Przejdź na stronę główną Interia.pl

Andrzej Zieliński: Gram, ale nie tańczę

Nie jest z tych, co „od dziecka chcieli grać”. Andrzej Zieliński na scenę trafił z braku pomysłów. W dodatku był wycofany, wyjście na środek sali, powiedzenie tekstu przed kolegami to był koszmar. A taniec? „Uśmiercił” pół rodziny, żeby usprawiedliwiać nieobecność na zajęciach. Potem zdarzało się grać do pustej widowni. Aktorska precyzja przyszła po drodze. Można to sprawdzić w filmie Juliusza Machulskiego "Volta".

Zaskakujące, ile "rodzajów" widowni ma Andrzej Zieliński. Co ciekawe, czasem się nie stykają. "Dla mnie na zawsze zostanie Sacharem, żołnierzem mafii z Ekstradycji" - pisze ktoś w internecie. Dla mnie też - wtedy zwróciłam na niego uwagę. Choć muszę przyznać, że przez chwilkę myliłam go z Mirosławem Zbrojewiczem, trochę zaskoczona, że potrafi tak fizycznie zmieniać się w zależności od roli. "Ach, doktor Pawica, internista z Leśnej Góry..." - wzdychała jedna z redakcyjnych koleżanek w szczytowych latach popularności Na dobre i na złe. Dla wielu facetów z kolei Zieliński na zawsze będzie Mnichem, szefem pruszkowskiej mafii z "Odwróconych". Ale aktor ma też mocną pozycję w teatrze.

Reklama

Za rolę w "Ludziach i aniołach" (gra Niejakiego Stroncyłowa, który jako przybysz z zaświatów zjawia się w domu moskiewskiego biznesmena) dostał nagrodę Feliksa Warszawskiego i festiwalu Dwa Teatry. Spektakl warto zobaczyć w sieci. Podobnie zresztą jak "Komedię romantyczną" i inne telewizyjne sztuki, w których gra. W filmie Machulskiego dostał rolę tytułową. Bruno Volta to król życia. Ma reprezentacyjną narzeczoną, piękny dom, dobre auto. Karierę zawdzięcza sprytowi i bezczelności. "Jest kolesiem od wizerunku, który zamienia ćwoków w ludzi" - komentuje jego filmowa dziewczyna. My poznajemy go, gdy jako spin doctor doradza kandydatowi na prezydenta Polski - w tej roli Jacek Braciak.

Idę o zakład, że wasz dialog o niedźwiedziu będzie kiedyś kultowy. Kandydat mówi: "Nie chwalmy skóry na niedźwiedziu". Pan ze znużeniem: "Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu". Na co Braciak z namaszczeniem: "Nie dzielmy. Łączmy!".

Andrzej Zieliński: - To też moja ulubiona kwestia. Bo doskonale oddaje to, co we łbach ma większość polityków. Wyuczone formułki, często niepasujące do sytuacji. Jak ich słucham, to mi się... rajstopy rolują. W scenach z Jackiem miałem poważne kłopoty z zachowaniem powagi.

Jacek Braciak miał jasne zadanie: jego Kaziu to bufon. A pan jaki miał przepis na swoją postać?

- Grałem inteligentnego, chamowatego, bezczelnego typa. To określa sposób zachowania. Inaczej np. będzie chodził ktoś zakompleksiony (AZ błyskawicznie przedzierzga się w postać zgarbioną i smutną), a inaczej ktoś, kto uważa, że świat należy do niego - zresztą mojego bohatera określa w filmie sformułowanie: "kierownik kuli ziemskiej". Specjalnie jednak nie musiałem kombinować - w tym filmie były dobrze napisane litery, a to zawsze połowa sukcesu.

Litery?

- Scenariusz. Kiedy się dostaje dobry materiał, nie trzeba marnować energii na nadawanie sensu czemuś, co tego sensu nie ma. Samo się gra. Tak więc Juliusz Machulski odwalił za mnie prawie całą robotę. (śmiech)

Chyba pana lubi. Kolejny raz pracujecie razem, wcześniej były dwa przezabawne teatry telewizji - "Brancz" i "Rybka Canero".

- W pracy okazało się, że obaj lubimy się śmiać i - mam wrażenie - mniej więcej z tych samych rzeczy. Nie musimy sobie niczego tłumaczyć. Wie pani, jaki to komfort na planie? Każdą pracę z Juliuszem wspominam z bananem na twarzy, bo nie trzeba tracić czasu na ustalanie wspólnego języka. Po tych dwóch teatrach on powiedział: "to teraz trzeba by zrobić film".

Do tego w pięknym Lublinie.

- Byłem tam lata temu przy okazji Chopina... (AZ zagrał Wojciecha Grzymałę, przyjaciela pianisty - red.) i nie zdawałem sobie sprawy, jak wypiękniał. Jeśli tak dalej będzie się rozwijał, za parę lat zostanie kulturalną stolicą Polski. Ma na to "wszystkie papiery", a poza tym przepiękną starówkę, środowisko akademickie, mnóstwo knajpek. Jeśli jeszcze zrobią dojazd... Tak się zachwycam tymi dwoma tygodniami w Lublinie, bo niedługo potem miałem zdjęcia do "Watahy" - kręciliśmy w górach, w śniegu, na mrozie. Sama pani rozumie, że ten banan na twarzy był już mniejszy.

À propos banana. Podobno im więcej śmiechu na planie, tym mniej śmieszny efekt dla widza.

- Owszem, jest takie powiedzonko. Gdy się je odwróci, też będzie bzdura. Ważne jest co innego. Kręcenie komedii to zadanie matematyczne. Liczy się dyscyplina, "timing", czyli wyczucie czasu. Bo puenta powiedziana dwie sekundy później niż trzeba, traci na wartości. Dlatego tak ważne jest skupienie i precyzja. W mojej opinii komedia jest najtrudniejszą ze sztuk.

Oglądając pana w "Volcie" odniosłam wrażenie, że teraz jest dla pana dobry czas. Główna rola w filmie, dobra passa w teatrze, seriale... Czy możemy otworzyć drugi rozdział rozmowy i wrócić do czasów, kiedy pana wrażliwość i spojrzenie na świat dopiero się kształtowały? Wyobraźmy sobie: rodzinny Tarnów, przełom lat 60. i 70. Gdyby tak stworzyć folder ważnych wtedy dla pana smaków, zapachów, kolorów...

- Oj, ze smakami było fajnie (mina rozmarzona), bo mieliśmy nianię. Marynia. Niania wielopokoleniowa, wcześniej opiekowała się moim tatą. Pracowała od 14. roku życia. Zanim przyszła do nas, była kucharką na zamku w Dębnie. Gotowała fenomenalnie. Do dziś wspominam jej brudne kluski.

Brudne?

- Z tartych ziemniaków. Odcinane nożem i kładzione na wodę. Miały taki szarobury kolor. Drugi smak dzieciństwa to ambasador. Tort.

Nie znam.

- Bo to nie była nazwa oficjalna, tylko nasza, domowa. Mama robi go do dziś. Biszkopt i dwa rodzaje masy. Kakaowa z dużymi kawałkami gorzkiej czekolady i bakaliowa z kawałkami pomarańczy. Zetknięcie tych dwóch mas jest czymś... aż nierealnym. Mam przepis, ale na razie boję się sam robić. Żeby nie popsuć wspomnienia z dzieciństwa. Jeszcze à propos smaków - babcia robiła mi placki, coś w rodzaju podpłomyków, na słono. Dodawała sody oczyszczonej, one wtedy pięknie rosły. Nienawidzę mleka, ale te placki, lekko przypalone na blasze, z przechłodzonym mlekiem, z odrobiną masła - to była poezja. Masło sami z babcią ubijaliśmy.

A kolory z tego czasu?

- W szarym PRL-u miałem, można powiedzieć, kolorowe dzieciństwo. Mieszkałem w kamienicy, której ganek wychodził na ogród - nieduży, ale pełen warzyw i kwiatów. Za nim było ogrodzenie z siatki i następny ogród. Obok drewniany spichrz, który okazał się zabytkiem, w tej chwili tam jest muzeum etnograficzne. Natura, zieleń, spokój - to pamiętam dobrze. A jeszcze więcej tego miałem w Brzostku pod Jasłem, u babci. Ależ to była wyprawa! Całe 30 km autobusem ogórkiem. Na miejscu latałem za krowami. Wujek Andrzej dawał mi poprowadzić ciężarówkę z dźwigiem. Siedziałem w szoferce, trzymałem kierownicę - frajda!

A jakie zapachy pan pamięta?

- W tarnowskim mieszkaniu przez długi czas były piece, paliło się węglem. Przed świętami brało się gałązki drzewa iglastego i kładło na chwilę na blachę, pod którą był ogień. Na cały dom rozchodził się przepiękny zapach igliwia.

Czytałam gdzieś, że pana tato miał w domu 70 papug, możliwe to?

- Oj, nie tylko możliwe, ale pewne. Część z nich była w pokoju, przez który musiałem przechodzić do kuchni. Moim śniadaniom towarzyszyły więc takie dźwięki. (AZ udanie naśladuje odgłos papug).

A czym się zajmowali rodzice?

- W Tarnowie większość ludzi pracowała "na zakładach". Azoty. Mama całe życie była technikiem chemikiem. Ojciec różnie. Najpierw w dziale zaopatrzenia, potem był wiceprezesem klubu sportowego. Ale miał i ma fioła na punkcie ptaków. Zawsze była przy tym kupa roboty, której część zwalał na mnie. Rwałem mlecz, tłukłem cegłę, żeby sobie dzióbki mogły ścierać i drzeć się jeszcze głośniej.

Był pan grzecznym dzieckiem?

- W podstawówce raczej tak, choć chyba nieco nadpobudliwym. Potem trochę się buntowałem. Ale w granicach normy.

A kiedy odkrył pan, jak smakuje występowanie przed publiką?

- Jako nastolatek nagrałem z radia monolog Wiesława Michnikowskiego o żółwiu. Śmieszył mnie. Nauczyłem się go na pamięć i namiętnie wykonywałem na obozach i koloniach. Do dziś pamiętam tekst.

No...

- (chwila skupienia, po czym AZ wygłasza ze sceniczną interpretacją, a ja żałuję, że do wywiadu nie mogę dołączyć wideo) "Siedzę sobie wczoraj w domu, czytam gazetę i basta. A żona poszła do miasta. Skończyłem tę gazetę, przeczytałem i szukam, czy w domu nie ma parę złotych, żeby... wynieść. W tym trakcie słyszę dzwonek. Żona z miasta wróciła z takim... plastrem na oku. No to ja: "Gdzie, co ci się stało, po co ten plaster masz na oku?". A ona zmierzyła mnie od kamaszy po łysinę i powiada: "Jaki plaster? Nowy kapelusz sobie kupiłam, a ty, idyjoto, się poznać na tym nie możesz?". Dalej jest o żółwiu. Dziś może trochę oldskulowe, ale wtedy działało.

I z tym monologiem zdawał pan do szkoły aktorskiej?

- Nie. Pojechałem do Krakowa bez przygotowania. Dość przypadkowo wybrane teksty... Rzecz jasna, nie zdałem. Do dziś nie rozumiem tej akcji. Ale cóż, wtedy kompletnie nie wiedziałem, co robić z życiem. Złożyłem papiery do szkoły oficerskiej, myślałem o zootechnice. Ale roku nie zmarnowałem. Zatrudniłem się jako maszynista w teatrze w Tarnowie. Nawet zagrałem kozę w jasełkach.

Rola mówiona czy beczana?

- Raczej klęczana. Bez słów. (uśmiech) Ale było wesoło, coś się działo. Wtedy wyobrażałem sobie ten zawód jako zabawę. Potem zdałem sobie sprawę, że tak nie jest.

To już pewnie w szkole?

- Za drugim razem zdałem, ale dalej nie miałem pojęcia, jak to w środku wygląda. Na początku bardzo wstydziłem się występować. Na zajęciach z dykcji profesor powiedziała, że będziemy ćwiczyć na tekstach z egzaminów. Jak sobie wyobraziłem, że mam wyjść na środek, a tu koledzy... Panika! Tak zakombinowałem, że moje wystąpienie udało się odłożyć na później.

Przecież aktorstwo polega na występowaniu przed innymi.

- Miałem z tym problem. Podobnie jak z zajęciami z tańca, które do dziś mi się nie przydały. Pół rodziny "uśmierciłem", żeby tylko mieć usprawiedliwienie nieobecności. (uśmiech) Migałem się przed wieloma zajęciami. Miałem wrażenie, że nie da się obrobić całego poletka, które nam w szkole wyznaczają. A gdzie czas na obserwowanie ludzi, sytuacji, świata - tak ważne w tym zawodzie? Można powiedzieć, że przez studia przeszedłem instynktownie. A słuchanie wtedy Patti Smith uczyło mnie prawdopodobnie więcej niż niektóre zajęcia. Bo otwierało jakieś klapki, pokazywało inne strony ludzkiej natury. Poza tym już po pierwszym roku miałem praktykę, zrobiłem film "Wakacje z Madonną", a po drugim "Yesterday". Dziś wiem, że te role zawdzięczam szczęściu. Bo umiejętności to wtedy były takie sobie.

W szkole pozwalali grać?

- Z "Yesterday" miałem kłopoty, największe z panem od pantomimy, który grzmiał: "ale jak ty to nadrobisz?". Nie mogłem nawet pojechać na premierę.

Pamięta pan pierwszą euforię? Że "gram i mam rząd dusz"?

- Na trzecim roku robiliśmy jednoaktówkę Czechowa "Jubileusz". Dostałem rolę ślepawego urzędnika Chirina, "człowieka niechlujnego, porywczego, a do tego strasznego mizogina". Ludzie tak się śmieli, że nie mogliśmy grać. Na uczelni to okazało się wydarzeniem. Nie zawsze jednak ma się rząd dusz. Pamiętam koszmarne przedstawienie "Nocy listopadowej" w krakowskim Teatrze Słowackiego, tam zaczynałem po szkole. Wychodzę na scenę jako Wysocki i - tak to wymyślił reżyser - wołam do publiczności: "Bracia, dzieci, żołnierze, za broń!". A na tej olbrzymiej widowni zajęte tylko cztery rzędy przez niespecjalnie zainteresowaną młodzież. Traumatyczne doznanie. (uśmiech)

Ale przecież nie dlatego pan zwiał do Warszawy?

- Nie czułem się w Krakowie za dobrze. Tam jest dla mnie jakoś za smutno, za wolno. Splin. Kiedy się okazało, że mogę się przenieść, to się przeniosłem. Pomógł Artur Barciś. Wstydziłem się tak po prostu pójść do dyrektora teatru, więc zadzwoniłem do Artura, jedynego znajomego w Warszawie, z pytaniem, czy on sądzi, że w Ateneum jest jakieś miejsce. Powiedział, że nie ma. Ale za parę dni odezwał się z wiadomością, że jeden aktor odszedł, chyba Maciej Orłoś. Zostałem przyjęty. Znalazłem 19-metrową klitkę na Dolnym Mokotowie, raj! Nie grałem dużo, ale i tak byłem zachwycony, bo pracowałem z najlepszymi. Chciałem się uczyć, a tam było od kogo: Gustaw Holoubek, Marek Kondrat... Pamiętam, gdy w sztuce "Paweł Pierwszy" Jurek Kamas "sadził" swój monolog cara, za każdym razem siedziałem na schodkach z rozdziawianą buzią i słuchałem.

W Ateneum spędził pan 11 lat.

- Grałem epizody. Niektóre fajne. Aż przyszła Agnieszka Glińska i zrobiła "Korowód", który okazał się sukcesem. A to taki utwór, że cała obsada miała duże role, nawet po dwie. Zacząłem grać więcej, poczułem się pewniej, a po przeniesieniu się do Współczesnego wszystko rozkręciło się na dobre.

Był tam taki spektakl, po którym pan powiedział sobie: "chłopie, jesteś świetny"?

- Nie wyobrażam sobie, żebym po jakimkolwiek spektaklu mógł coś takiego powiedzieć. Przecież nie o to chodzi. Ważne jest, czy coś działa, czy nie. Moim zadaniem jest sprawić, żeby działało.

Jest w pana życiu coś, co kręci pana równie mocno jak granie, a nie jest związane ze sztuką?

- Oj, różnie. Czasem odpadam na tydzień, dwa z książką. Czasem "wsiadam" na rolki, a czasem postoję parę godzin w kuchni. Ostatnio utonąłem w książkach Ayn Rand - "Źródło" i "Atlas zbuntowany". W Stanach więcej sprzedało się tylko Biblii, a u nas są prawie nieznane. Dość wstrząsająca diagnoza społeczeństwa, opowieść o sile jednostki, wielkości i podłości.

A skąd pasja do gotowania?

- Zawsze pomagałem w kuchni, mieszałem w garach, oblizywałem łyżki. Ale olśnienie przyszło, gdy byłem już dorosły. Kolega chciał coś ugotować, a miał tylko chleb i pora. Dodał jakiegoś oleju, przyprawy, wrzucił na patelnię i zrobił z tego "niczego" pyszne danko. Pamiętam, że pomyślałem wtedy: "jak to, to tak można?". Od tej pory zacząłem eksperymenty i odkrywanie smaków. Lubię jeść. Nie ma takiej rzeczy, której bym... No, może nie zapędzajmy się, że wszystko bym zjadł. (uśmiech) Ale jestem bardzo odważny. Teraz mam etap kuchni koreańskiej. Bo szybka: 10-15 minut i gotowe. Zaraz po naszym spotkaniu pędzę zrobić koreańską mizerię.

Rety, znam tylko polską!

- W tej są ogórki, dymka i sos z papryki gochugaru. Na sąsiedniej uliczce jest Corea House, mają znakomite gotowe rzeczy, kupiłem u nich dwie książki i gotuję. A tę paprykę to się też dodaje do kimchi.

Nigdy nie jadłam.

- Nie jadła pani kimchi? I jak pani funkcjonuje? (uśmiech) Żartuję, ale nie do końca. Bo bez kimchi jest słabo. Proszę uważać, ja o żarciu mogę gadać godzinami. Mam półkę książek kucharskich. Kupiłem już sobie nową "Jadłonomię" i przetestowałem pierwszy przepis: smalec z porów i gruszki. Jakie to dobre! Teraz przymierzam się do pasty z białej fasoli z rodzynkami.

Mam pan swoje top 5? Dania, które zawsze się udają?

- Ośmiornica. Polana oliwą, zapieczona z ziemniaczkami, z czosnkiem i wędzoną papryką hiszpańską. Pewna młoda dama uwielbia to, mam więc dziką przyjemność jej to serwować.

Młoda dama?

- Córka mojej partnerki. Jest niejadkiem, a to lubi. Wychodzą mi też zawsze mule i inne morskie rzeczy. Teraz jem mniej mięsa, ale kiedyś daniem popisowym była łopatka jagnięca pieczona w niskiej temperaturze przez kilka godzin. Ze świeżym rozmarynem i czosnkiem. Raz w poczekalni u dentysty wyrwałem z gazety przepis na roladę z łopatki wieprzowej z kasztanami. Dodam na usprawiedliwienie, że gazeta nie była specjalnie aktualna. Robiłem tę roladę już kilkakrotnie. Pyszna.

A coś panu kiedyś spektakularnie nie wyszło?

- Kiedyś próbowałem zrobić brudne kluski. Wyszła mi jedna. Za to cholernie duża. Nie miałem też szczęścia do gnocchi. W mojej pierwszej własnej kawalerce kuchnia była tej wielkości (AZ rozkłada ramiona). I wymyśliłem sobie, że ja w tej wnęce zrobię gnocchi verdi. Duże, wielkości jaja. Ricotta była w nich i parmezan, i szpinak. Nie miałem się jak poruszać i zaczepiłem o blacik, gdzie miałem wszystko skrzętnie ułożone. Spadło w cholerę. Myślałem, że z wściekłości rozwalę moją "kuchnię". Do tej pory gnocchi verdi nie zrobiłem. Teraz w mieszkaniu w Wilanowie mam dużą kuchnię, w której wszystko stoi na wierzchu, pod ręką. To moje królestwo. Choć przyznaję, że nie umiem robić rzeczy ładnych, przyozdabiać, artystycznie poukładać. Na to jestem zbyt niecierpliwy.

Pana partnerka czuje się zwolniona z gotowania?

- Przy mnie zdecydowanie tak.

A gotowanie można jakoś porównać do aktorstwa?

- Na pewno jest to rodzaj sztuki. Ale ja porównałbym je raczej do malarstwa.

 Joanna Nojszewska

TWÓJ STYL 7/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje