Przejdź na stronę główną Interia.pl

Anita Lipnicka: Może pani jest ten typ?

Zwodzi wszystkich wizerunkiem eterycznej, delikatnej blondynki. Bo przecież Anita Lipnicka to kobieta dynamit. Walnie pięścią w stół, rzuci ostrym słowem, trzaśnie drzwiami. Przeszłość? Po co do niej wracać. Mężczyzna? Na pewien etap, nie na całe życie. Impreza? Najlepiej do czwartej rano. Żartuje, że gdyby nie wino, nie napisałaby żadnej piosenki. Właśnie wydaje kolejną płytę. "Vena amoris" jest tak intymna jak żadna poprzednia.

"Kocham, wielbię, żałuję, że nie pragniemy się już" - śpiewasz na swojej nowej płycie. Odważnie. Co na to John?

Reklama

Anita Lipnicka: - Skomponował ze mną muzykę do tej piosenki. Jest artystą, ocenia teksty z tej perspektywy, nie osobiście. Twierdzi, że słowa na tej płycie są mocne, choć niekiedy bardzo smutne. "Vena amoris" to piosenka o takiej sytuacji, kiedy kochasz kogoś bezgranicznie, wiesz, że mogłabyś życie za tę osobę oddać. Jednocześnie już jej nie pragniesz, a ona nie pragnie ciebie, choć chcielibyście, żeby było inaczej. Namiętność się kiedyś wypala, to miłość umiera ostatnia. "Vena amoris" znaczy "żyła miłości". Może ludzi ze sobą wiązać, lecz gdy ją zaciśniesz zbyt mocno, zacznie dusić. I co wtedy? Jak dalej iść wspólną drogą?

To bardzo osobiste wyznanie. Zawsze tak się odkrywasz?

- Inaczej nie umiem. Piszę, co czuję. Większość historii z moich piosenek przeżyłam. Dla pierwszego chłopaka napisałam "Piosenkę księżycową". Podjeżdżał jawą pod blok i wykradał mnie w nocy przez okno. To była młodzieńcza miłość, gwałtowna, pełna awantur, dramatów, trzaskania drzwiami, rozstań i powrotów. Gdy zaczęłam śpiewać w Varius Manx i wyprowadziłam się do Łodzi, miłość rozeszła się po kościach. Już nie było drzwi do trzaskania. On został w Piotrkowie, założył rodzinę i pewnie dziś jest szczęśliwy.

- Potem były kolejne miłości, które zamknęłam w piosenkach, wszystkie kończyły się szybko. W tamtym okresie gnałam przed siebie. I chyba miałam zbyt wielkie oczekiwania wobec narzeczonych. Teraz czasem któregoś z nich spotykam i myślę: "Fajny facet, cholera, czemu ja z nim zerwałam?". Jeden jest reżyserem, drugi właścicielem świetnej agencji menedżerskiej, inny - cenionym scenarzystą reklamowym. Ale ja wtedy nie umiałam czekać, byłam niecierpliwa. Zatrzymałam się dopiero przy Johnie.

Czym cię pociągnął?

- Był dla mnie nieodgadnioną tajemnicą, imponował niezależną postawą, siłą charakteru. Niedawno przyglądałam mu się na solowym koncercie i wiem na pewno, że zakochałam się w Johnie Porterze artyście. Na scenie jest kompletny, doskonały, niczego mu nie brakuje. Ale to poza sceną zaczyna się szare życie, w którym jest mnóstwo niedociągnięć, mankamentów, trudnych sytuacji. Pojawia się i rozczarowanie, jak w każdej żywej relacji między ludźmi.

Pamiętasz wasze pierwsze spotkanie?

- Byłam wtedy na artystycznym zakręcie. Wiedziałam, że muszę coś zmienić, bo jeśli jeszcze raz przyjdzie mi zaśpiewać "Wszystko się może zdarzyć", po prostu zwymiotuję. Żyłam wtedy z pewnym Anglikiem, który podsunął mi pomysł, bym odezwała się do Johna Portera i coś z nim nagrała. Znał go. Umówiliśmy się w kawiarni na Nowym Świecie.

- Była zima, weszłam zmarznięta. Usiadłam przy stoliku naprzeciwko Johna. Zobaczyłam człowieka ubranego w długi skórzany płaszcz, jego smutną twarz i przepastne czarne oczy. Mało mówił, patrzył na wszystko jak z zaświatów. Wtedy doznałam olśnienia: "Przecież ja jestem z niewłaściwym facetem!". No i rozstałam się z tamtym narzeczonym.

Zostawiłaś go dla Johna?

- Nie. Do Johna zadzwoniłam po pół roku. Spotkaliśmy się w kawiarni "Między Nami" przy Brackiej. Potem to było nasze miejsce. Rozmawialiśmy o wszystkim, wymienialiśmy się książkami. Najpierw była przyjaźń. Zaczęliśmy pracować nad wspólną płytą i nagle się zakochałam, całkiem mimo woli. Wtedy przeraziłam się na serio. "Przecież jest starszy od ciebie o 25 lat, puknij się w głowę" - mówiłam sobie. Ale to nic nie dało. Przecież miłość bywa irracjonalna. Pamiętam nasz pierwszy pocałunek. Często córka prosi: "Mama, opowiedz, jak to było, gdy się pierwszy raz pocałowałaś z daddy".

- Pewnego dnia, kiedy staliśmy na ulicy, zamiast jak zwykle na pożegnanie podać sobie rękę, po prostu się pocałowaliśmy w usta. I to trwało dłużej, niż powinno. Potem powoli oddalałam się tyłem, chciałam wyglądać romantycznie. I nagle przywaliłam głową w stojącą za moimi plecami latarnię. John zachował się jak prawdziwy angielski dżentelmen i nawet się nie roześmiał.

Kiedyś różnica wieku między wami pewnie cię fascynowała. Czy dziś nie przeszkadza?

- Ona po prostu jest. W niektórych aspektach życia zupełnie jej nie czujemy, łączy nas porozumienie dusz, którego mogłaby nam pozazdrościć niejedna wiekowo zsynchronizowana para. Jednak pewnych rzeczy nie przeskoczymy. John przeżył ode mnie znacznie więcej, patrzy na świat z innej perspektywy. Czasem mówi: "Pogadamy, jak będziesz miała 63 lata. Przypomnisz sobie moje słowa". Na pewne rzeczy nie starcza mu siły albo cierpliwości.

- Wychował troje dzieci. Rutyna dnia codziennego, funkcjonowanie w rodzinie to są sprawy, z którymi miewa problem. Święta czy wyjazdy familijne bywają udręczeniem. Kiedyś starałam się namawiać Johna, by brał w tym udział. Od jakiegoś czasu przestałam naciskać. Doskonale rozumiem, że jesteśmy w innych momentach życia. Ja jeszcze wiele bym chciała, kocham ruch, zmiany, nowe wyzwania. Podczas gdy John chce spokoju. Nie zbudujemy raczej domu nad jeziorem ani nie pojedziemy razem na koniec świata. I to jest ta dziura czasu między nami. Za to możemy rozmawiać ze sobą do rana, pisać piosenki, koncertować.

Wciąż żyjecie na kocią łapę. Ślub nie jest wam potrzebny?

- Jakoś nigdy nie marzyłam o białej sukni. Może dlatego, że nie wierzę w miłość do grobowej deski. Wydaje mi się, że ludzie spotykają się, by odbyć wspólnie część swojej podróży. Jesteśmy razem, dopóki czujemy, że chcemy. Skąd mamy wiedzieć, czy to się nie zmieni? Dlatego dla mnie śluby mają w sobie coś upiornego. Bo jak można komuś przysięgać: "Nie opuszczę cię aż do śmierci"? Ba, zrobić to nawet po raz trzeci! Pytam wtedy takich śmiałków: "Jak to możliwe?". I słyszę: "Bo można być za każdym razem na nowo przekonanym". Ja do tej pory ani razu nie byłam przekonana na tyle, by to komuś obiecać. A może jeszcze nie dane mi było dostąpić tego misterium, gdy wiesz na pewno? 

A jaki ten idealny on powinien być? Bardziej jak Brad Pitt czy Jim Morrison?

- Żaden z nich. Jim Morrison był zbyt destrukcyjny. Brad Pitt jest pięknym chłopcem, a to za mało. Mogłabym pokochać Leonarda Cohena. Napisał tyle wspaniałych rzeczy... Tak, do mojego serca da się trafić przez ucho. Nadal podkochuję się w różnych wokalistach. Za Amerykanina Raya LaMontagne mogłabym wyjść nawet za mąż. I to jutro! Nieważne, że ma już żonę. (śmiech) Na seks umówiłabym się chętnie z aktorem Benicio Del Toro. A na co dzień? Najlepszy byłby silny, jednocześnie zrównoważony mężczyzna, taki co dałby kobiecie poczucie bezpieczeństwa i pewną ręką ogarniał codzienność. Cóż, trudno znaleźć trzech w jednym!

Na kogo spada teraz proza życia?

- W dużej części na mnie. To ja odwożę do szkoły Polę, odrabiam z nią lekcje, organizuję codzienność. Czasem tylko dopada mnie rozmemłanie, niemoc jakaś. Robię listę rzeczy, które są pilne, potem ją gubię, tworzę od początku. O czymś zapominam, coś zostawiam na potem. Niedawno przez to odcięli mi internet. Trzy miesiące ignorowałam rachunki. Ale to ja zmieniam w samochodzie opony na zimowe, kupuję fugę do kafelków. Za to John zajmuje się sprawami naszej firmy, robi świetne zakupy i znakomicie gotuje. Nawet nasza córka często mówi: "Mamo, daddy gotuje najlepiej".

Skoro już o tym mowa, wolicie kuchnię polską czy angielską?

- Śródziemnomorską i azjatycką. John każdą wigilię przeżywa o chlebie i wódce, bo to, co na stole, jest dla niego nie do zjedzenia. Natomiast Pola kocha potrawy tradycyjnej kuchni angielskiej. Za sheperd’s pie, zapiekanką taty, po prostu przepada. 

Dowiedz się więcej na temat: Anita Lipnicka | John Porter

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje