczki, wzięłam ją za pierwowzór, chodziłam po scenie z kartonami.

Nie pomaga pani żebrakom?

- Nie daję pieniędzy. W piekarni podszedł Cyganek: "Pani, daj pieniążki, daj". Kupiłam mu pączka, a on nim rzucił we mnie i wściekły uciekł. Te dzieci są biedne, bo muszą zbierać pieniądze i zanosić tatusiowi. Albo podchodzi facet lekko nawalony, dwa metry wzrostu, trzydzieści lat i mówi: "Da pani na zupę". Pytam: "Dlaczego mam panu dać na zupę?". On: "Bo ja nie mam". Pytam: "A skąd ja mam mieć na pana zupę? Pan młody jest, zdrowy, a ja stara baba, boli mnie kręgosłup, weźże się pan do roboty". On: "Nikt mnie nie chce zatrudnić". Ja: "Bo pan nawalony jest, weź się pan pozbieraj". Ale znam wielu bezdomnych, rozmawiam z nimi, znam ich losy.

- To niezwykli ludzie, czasem też straceńcy z wyboru. Nie zmienisz im życia, dając dwa złote. Pod Starym Teatrem zagadują mnie sympatycznie: "Pani właścicielko, co dzisiaj idzie, jaki spektakl? Najlepsze to są Damy i huzary, bo pani gra, Trela, Lubaszenko, zawsze coś się dostanie". Podjechałam kiedyś na rowerze i w sklepie monopolowym obok teatru kupiłam cztery butelki wina na przyjęcie. Oni zaraz: "Pani Aneczko, k..., ma pani jakąś resztóweczkę?". Mówię: "Panowie, przypilnujcie mi roweru, a ja pójdę po kurczaka, może jakaś resztóweczka mi zostanie".

- Patrzę z kolejki, a tu podchodzi trzeci, ciągnie ich, żeby zabrać wina i uciekać. Zaczynają się bić. Jeden z tych "moich" okłada tamtego, a drugi trzyma bohatersko rower z winem. Byłam z nich dumna. Kupiłam im cztery puszki heinekena. Mówili potem: "Aleśmy mieli eleganckie przyjęcie!".

W Alejach Jerozolimskich w Warszawie siedzi ojciec z dwójką dzieci. Ciężko przejść obok.

- A jakie ma dzieci?

Nie wiem. Są owinięte kocami.

- Gdybym widziała ojca z dwójką dzieci i by mi serce pękało, spytałabym, dlaczego siedzi na ulicy, nie pracuje. Powiedziałabym, żeby się zgłosił do fundacji, by o tym poważnie porozmawiać.

A potrafi pani dać spokój? Machnąć ręką? 

- Już nie. Moich podopiecznych nie mogę opuścić do końca życia. Powinnam wyłączać o północy komórkę, żeby się wyspać. Ale parę razy mi się zdarzyło, że dzięki temu, że była włączona, ktoś żyje. Znam przecież wielu ludzi z depresją, z kłopotami psychicznymi, choćby z mojego programu Spotkajmy się. Mają moją komórkę, często piszą. Po trzeciej w nocy dostaję SMS: "Pani Aniu, dziękuję za wszystko, już nie mogę dłużej żyć. Tym razem może się uda". Gdyby to był chory psychicznie, wzięłabym tę wiadomość za konfabulację, setki razy już to przerabiałam. Chcą zwrócić na siebie uwagę i dzwonią po nocach. Ale ci z depresją nie zmyślają. Dzwonię, nikt nie odbiera. Na pogotowiu w tym mieście telefon wyłączony, w szpitalu ktoś rzuca słuchawką. Jest środek nocy, chcę iść spać. Ale jeśli ktoś naprawdę umiera? Dzwonię na policję: "Nazywam się Anna Dymna, nie zwariowałam, być może pod adresem takim i takim w waszym mieście ktoś popełnił samobójstwo, otruł się". Wysłali patrol, wyważyli drzwi i uratowali człowieka. A gdybym nie zareagowała!? 

Kiedy dowiedziała się pani, że są na świecie ludzie nieszczęśliwi? 

- Dostawałam listy od widzów, a w nich marzenia, wyrazy uwielbienia, propozycje matrymonialne. Kiedy padła komuna, listy się zmieniły. Wylewał się z nich ocean rozpaczy, samotności. W odruchu serca usiłowałam tym ludziom jakoś pomóc. Robiliśmy z kolegami zbiórki, coś wysyłaliśmy. Aż się zorientowałam, że to żadna pomoc i jak dasz coś ludziom, oni żądają więcej. 

Zawsze tak jest? 

- Jasne, że nie. Rozpaczliwy list przysłał mi mężczyzna, którego żona umarła na raka, miał troje dzieci, jedno niepełnosprawne. Nie mieli co jeść, a dzieci chodziły do szkoły na zmianę, bo nie miały tylu par butów. Nie podał adresu zwrotnego, więc wiedziałam, że to nie jest próba wyłudzenia. Ale napisała też kobieta: "Mam córkę w pani wieku, pani nie jest od niej ani ładniejsza, ani mądrzejsza. A pani ma miliony. Jakby pani sprzedała jedną perłę ze swojej korony...". 

Korony Barbary Radziwiłłówny? 

- Tak, ludzie myślą, że jeśli ja gram królową, pokazywane w filmie skarby są moje. Ta kobieta poprosiła o futerko rozmiar 38, szary kostiumik wełniany, buty i jeszcze pieniądze na lekarstwa. Wysłałam jej 100 złotych, a ona w kolejnym liście zażądała 500. 

Dlaczego w ogóle pani odpowiedziała? Przecież to bezczelny list. 

- Myślałam, że może ona jest w rozpaczy, chciałaby coś zrobić dla córki. Uczyłam się, jakie historie stoją za listami. Czasami piszą osoby uzależnione, naciągacze, kombinatorzy. Zwykle już się orientuję, że coś jest nie tak, i teraz po prostu sprawdzam. A gdy 12-letnie dziecko błaga, żeby ratować mamusię i tatusia, bo są chudzi i cały czas siedzą w piwnicy, jest to prawda. Ci rodzice byli narkomanami, robili w piwnicy kompot, a dziecko nie miało co jeść. 

Skąd pani wie? 

- Zadzwoniłam do MOPS-u w tej miejscowości i zapytałam. Wiedziałam już wtedy, że są wokół bezradni ludzie, cierpiące dzieci. I co miałam z tym zrobić? Zaczęła się moda na bale charytatywne. Co sobotę był bal: dla dzieci chorych na białaczkę, na mukowiscydozę albo po dializach. Jak mówiłam: "Dobrze, to ja przyjdę na mukowiscydozę", słyszałam: "Jak to?! Jest pani obojętny los dzieci z chorymi nerkami?". Chodziłeś na imprezy charytatywne, ktoś cię poklepywał, dawał ci 100 złotych na szczytny cel. Dziwne uczucie. Czasem myślałam, że wolałabym oddać połowę pensji, żeby nie chodzić na te bale. Albo w ogóle nic nie robić, by nie słuchać złych słów.

Jakich słów? 

- Co roku na Wszystkich Świętych zbieram na odnowę Cmentarza Rakowickiego. Stoję z puszką w deszcz czy mróz trzy godziny, kręgosłup mi pęka. I zdarzało się, że przychodzili ludzie: "No co, na domek se pani zbiera?". Żal mnie wtedy ogarniał. Próbowaliśmy też pomóc komuś przez Kościół. Zrobiliśmy zbiórkę i przekazaliśmy żywność, a ksiądz mnie zapytał, czy chcę to odpisać od podatku. Nauczyłam się, że pomaganie może być tak postrzegane: człowiek niby pomaga, a sam zyskuje. Zbierałam doświadczenia. 

Dziś jest pani magistrem inżynierem od pomagania. 

- Miałam wspaniałe wzorce. Na przykład ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski był inżynierem pomagania wcześniej ode mnie. To on zaprosił mnie do jury na przeglądzie twórczości teatralno-muzycznej osób niepełnosprawnych intelektualnie. Bałam się okropnie, nie znałam takich ludzi. Tam było jak na innej planecie. Wśród istot, które nie potrafią wyrazić uczuć słowami, ale potrafią cię wyściskać, wycałować. Mówili do mnie "mamo". Nie umieli grać, ale czerpali ogromną radość z tego, że stoją na scenie. Tamten dzień mnie odmienił. 

Nagłe olśnienie? 

- Nie do końca. W drodze do domu rozbolała mnie głowa, dostałam gorączki i Bogu dziękowałam, że moje dziecko nie jest takie. Zdziwiło mnie, że oni mnie od razu kupili. Jak pojechałam drugi raz i usłyszałam: "Ania, mama, przyjechała!", poczułam się naprawdę potrzebna. Że ci ludzie cieszą się, bo mnie lubią. Tylko za to, że jestem. A całe życie byłam oceniana przez pryzmat ról. I przysięgam, że nie wiedziałam nawet, czy się facetom podobam. 

Chyba pani kokietuje, najpiękniejsza polska aktorka lat 70. i 80.?! 

- Ludziom się podobała Klaryska z Janosika, Marysia Wilczurówna ze Znachora, Basia Radziwiłłówna. Nie ja. Kiedy poszłam na sylwestra z mężem i koleżanką, to ją prosili do tańca, a mnie dopiero wtedy, jak się uwalili. 

Do pani nie można tak po prostu podejść, ja od dwóch tygodni opowiadam, że będę miał wywiad z Dymną. 

- No widzi pan? Całe życie tak jestem traktowana. Albo mnie nie lubią za to, że jestem aktorką, albo mnie uwielbiają, w ogóle nie znając. Tam widzieli we mnie człowieka. Ci ludzie pokazali mi też, że białe jest białe i nie trzeba nikomu wciskać kitu, że jest różowe. A my tak robimy, manipulujemy. Nie mówimy prawdy, tylko kombinujemy, co nam się opłaca powiedzieć. U niepełnosprawnych intelektualnie to nie wchodzi w grę, rozumieją świat sercem, a nie mózgiem. Potrzebuję ich. Gdy mam dość wyrafinowanego mądrego świata, to do nich jadę, by złapać pion i przypomnieć sobie, co w życiu jest ważne. Wczoraj pojechałam i dziś mam siły tytana. 

No nie! 

- Pan w to nie wierzy, a to prawda. Kontakt z moimi podopiecznymi jest trudny, to ludzie zapętleni różnymi chorobami, słowami, emocjami. Ale są bardziej wrażliwi niż my. Gdy są sami, cierpią, a jak są z kimś, to się uśmiechają. Ja się po prostu z nimi zaprzyjaźniłam. I zorientowałam się, że mogę im się przydać. Pomagałam im robić minispektakle, zorganizowałam festiwal twórczości teatralno-muzycznej osób niepełnosprawnych intelektualnie Albertiana w Teatrze Słowackiego w Krakowie. Co mam odpowiedzieć, gdy dziennikarz zadaje pytanie, dlaczego miliony społeczne wydaję na debili? On tego i tak nie pojmie. Ja też nie pojmuję, dlaczego tacy ludzie się rodzą, żyją, po co jest cierpienie. I nigdy do końca nikt nie pojmie. Ale dlaczego nie zapalić światełka tam, gdzie jest tak ciemno? 

- Gdy zadzwonił do mnie ksiądz Zaleski z Radwanowic, że w wyniku nowelizacji ustawy część jego podopiecznych traci prawo do dofinansowanych przez państwo warsztatów terapeutycznych i żebym coś zrobiła, to wiedziałam, że muszę coś zrobić. Ale co? Do domu ich przecież nie wezmę. 

I postanowiła pani założyć fundację? 

- Myślałam o tym, prowadziłam w telewizji program "Spotkajmy się". Rozmawiałam z ludźmi o chorobach, a tak naprawdę o samotności, miłości, pasjach. Znów zaczęłam dostawać listy, ale inne: "Ja bym dał pieniądze, żeby pani komuś pomogła". W końcu ktoś zapytał: "Dlaczego pani nie założy fundacji? My byśmy pani ufali". Najpierw się nastroszyłam: "Ja, fundację?!". Dopiero kiedy trzeba było otworzyć warsztaty terapii artystycznej, żeby uratować moich przyjaciół z Radwanowic, złożyłam papiery do sądu. 

Nazwę fundacji wzięła pani z napisu na przytułku w Kalkucie: "Ludzie postępują nierozumnie, nielogicznie i samolubnie - kochaj ich mimo wszystko...". A dalej o odnoszeniu sukcesów, pomaganiu i budowaniu "mimo wszystko". 

- Padał deszcz, wracałam z podopiecznymi z przedstawienia "Stworzenie świata", które graliśmy na Rynku w Krakowie. Podeszła do mnie grupa nastolatków: "Pani Aniu, zimno, nie? Ale jakby pani było kiedyś źle, mamy tu taki fajny tekst". I wyciągnęli kartkę z wierszem. Pomyślałam, że "Mimo Wszystko" to świetna nazwa dla fundacji. Będę się przecież zajmowała ludźmi, którzy - choć są tacy, co uważają inaczej - mimo wszystko są pełnoprawnymi, niezwykłymi ludźmi. Będzie ciężko, ale mimo wszystko trzeba spróbować im pomóc. We wrześniu 2003 roku zarejestrowałam fundację, a już w lutym 2004 roku otworzyłam w Radwanowicach warsztaty terapii artystycznej. Chwilę byłam sama, ale już wkrótce pojawili się koło mnie wspaniali ludzie, których mogłam zatrudnić. Szybko dostaliśmy tak zwany pożytek publiczny. 

Czyli jeden procent, który można odpisać od podatku. Pani zgarnia rekordowo dużo. 

- To się zmienia. Zależy od sytuacji w kraju, od zarobków ludzi. Raz uzbieraliśmy około 12 mln. Ale potem był kryzys i sumy malały co roku, aż zatrzymały się na czterech milionach.

Pomocowcy - jak mówią o sobie ludzie z organizacji zajmujących się pomaganiem - trochę pani nie lubią. Zazdroszczą, że dostaje pani większą część tortu. 

- Przyjaźnię się z wieloma fundacjami, jestem zresztą ambasadorem kilku małych fundacji, pomagamy im, szkolimy, promujemy. Zdaję sobie sprawę, że malutkie fundacje, na przykład zajmujące się chorobami rzadkimi, potrzebują pomocy i nie mają takich możliwości jak taka z twarzą Dymnej, więc ogłosiłam np., że co roku połowę pieniędzy z akcji "Choinki Jedynki" oddaję wybranej fundacji. I robię to od lat. A na zaufanie ludzi pracujemy ciężko od świtu do nocy z całą załogą "Mimo Wszystko". Jestem wolontariuszem, więc nikt mi nie powie, że mam 66 lat i zarabiam szmal w fundacji. Ale nie będę udawać, że się nazywam Anna Kołek, bo jestem Anna Dymna i na swoje nazwisko i znaną twarz pracowałam uczciwie długie lata jako aktorka. Nadal to zresztą robię. 

Zdarzają się oszuści, którzy próbują pani nazwisko wykorzystać? 

- Od razu to zgłaszamy do prokuratury. Wchodzę do kwiaciarni, a tam mówią: "Dobrze, że pani wreszcie przyszła, ciągle ktoś przychodzi zbierać na pani fundację". A ja takiej zbiórki nie organizowałam. Albo ktoś z moim logo organizuje koncert charytatywny, o którym nie wiem. Różnie bywa. 

Jak pani wybiera komu pomóc? Temu dać, temu nie. 

- Podam przykład. Dostajemy z PFRON-u pewną sumę na asystentów osób niepełnosprawnych. Przychodzą prośby z całej Polski. Straszna robota. Żeby sprawiedliwie rozsądzić, musimy dokładnie sprawdzić orzeczenia lekarskie, sytuację rodzinną, finansową, zdrowotną, czasem robimy wywiad środowiskowy. Musimy przecież w końcu zdecydować. 

Ważne są tylko liczby czy chwytające za serce opisy też? 

- Wszystko. Bywa trudno. Czasem są dwie rodziny w takiej samej sytuacji, a jedne pieniądze. Wtedy w ostateczności dzielimy sumę na pół. To jest inżynieria pomagania. Jak serce pęka, popłakać można sobie dopiero w nocy do poduszki. 

Płacze pani? 

- Oczywiście, przecież jestem człowiekiem. Nie płaczę nad sobą, że mnie ktoś skrzywdził czy opluł, bo mnie to guzik obchodzi. Ale jak nagrywamy pięć z kolei odcinków "Spotkajmy się", po dwóch już w środku umieram. Trzymam się, chociaż słucham opowieści, które mnie przerastają, pana by też przerosły. Wracam potem do hotelu, potrafię parę godzin siedzieć na łóżku jak taki obolały głupek. Ale tak naprawdę te rozmowy dają mi najwięcej siły i wiary, że warto pomagać innym mimo wszystko. Ksiądz Jan Twardowski powiedział: "I zapomnij, że jesteś, gdy mówisz, że kochasz". Rzeczywiście - pomagając innym, musisz zapomnieć o sobie. Dziś o piątej rano wyjechałam na spotkanie do Lublina, a teraz dochodzi 22 i rozmawiam o pomaganiu z panem. W samochodzie pojęczę, że mnie boli kręgosłup, no i panu powiedziałam, żeby się pan nie dziwił, że się wiercę.

Najpiękniejsza historia o pomaganiu? 

- Pan to ciągle chce anegdotek. 

Nie anegdotek, tylko faktów. 

- Przyszedł do fundacji list: "Pani Anno, dzięki Pani zrozumiałem istotę piękna. Być pięknym to być czystym jak kropla górskiej wody. Dobrym jak dotyk mamy. Ciepłym jak pierwszy promień lipcowego słońca. To być jak Pani, Pani Anno. Z wyrazami podziwu i szacunku - Tomasz". Ten facet niczego ode mnie nie chce, więc chyba naprawdę tak myśli. Powinnam się wspaniale poczuć, ale nie wiem, czy sobie zasłużyłam na takie słowa. Albo przed świętami dzwonią z radia: "Czy może pani coś powiedzieć? Obojętne co, bo pani jest taka ciepła". Mówię: "Wie pani, chyba powinnam w ciepłowni pracować, podłączyliby mnie do rury i by było ciepło". Po tygodniu zadzwonił do mnie facet, że produkuje grzejniki i czybym je mogła reklamować? 

Czy pani się czuje wspaniale? 

- Teraz? Jak na 66 lat czuję się wspaniale. 

Czy pani się czuje wspaniale, że jest taka dobra? 

- A skąd pan wie, że jestem dobra? Bywam potworem, bo jestem wymagająca. Błędy popełniam. Wie pan, kiedy się czułam wspaniale? Jak byliśmy niedawno z podopiecznymi w fabryce czekolady w Dobczycach. Robiłam sobie zdjęcia w białym fartuchu, wyglądałam jak przodownica pracy na taśmie z michałkami. Ależ to był słodki dzień. W dodatku co chwila podchodził do mnie mój podopieczny i mówił: "Ania - Co? - Kocham cię". W takich momentach czuję się wspaniale. 

Co pani robiła w fabryce czekolady? 

- Wawel organizuje z pięcioma wybranymi fundacjami akcję "Serce rośnie". Kupując czekoladę Wawelu z serduszkiem, możesz wpisać numer na konto wybranej fundacji, między innymi na "Mimo Wszystko". A dla nas każda złotówka pozyskana spoza jednego procenta jest skarbem. Jeżeli dostanę z czekolady pół miliona złotych i wybuduję nad morzem budynek, mogę tam prowadzić działalność gospodarczą na rzecz fundacji. Niestety, te z jednego procenta są obwarowane mnóstwem zakazów i nie mogłabym tak zrobić. 

Zdradzi pani trzy triki, jak wydobyć pieniądze od sponsora? 

- Nie mam trików. Jeśli chcę pozyskać sponsora, mówię mu o konkretnym projekcie. O Akademii Odnalezionych Nadziei, w której niepełnosprawni zdobywają wiedzę. Albo Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, wszyscy widzieli go w telewizji, na to najłatwiej zbierać. Niektórzy przedsiębiorcy sami się do nas zwracają. W fundacji mamy też fundraiserów, którzy szukają kontaktów z firmami, piszą projekty, przekonują - to osobny zawód. 

Pani się tym nie zajmuje? 

- Jak przychodzi co do czego, wszyscy mówią: musi się pojawić pani Dymna. Przedstawiam prośbę tak: "Słuchajcie, dacie mi pieniądze, one są ważne. Ale radość, którą wy będziecie z tego mieli, będzie nie do przecenienia". Kiedy zaczynałam z salonami poezji - znani aktorzy czytają wiersze swoich ulubionych poetów - pomyślałam: "Po co mi jeden bogaty sponsor, wolę tysiąc biednych". Bo wtedy jest tysiąc razy więcej radości. 

Biznesmeni chcą pomagać? 

- Różnie bywa. Czasem coś dają, ale z twardymi warunkami, żądaniami. Logo, baner, spotkanie. Bywa, że trzeba za taką pomoc podziękować. Ale super są ludzie, którzy dają i nie pytają o reklamę. Pamiętam przedsiębiorcę, który nam długo pomagał, a nagle mu się coś posypało w życiu. Jechałam akurat z Warszawy, rozmawiałam w telewizji na temat koncertu Zaczarowane Kolędy. Powiedzieli mi, że go zrobią, jeśli będę miała 50 tysięcy, żeby za coś tam zapłacić. Nie miałam. I wtedy on dzwoni: "Życie mi się zawaliło i pomyślałem, że jeśli dam pani 50 tysięcy, to może się to odwróci". Ja szybko: "Gdyby mi pan dał sto, toby się jeszcze szybciej odwróciło". Zaczął się śmiać i dał mi te 50 tysięcy. Koncert się odbył, a jemu rzeczywiście wszystko się poukładało. 

- Moja mama mówiła, że człowiek raczej jest dobry. Sprawdzam i myślę, że miała rację. Jak ktoś jest wściekły, a pan mu powie coś dobrego, to on najpierw głupieje, a potem coś dziwnego się dzieje i okazuje się, że to urocza osoba. Tylko trzeba wytrzymać ten pierwszy moment. 

Matka Anna od aniołów. Dobre na tytuł. 

- Zabiję pana! "Matka boska od downów" by było lepsze, ale ktoś już to wymyślił. To by było dla jednych zabawne, a w innych by wzbudziło pewnie agresję. Czatowałam kiedyś na Naszej Klasie. Zrobiłam trzy wpisy. Pierwszy: "Kochany Przyjacielu, jesteś wspaniały, dziękuję Ci, że startujesz w ECCO Walkathonie na rzecz mojej fundacji. Każdy twój krok to uśmiech mojego podopiecznego. Anna Dymna". Drugi zapowiadał kolejny salon poezji. A trzeci: "Rano byłam na grzybach, suszą mi się prawdziwki, pachnie w całym domu, a rydze zrobiłam w słoikach z miodem po królewsku". I się zaczęło! 

Co? 

- Największą agresję budzą dobre słowa. Na "Kochany Przyjacielu, jesteś wspaniały..." jakiś facet mi odpisał tak, że nawet Kazimierz Kutz by się zawstydził. Stek obelg. W pięć minut zrobiła się jatka słowna. Salon poezji też wzbudził agresję, chociaż mniejszą: "Ty k... jedna, ja w życiu jednego wiersza nie przeczytałem, a jestem lepszym człowiekiem od ciebie". Pojawiły się prośby o pomoc, jedna pani opisała, w jakiej strasznej jest sytuacji. Odpisałam ładnie i przeszłam do czytania o rydzach. Ale zaraz przyszła druga i trzecia wiadomość od tej pani. Na siódmy list nie odpisałam, zaczęła wymyślać, że jestem potworem, bo ją lekceważę. Wtedy zobaczyłam, że temu bluzgającemu na mnie publicznie mocno się obrywa od ludzi i napisałam do niego: "Jeżeli panu sprawia to ulgę w życiu, że pan może mi tak nabluzgać, to niech pan to robi. Ja pracowałam z Kazimierzem Kutzem, znam słowa, o których panu się w ogóle nie śni, jestem na to odporna". On odpisał po paru godzinach - i to było moje zwycięstwo: "Pani Anno, ja panią przepraszam za słowa, które się Pani w ogóle nie należały. Ja myślałem, że znów się ktoś pod Panią podszywa". Widzi pan? Ludzie są dobrzy. 

A ma pani jeszcze czas na grzyby? Odpoczynek, życie prywatne? 

- Jak się coś kocha, to na wszystko w tak zwanym międzyczasie czas się znajdzie! I na grzyby, bo kocham las, i na przetwory, gotowanie, czytanie..., choć nie ukrywam, że często kosztem snu. 

Święta będzie pani miała prywatne czy służbowe? 

- I prywatne, i z podopiecznymi. W Radwanowicach zrobimy w tym roku widowisko plenerowe przed pasterką. Już wiele razy się takie odbyły. Idziemy z pochodniami, z Józefem, Matką Boską, ja czytam Pismo Święte, wiersze o Bożym Narodzeniu, płonie ognisko, biegają kolędnicy, królowie, anioły, pasterze, rozbrzmiewają kolędy. 

- Pamiętam raz, pada śnieg, obok mnie maszeruje św. Józef i podopieczna pięknie przebrana za Matkę Boską i nagle mówi: "Ania, brzuszek mnie boli". Uciszam ją, idziemy dalej, ona znów o brzuszku. W końcu czytam w Piśmie "i porodziła syna", a ona na cały głos: "Już mnie nie boli, już urodziłam". Bo oni są tacy aktorzy autentyczni. A w sylwestra w tym roku gram w Weselu. Po spektaklu idę na wieżę mariacką. Nie pierwszy raz. Mam znajomych hejnalistów. To ja wprowadzałam krakowian w nowe tysiąclecie, pociągając za sznurek od dzwonu 31 grudnia 1999 r. Tam jest cudownie, człowiek nabiera dystansu do tego, co się dzieje na dole. Na rynku trwa balanga, puszczają ognie, a ja sobie siedzę na wieży, patrzę z góry i nabieram dystansu do siebie. Spokoju i siły. 

Rozmawiał WOJCIECH STASZEWSKI

TWÓJ STYL 12/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje