Przejdź na stronę główną Interia.pl

Anita Włodarczyk: Przyjdzie czas na miłość

Rzuca czterokilowym młotem najdalej na świecie, potrafi zaciekle walczyć, ale kiedy jest jej źle, to płacze. W sporcie twarda, w życiu delikatna. Anita Włodarczyk wie, że już niedługo będzie musiała zrezygnować z kariery. – Moje marzenie to rodzina - mówi mistrzyni olimpijska.

Gdzie spędzisz w tym roku Boże Narodzenie?

Reklama

Anita Włodarczyk: - W moim rodzinnym Rawiczu w gronie najbliższych. Przylatuje mój brat, który od kilkunastu lat mieszka na południu Anglii, będzie mój pięcioletni chrześniak Mateusz. Już teraz zastanawiam się, co kupić mu pod choinkę, w wolnych chwilach przeglądam strony internetowe, bo na chodzenie po sklepach jak zwykle nie będę miała czasu. Na udział w przedświątecznych przygotowaniach również, ponieważ do domu przyjadę prosto ze zgrupowania. Wszystkie obowiązki spadną na moich rodziców. Tata ubierze choinkę, mama będzie odpowiedzialna za przygotowanie wigilijnej kolacji. Uwielbiam tradycyjne potrawy w jej wykonaniu i nie wyobrażam sobie świąt bez smażonego karpia, zupy grzybowej czy kapusty. Na szczęście w mojej dyscyplinie sportu nie muszę liczyć kalorii.

Trenujesz w Wigilię?

- Rano jeszcze tak. Ale podczas pierwszego i drugiego dnia świąt mam przerwę, nie robię nic. Boże Narodzenie to dla mnie szczególny czas i chcę go w pełni poświęcić rodzinie. Tym bardziej że w Wielkanoc nie zawsze mogę pozwolić sobie na to, żeby przerwać trening i przyjechać do domu.

Jak wygląda taki normalny dzień na zgrupowaniu?

- Budzik dzwoni o 7.30. Potem szybki prysznic, śniadanie i obowiązkowa kawa. Bez niej nie funkcjonuję. Również podczas zawodów jeśli nie wypiję przynajmniej jednej filiżanki, to nie wychodzę na płytę. Na początek jest trening rzutowy. Po obiedzie czas na sen, ponieważ muszę się zregenerować. A potem mam zaplanowane inne ćwiczenia: sprawnościowe, funkcjonalne, siłowe. Przebyta kilka lat temu kontuzja kręgosłupa sprawiła, że jak na młociarkę nie jestem zbyt silna - podnoszę sztangę o wadze 130 kilogramów, podczas gdy moje konkurentki dźwigają niemal dwa razy więcej. Nadrabiam techniką. Czas dla siebie mam dopiero po kolacji, ale zazwyczaj szybko kładę się spać. Nieraz czuję się tak wyczerpana, że już o 22 jestem w łóżku. Przez dziesięć miesięcy w roku każdy dzień mam zaplanowany niemalże co do minuty. I wszystkie są do siebie podobne. Ostatnio obliczyłam, że dni spędzonych poza domem, na treningach i zgrupowaniach, było 258.

Sporo...

- Za to w tym roku miałam najdłuższe wakacje w życiu, bo zaczęły się na początku września i trwały do końca października. Pojechałam na tydzień do Nowego Jorku, którym jestem zachwycona, drugi spędziłam u brata. Jednak cały pierwszy miesiąc to były różne zobowiązania zawodowe, imprezy. Dużo czasu poświęcałam na spotkania z młodzieżą, bo lubię kontakt z dzieciakami. Uczestniczyłam w campach lekkoatletycznych organizowanych przez Fundację Kamili Skolimowskiej.

W takim razie wyobraźmy sobie pewien scenariusz: budzisz się rano w swoim mieszkaniu na Pradze-Południe, z widokiem na most Siekierkowski i całe miasto. Nie masz żadnych planów. Co robisz?

- Spędzam cały dzień w domu. Chciałabym usiąść w fotelu i poczytać gazetę lub książkę, pooglądać telewizję. Banalne, prawda? Podczas zgrupowań przychodzę na gotowe - ktoś za mnie sprząta, ktoś inny podtyka obiad pod nos, niczym nie muszę się przejmować. Dlatego kiedy mam wakacje, lubię poczuć się gospodynią we własnym domu. Przyjemność sprawiają mi najprostsze czynności: odkurzanie, zmywanie naczyń, prasowanie. Fajnie jest pójść na lokalny bazar, wybrać świeże warzywa i potem zrobić z nich obiad. Lubię gotować i dużo czasu spędzam w kuchni. Przyrządzam wtedy makarony, zupy, ciasta i mięsa pod każdą postacią. Moja specjalność to kotlety schabowe. Ale i tak moja mama, od której wszystkiego się nauczyłam, robi je jeszcze lepiej.

Czyli brakuje ci nudy?

- Raczej prostego życia. Dopiero gdy nie ma tego na co dzień, człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, jakie to ważne.

Możesz sobie czasem pozwolić na odrobinę szaleństwa?

- Rok przed igrzyskami w Rio był w stu procentach podporządkowany zawodom. Kiedy coś robię, to poświęcam się temu bez reszty. Dopiero po okresie treningowym mogę zacząć myśleć o sobie. Wtedy jest czas na spotkania ze znajomymi, wyjście do pubu, imprezę. Zdarza się, że wypiję kieliszek wina lub dwa - w końcu nie można żyć wyłącznie sportem. To jednak szaleństwo kontrolowane, bo non stop muszę uważać, żeby się nie rozchorować czy nie nabawić kontuzji. Od dawna mam ochotę pójść na rower, ale tego nie robię, bo przecież mogłabym się przewrócić, ktoś we mnie wjedzie, zdarzy się wypadek...

Nie masz czasem dość tego rygoru?

- Zdarzają się słabsze chwile, ale zawsze staram się przeczekać taki kryzys. Kiedy dostałam się na studia w Poznaniu, zamieszkałam w akademiku. Gdy moi koledzy w tzw. studenckie czwartki wychodzili na miasto, ja musiałam zostawać i odpoczywać. Z tyłu głowy pojawiała się wtedy myśl: czemu wszyscy się bawią, tylko ja nie? Tłumaczyłam sobie jednak, że teraz muszę się zdobyć na pewne wyrzeczenia, ale potem zostanie mi to wynagrodzone w sporcie. Zajęcia na uczelni i treningi były ważniejsze niż dyskoteki do białego rana. Zawsze miałam jasno postawione cele i nie dawałam sobie taryfy ulgowej. Poza tym jestem uparta, a w sporcie to pomaga. W życiu codziennym nie zawsze.

Skończyłaś studia?

- Tak. W tym roku, w październiku, obroniłam pracę magisterską w Wyższej Szkole Edukacji w Sporcie w Warszawie. Z wyróżnieniem. "Ewolucja rzutu młotem jako konkurencji lekkoatletycznej".

W Poznaniu nie było odpowiednich warunków do treningu?

- Na początku wystarczał mi teren na uczelni. Ale szybko okazało się, że rzucam za daleko i młot lądował w nieprzeznaczonych do tego miejscach. Na przykład na bieżni, na której biegali akurat inni studenci. Dlatego przeniosłam się pod most św. Rocha. Wybrałam to miejsce, bo osłaniało mnie przed deszczem i śniegiem, miałam tam więcej przestrzeni i dobre oświetlenie, a trenowałam przede wszystkim wieczorami. I blisko akademika, niecałe dziesięć minut na piechotę. Szybko się przyzwyczaiłam. Czasami tylko, kiedy zaczynała się wiosna i studenci przychodzili nad Wartę z podręcznikami pod pachą lub butelką piwa, musiałam prosić ich, żeby usiedli kilka metrów dalej. Na szczęście nikomu nic się nie stało (śmiech).

Miałaś czas na randki?

- Byli chłopcy, którzy mi się podobali, ale się nie zakochiwałam. Przynajmniej nie na zabój. Żadna wielka miłość, motylki w brzuchu czy bujanie w obłokach. Faceci przegrywali w konfrontacji ze sportem. Wszystko inne też. Nawet na studniówkę nie poszłam, bo dostałam propozycję, żeby pojechać do Niemiec na moje pierwsze zagraniczne zawody.

Kto zaraził cię pasją do sportu?

- Moi rodzice w młodości też trenowali - mama koszykówkę, tata piłkę nożną - więc poniekąd byłam na to skazana. Ale nikt mnie do niczego nie zmuszał. Ani razu nie usłyszałam: "Anita, fajnie byłoby, gdybyś zaczęła uprawiać jakąś dyscyplinę". Jedyne, na czym rodzicom zależało, to wychować mnie i brata na porządnych ludzi. Nasz dom był ciepły i pełen miłości, ale obowiązywały jasne zasady i trzeba było się ich trzymać. Dzięki temu mam dla rodziców ogromny szacunek. Tata pracował jako prezes klubu speedrowerowego, mama była jego sekretarzem, więc niemal każdy weekend spędzaliśmy na zawodach. W ten sposób zwiedziliśmy cały kraj. Oglądaliśmy też żużel, bo ojciec jest zapalonym kibicem.

Czym jest speedrower?

- To rower bez hamulców, którym jeździ się po torze żużlowym. Rekreacyjnie zaczęłam trenować, gdy miałam sześć lat, a ścigałam się już jako dziewięciolatka. Mój starszy o sześć lat brat też uprawiał tę dyscyplinę i osiągał spore sukcesy. Był mistrzem świata juniorów i mistrzem Europy. Imponował mi, chciałam go naśladować. Ale jednocześnie wiedziałam, że nigdy nie będę mieć takich osiągnięć jak on. W Polsce byłam wtedy jedyną dziewczyną trenującą speedrower i musiałam ścigać się z chłopakami. Miałam trzynaście lat, kiedy wystartowałam z męską reprezentacją w mistrzostwach Europy. Wygraliśmy.

Dobrze czułaś się w tym męskim świecie?

- Zawsze miałam więcej kolegów niż koleżanek. Nie interesowały mnie zabawa w dom i przebieranki, tylko samochody, chodzenie po drzewach, gra w piłkę. Lalkę miałam jedną, tata przywiózł ją z Niemiec, ale i tak leżała w kącie. Dobrze się uczyłam - byłam specjalistką od geografii i ortografii, a dyktanda pisałam bezbłędnie - ale jak tylko wychodziłam ze szkoły, stawałam się rozrabiaką. Mój brat był spokojniejszy, jednak kłóciliśmy się cały czas, dochodziło do rękoczynów. Punktem zapalnym okazywały się prozaiczne rzeczy: kto ma wynieść śmieci, kto posprzątać.

- Zawsze jednak wiedziałam, że mogę na niego liczyć. Sama nie prowokowałam bójek, ale jeśli ktoś w szkole mnie zaczepił, a ja mu oddałam, to brat stawał w mojej obronie. Dziś jest jednym z moich najlepszych przyjaciół. Wychowywanie się w męskim gronie i rywalizacja z chłopakami ukształtowały mój charakter, obudziły ducha walki. Bo jako dziewczyna musiałam być podwójnie twarda, nie mogłam okazywać słabości. Kiedy się przewróciłam, to zaciskałam zęby, podnosiłam się, wsiadałam na rower i jechałam dalej. Nie było miejsca na łzy.

Dlaczego zrezygnowałaś ze speedroweru?

- Gdy skończyłam szesnaście lat, wkroczyłam w wiek seniora. A to oznaczało, że musiałabym się ścigać z mężczyznami, którzy są po trzydziestce lub nawet po czterdziestce. Poza tym zawsze miałam zdarte kolana, całe ręce i nogi w strupach, a weszłam w okres dojrzewania i chciałam ładnie wyglądać (śmiech).

I dlatego postanowiłaś rzucać czterokilowym młotem?

- Zapisałam się do klubu lekkoatletycznego i usłyszałam, że ze względu na budowę ciała mogę startować tylko w konkurencjach rzutowych. Moim atutem były mocne nogi, a w tym sporcie to podstawa. Najpierw były rzut dyskiem i pchnięcie kulą, potem pojawił się młot. Trener był odważny, bo pozwolił mi rzucać na polance przed szpitalem, bez siatki czy innych zabezpieczeń. Zmiana dyscypliny to był dobry wybór. Nie tylko ze względu na sukces, który przyszedł dość szybko. Stałam się zupełnie inną osobą. Wcześniej byłam zimna, trudno dostępna, egoistycznie nastawiona do życia. A przebywanie z ludźmi, różne spotkania oraz wyjazdy otworzyły mnie na innych. Zrozumiałam, że nie jestem pępkiem świata. I, co najważniejsze, zaczęłam pomagać, zaangażowałam się w różne akcje charytatywne.

Co dał ci sukces?

- Satysfakcję, że udało mi się coś osiągnąć ciężką pracą. Zdobycie medalu olimpijskiego to uczucie, które trudno opisać. Spełnienie mojego największego marzenia. W Rio rzuciłam 82,29 metra i pobiłam rekord. A jeśli pytasz o finansową miarę tego sukcesu, to za medale zdobyte na igrzyskach Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie przyznaje pieniędzy. Lekkoatletom wciąż daleko do zarobków piłkarzy, tenisistów czy nawet siatkarzy. Ja nie mogę narzekać, bo całkiem nieźle utrzymuję się dzięki umowom sponsorskim, ale moja dziedzina jest fatalnie dofinansowywana.

Dwa miesiące po triumfie w Rio dostałaś kolejny złoty medal. Zdyskwalifikowana została wówczas zwyciężczyni igrzysk w Londynie sprzed czterech lat Tatiana Łysenko, a wyróżnienie przyznano tobie.

- Jestem obecnie jedyną lekkoatletką, która w tak krótkim czasie, bo w ciągu 58 dni, zdobyła dwa złote medale olimpijskie. Cieszę się, że sprawiedliwości stało się zadość, ale jednocześnie czuję pewien niedosyt. Wręcz rozczarowanie. Bo emocji, jakie pojawiają się na stadionie olimpijskim podczas wręczania medalu, nie da się już odtworzyć. Nie wiem jeszcze, jak wygląda procedura jego przekazania i kiedy ta chwila nastąpi. Mam tylko nadzieję, że medal nie zostanie przysłany pocztą.

Do Brazylii pojechało 238 osób. Znałaś wcześniej wszystkich członków reprezentacji?

- Trenujemy w różnych ośrodkach i zazwyczaj nie mamy ze sobą kontaktu. Ale na olimpiadzie jesteśmy jedną drużyną i wtedy czuć tę sportową więź. Mam kilka osób, na które mogę zawsze liczyć, i w większości są to właśnie sportowcy. Trudno byłoby mi na co dzień pielęgnować inne znajomości. Osobą, z którą spędzam najwięcej czasu, jest oczywiście mój trener. I vice versa. Śmiejemy się nawet, że widuję Krzysztofa (Kaliszewskiego - red.) częściej niż jego własna żona. On przez te siedem lat stał się dla mnie niczym drugi ojciec. Trener zazwyczaj ma pod opieką dwie, trzy osoby, a my jesteśmy sami.

Każdy swój sukces dedykujesz Kamili Skolimowskiej. Co jej zawdzięczasz?

- Gdy zaczęłam trenować rzut młotem, niemal natychmiast stała się moją idolką. Do dziś pamiętam, jak oglądałam w telewizji jej występ na olimpiadzie w Sydney w 2000 roku. Miała zaledwie trzy lata więcej ode mnie i już była sportowcem, którym ja chciałam zostać w przyszłości. Wtedy mogłam tylko marzyć o wynikach, jakie osiągała Kamila. Na mój pierwszy międzynarodowy mityng do Kataru leciałyśmy razem. Byłam przerażona, a ona mnie uspokajała i cierpliwie tłumaczyła, jak to wszystko będzie wyglądało. Rozmowy z nią wiele mi dały. Dlatego teraz staram się spłacić dług wdzięczności i często spotykam się z młodszymi dziewczynami, motywuję je, wspieram. Kiedy potem mówią: "Dziękuję, bez ciebie nie dałabym rady", mam wrażenie, że Kamila byłaby ze mnie dumna. Czasem zastanawiam się, jak by to było, gdyby ona nadal żyła. Czy udałoby się nam połączyć przyjaźń z rywalizacją? Nigdy się już tego nie dowiem...

Zawsze rzucasz w jej rękawicy...

- Dostałam ją od ojca Kamili i po raz pierwszy włożyłam podczas mistrzostw świata w Berlinie w 2009 roku. Rzuciłam wówczas 77,96 metra, zdobyłam złoto i pobiłam ówczesny rekord świata. To był dla mnie przełom, pierwszy spektakularny sukces. Rękawica stała się wtedy moim talizmanem.

Co jeszcze przynosi ci szczęście przed zawodami?

- Kopniak od rodziców, przyjaciół czy znajomych, którzy są obecni na zawodach. Rodzice od początku są moimi najwierniejszymi kibicami. Kiedy mieszkałam w Rawiczu i wracałam z treningu, zawsze pytali, jak mi poszło, z czym mam problem i co chciałabym osiągnąć. Jeśli coś mnie bolało, mama robiła zimne okłady. Nie każdy młody zawodnik może liczyć na takie zaangażowanie ze strony najbliższych. Pamiętam, jak po ważnych zawodach moją koleżankę, również młociarkę, jej matka zapytała: "To ile rzuciłaś tym oszczepem?". A w moim dawnym pokoju na półkach wciąż stoją zdobyte przeze mnie medale i trofea. Ta kolekcja się powiększa i powoli zaczyna brakować już miejsca. Od mistrzostw w Berlinie mama i tata jeżdżą ze mną wszędzie. Kupuję im bilety, płacę za hotele. Kiedyś to oni wspierali mnie finansowo, choć w domu się nie przelewało, więc teraz mogę się im odwdzięczyć. Tym bardziej że całe ich życie dostosowane jest do mnie.

- Po powrocie z Rio zatrzymali się u mnie w Warszawie na kilka dni i pilnowali, żebym odpoczęła. Gotowali, sprzątali. Sama nawet nie kiwnęłam palcem. Na lotnisku witał cię wtedy prawdziwy tłum. Spodziewałam się, że trochę ludzi pojawi się na Okęciu, ale nie, że przyjadą całe dwa autokary mieszkańców Rawicza i okolicznych wiosek. Byli też przyjaciele oraz kucharki z ośrodka treningowego w Cetniewie, które wręczyły mi paczkę kotletów de volaille z nadzieniem serowo-ziemniaczanym. Dowiedziały się, że w Rio narzekałam na jedzenie, i postanowiły mnie dokarmić (śmiech). Wszyscy śpiewali, tańczyli. Kilka tygodni później pojechałam do mojego rodzinnego miasta i na rynku spotkałam się z jego mieszkańcami. Pojawiły się dwa, może trzy tysiące osób. Miałam łzy w oczach. A potem przed moim blokiem otoczył mnie tłum dzieciaków.

Tęsknisz za tym miejscem?

- Ostatnio przyjechał tam mój trener i stwierdził: "Spokój, cisza, chciałbym tak". A ja spacerowałam uliczkami i po godzinie osiemnastej widziałam wymarłe miasto, bo większość młodych ludzi wyjechała. W Rawiczu ładuję akumulatory, ale trudno byłoby mi wrócić tam na stałe. Jest jednak coś, czego mi brakuje: podtrzymywania więzi międzyludzkich. Znałam wszystkie osoby mieszkające w moim bloku, wiedziałam, jak każdy sąsiad ma na imię. Do tej pory wiem. A w Warszawie rozpoznaję raptem trzy rodziny mieszkające na moim piętrze. Tu każdy jest zajęty swoimi sprawami. Gdybym urodziła się w stolicy, to nie wiem, czy trafiłabym do sportu. Duże miasta oferują dzieciakom wiele atrakcji, a w Rawiczu niewiele się działo. Do najbliższego kina, we Wrocławiu, było sześćdziesiąt kilometrów, do kolejnego, w Poznaniu - sto. Działał za to klub lekkoatletyczny. Sport był dla mnie ratunkiem przed monotonią.

To gdzie jest teraz twój dom? W Warszawie czy w Rawiczu?

- W obu tych miejscach. Są też domy zagraniczne. Od siedmiu lat dwa miesiące w roku spędzam w Stanach Zjednoczonych, w Kalifornii. Koło San Diego mieści się ośrodek przygotowań olimpijskich. Kolejne centrum treningowe znajduje się w RPA. Okolica jest piękna, wręcz rajska, ale nie myśl, że ja mam tam czas na relaks, wypad do miasta czy picie drinków z palemką na plaży. Tylko trening, trening i jeszcze raz trening.

Skończyłaś w tym roku 31 lat. To dobry wiek dla sportowca?

- Są dziewczyny niemal o dekadę starsze ode mnie, które wciąż trenują. A gdybym wchodząc do sportu, miała to doświadczenie i ten rozum co teraz, to zapewne jeszcze szybciej osiągnęłabym sukces. Trzydziestka to fajny wiek. Wciąż czuję się młodo, ale dojrzałam. I polubiłam siebie. Choć oczywiście zdarzają się dni, kiedy staję przed lustrem i myślę, co bym w sobie zmieniła. Gdybym nie trenowała siłowej dyscypliny, miałabym inne warunki fizyczne, pewnie byłabym szczuplejsza.

- Teraz jednak mam sylwetkę sportowca i dobrze mi z tym. Długo byłam typem chłopczycy, ale w końcu odkryłam w sobie kobiecość i nauczyłam się ją podkreślać. Jestem na przykład uzależniona od pomalowanych paznokci i nawet w Stanach mam swój ulubiony salon. Gdybyś mi kilka lat temu powiedziała, że mogę z takimi kolorowymi pazurami iść na trening i rzucać ciężary, to popukałabym się w głowę. A teraz jeśli nie mam czasu na manikiur, to czuję się niemal fizycznie chora (śmiech). Mam też pewien rytuał: przed każdą międzynarodową imprezą maluję paznokcie w barwy Polski oraz kraju, w którym odbywają się zawody.

Często zamieniasz strój sportowy na sukienkę?

- Kiedy tylko mam okazję, lubię włożyć na siebie coś ładnego. Czasem eleganckiego. Ale największą słabość mam do butów. W mojej garderobie mieści się specjalna, ogromna szafa, gdzie trzymam ponad sto par. Większość to obuwie sportowe, ale są też szpilki, których ostatnio przybywa. Żałuję tylko, że nie mam więcej okazji, żeby je nosić. Zakupy najczęściej robię w biegu na lotnisku, ale jest w Polsce i za granicą kilka sklepów, które lubię i w których mogę znaleźć dla siebie coś fajnego.

Jak reagują na ciebie mężczyźni? Boją się kobiety, która jest silniejsza od nich?

- Raczej budzę w nich respekt. Znają mnie ze sportu, wiedzą, jak zachowuję się na zawodach, jak zaciekle potrafię walczyć. I zakładają, że skoro jestem twarda na rzutni, to pewnie taka sama jestem na co dzień. A ja często bywam delikatna. Wręcz nadwrażliwa. Potrafię płakać, kiedy jest mi źle. Sporo emocji się we mnie kłębi. Na dodatek sukces generuje dystans. Mężczyznom trudno jest do mnie podejść jak do normalnej dziewczyny i po prostu zagadać. Zdarzają się też tacy, którzy chcą udowodnić swoją męskość za pomocą siły. Gdy podaję im rękę, ściskają ją tak mocno, jakby chcieli zmiażdżyć. Ale na szczęście to wyjątki (śmiech). Pamiętam, jak raz wsiadłam do pociągu z dwiema ogromnymi, ciężkimi walizkami i weszłam do przedziału, w którym siedzieli sami mężczyźni. Jakiś młody chłopak poderwał się i zaproponował, że pomoże mi wrzucić bagaż na górną półkę. A ja podziękowałam i powiedziałam, że poradzę sobie sama. Wszyscy zrobili ogromne oczy ze zdumienia (śmiech). Doceniam jednak, kiedy mężczyzna stara się być szarmancki.

Czym jeszcze można ci zaimponować?

- Wcześniej zwracałam uwagę na wygląd, a teraz... musi być chemia. Partner powinien być moim przyjacielem, dawać mi wsparcie. Muszę wiedzieć, że mogę na niego liczyć, że nie będzie podcinał mi skrzydeł. Trzeba też mieć do siebie nawzajem ogromne zaufanie, bo większą część roku spędza się oddzielnie. A sportowiec na wyjazdach spotyka wiele osób i pojawiają się różne pokusy, którym nie zawsze łatwo się oprzeć. Rozwodów wśród moich koleżanek i kolegów jest mnóstwo. Trudno znaleźć osobę, która będzie miała wystarczająco dużo wyrozumiałości i siły.

Udało się tobie kogoś takiego spotkać?

- Jeszcze nie. Chociaż na brak adoratorów nie mogę narzekać. Gdyby nie sport, pewnie już dawno miałabym męża i dzieci. Rodzina, miłość - to moje marzenia. Jednak kobiety sportowcy mają pod tym względem znacznie trudniej niż mężczyźni, więcej muszą poświęcić. Znam tylko jedną dziewczynę, która wróciła do treningów po tym, jak została mamą. Dla mnie czas na stabilizację dopiero przyjdzie.

To ile zostało ci do sportowej emerytury?

- Mój cel to dotrwać do igrzysk w Tokio. Będę miała wtedy 35 lat. Jednak przez ten czas wiele może się wydarzyć, więc nie wiem, czy to się uda. Chciałabym odejść w szczytowej formie, jako mistrzyni. Potem trzeba będzie zamknąć ten rozdział i zacząć nowy etap życia.

Co dalej?

- Trudno mi będzie funkcjonować bez całej tej dyscypliny, szczegółowo zaplanowanych dni. Po cichu myślę sobie, żeby zająć się trenowaniem dzieciaków.

------------------------

Anita Włodarczyk - urodziła się w 1985 r. w Rawiczu. Dwukrotna zdobywczyni złotego medalu na igrzyskach olimpijskich - w 2012 r. w Londynie i w 2016 r. w Rio de Janeiro, gdzie pobiła rekord świata w rzucie młotem - 82,29 m. Kolejny rekord ustanowiła w sierpniu tego roku podczas Memoriału Kamili Skolimowskiej - 82,98 m. 11 listopada z rąk prezydenta RP otrzymała Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski za wielki wkład w polski sport.

Iga Nyc

PANI 12/2016

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Dowiedz się więcej na temat: Anita Włodarczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje