Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ania Dąbrowska: Daleko mi do ideału

Na początku było dzieciństwo pełne zakazów, obowiązków, nakazów. Musiała sprzątać mieszkanie i karnie przepisywać słowo, w którym zrobiła błąd. Tego pilnował tata. Był surowy. Po jego śmierci wszystko się zmieniło. Nikt już nie sprawdzał lekcji, bo szkoła była tylko jej sprawą. Popadając ze skrajności w skrajność, łatwo się zgubić. Ania Dąbrowska żartuje, że jednak wyszła na ludzi. Wyciągnęła wnioski. Swojego syna i córkę wychowuje liberalnie. Bo wie, że wolność może uderzyć do głowy, ale nigdy nie szkodzi.

Spotkaliśmy się w kawiarni na warszawskiej Saskiej Kępie. Ania właśnie odwiozła dzieci do przedszkola. Zdziwiłem się, bo nie wyglądała jak artystka, która za kilka dni miała odebrać Fryderyka w kategorii Album Roku za płytę "Dla naiwnych marzycieli". Dziewiątego w karierze. Weszła zdecydowanym krokiem. Czerwona koszula, czarny sweter, delikatny makijaż. I szeroki uśmiech. Prawie nikt jej nie rozpoznał! Zamówiła owocowe smoothie, uznała, że śniadanie zje po wywiadzie, choć było już po południu. Od razu zaproponowała przejście na ty. Zaczęliśmy rozmawiać o naszych dzieciach, pokazywać sobie zdjęcia. Niezobowiązująca rozmowa płynnie przeszła w wywiad.

Reklama

Mieliśmy się spotkać wczoraj, przełożyliśmy na dzisiaj, bo...

Anna Dąbrowska: ...musiałam biec do sklepu papierniczego po kartony. Mój starszy syn Staś potrzebował ich do zrobienia laurki w przedszkolu. Nie mieliśmy takiego papieru w domu, więc obiecałam mu, że dowiozę z samego rana. Cieszy mnie, że Staś tak lubi chodzić do przedszkola. Rano mnie popędza: "Mamo, ubieraj się szybciej, bo się spóźnimy!".

Ty tego nie robiłaś w jego wieku?

- Dla mnie przedszkole to była trauma! Mieszkaliśmy w Chełmie, rodzice ciężko pracowali. Przez większą część roku wstawali przed świtem. Pamiętam, jak mama ubierała mnie na wpół śpiącą, a mnie się wydawało, że to sen. Często budziłam się dopiero w autobusie, w drodze do przedszkola. Nie cierpiałam wstawania i tego, co działo się potem. Koszmarne leżakowanie, nawet jeśli nie chciało ci się spać. Długa lista zasad, kompletnie bezsensownych. Na przykład nie wolno było popijać jedzenia. Krztusiłam się kanapką, a pani stała nade mną i patrzyła, czy przypadkiem nie chwytam za szklankę.

W domu też obowiązywały zasady?

- Tak. Mój tata uważał, że rygor jest potrzebny. Wymyślał reguły, których musiałyśmy się z siostrą trzymać. Pranie, zmywanie, odkurzanie - miałyśmy wiele obowiązków. Ona sprzątała w dni parzyste, ja w nieparzyste. Buntowałam się, gdy dni w miesiącu było 31, bo to znaczyło, że... nazajutrz znów musiałam sprzątać. Ale tata był nieugięty. "Tak ma zostać, bo tak ustaliliśmy", mówił.

W tym domowym rygorze było miejsce na kary? Dostawałaś lanie?

- Nie, byłam wycofana, grzeczna, nigdy sobie nie "zasłużyłam". Nie należałam do dzieci krnąbrnych, niezdyscyplinowanych, raczej introwertycznych i dobrze ułożonych. Nieraz musiałam przez wiele stron pisać ten sam wyraz, gdy w wypracowaniu zrobiłam błąd. Lekcje sprawdzał nam tata i nie było mowy o żadnym tłumaczeniu, usprawiedliwianiu się. Dostawałam "trzy karne strony" i koniec.

Jakie to były wyrazy, te, które pisałaś?

- Nie pamiętam. Na pewno wyparłam je z pamięci. Tym bardziej widać, że ta metoda wychowawcza nie miała większego sensu. Całe doświadczenie nauczyło mnie tylko jednego: że tata jest srogi. Nie odbierałam tego jako lekcji, tylko jako karę.

Cały wywiad znajdziesz w najnowszym numerze magazynu Twój STYL - już w sprzedaży!


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje