Przejdź na stronę główną Interia.pl

Andrzej Seweryn i Katarzyna Kubacka-Seweryn. Połączyła ich tęcza

​Kiedy sześć lat temu przyjął jej zaproszenie na festiwal polskich filmów w Maroku, nie wiedziała, że to spotkanie zupełnie zmieni ich życie.

Katarzyna Kubacka-Seweryn

Pochodzi z Konina, z wykształcenia nauczycielka języka polskiego. Od 16 lat ma własną firmę zajmującą się propagowaniem kultury i organizowaniem wydarzeń kulturalnych. Jest producentką Festiwalu Filmów - Spotkań NieZwykłych w Sandomierzu i prowadzi Akademię Filmową "Otwórz Oczy!" w Koninie oraz warsztaty dla nauczycieli Przestrzenie Inspiracji w Lublinie. Ma 52 lata, dwie dorosłe córki Katarzynę i Zuzannę, oraz wnuki Adasia i Maję.

Reklama

Gdy Andrzej przygotowywał się do roli Zdzisława Beksińskiego, pojechaliśmy w Beskid Niski i wynajęliśmy dom na wzgórzu. Wokół było pusto, otaczały nas góry i lasy. Idealne miejsce na wypoczynek, ale i do pracy. Andrzej uczył się roli, ja czytałam "Beksińskich. Portret podwójny" Magdaleny Grzebałkowskiej. Dużo rozmawialiśmy o Beksińskich. Spieraliśmy się - ja broniłam Tomka, Andrzej tłumaczył motywacje Zdzisława. Z niepokojem czekałam na film. Po seansie byłam wstrząśnięta... i zachwycona interpretacją Andrzeja. 

Jest wspaniałym aktorem, ale dla mnie przede wszystkim mężem, partnerem w lekkości bytu i w trudzie, w codzienności. Staram się jednak nie angażować go zbytnio w sprawy domowe. Od niedawna potrafi przygotować jedną jedyną potrawę: gotuje jajka na miękko. O dziwo, wychodzi mu to doskonale! Z radością i dumą serwuje mi je na śniadanie. I to by było na tyle w przestrzeniach kulinarnych. Niedawno kupiliśmy nowe mieszkanie, ustaliliśmy budżet na remont, którym zajęłam się sama od początku do końca. Marzę, bym mogła wprowadzić męża do naszego nowego domu w dniu jego imienin. Liczę, że to się uda... 

Andrzej nie ma jakichś szczególnych wymagań czy kaprysów. Jak żołnierz na wojnie, potrafi dostosować się do każdych warunków. Ludzie, którzy nie znają go osobiście, najczęściej mają inne wyobrażenie na jego temat. Ja też myślałam, że jest usztywniony, zawsze poważny, w garniturze, pod krawatem. I takiego Andrzeja Seweryna oczekiwałam w Martil, kiedy sześć lat temu w listopadzie przyleciał na przegląd filmów polskich, który organizowałam w Maroku. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że jest niesłychanie otwarty i dowcipny. To była miłość od pierwszego wejrzenia! "Ach, to pani", krzyknął przy powitaniu, bo znaliśmy się tylko z mejli. Jego twarz i oczy się zmieniły. Następnego dnia spotkaliśmy się na pożegnalnej kawie, poprosiłam, żeby podpisał dla mnie swoją biografię, i wtedy - wiem, że zabrzmi to strasznie banalnie, ale tak było - nad morzem pojawiła się tęcza. Na pierwszej stronie wpisał dedykację: "W nadziei na obiecaną tęczę". Od tej pory tęcza towarzyszy nam w wielu ważnych momentach. Pokazała się w dniu naszego ślubu i kiedy po raz pierwszy usiedliśmy na tarasie nowego mieszkania... Wtedy w Martil po pożegnaniu pojechał na kolejne spotkania, ale już po chwili dostałam od niego pierwszego SMS-a. Odpisywałam z niepokojem, ale i radością, w uniesieniu.  

Od samego początku nasza znajomość była niezwykle intensywna emocjonalnie. Mieszkałam wtedy w Poznaniu, Andrzej podróżował między Paryżem a Warszawą, gdzie przygotowywał się do objęcia stanowiska dyrektora Teatru Polskiego. Przeprowadzał się do Polski, musiał uregulować swoją sytuację osobistą. Spotkaliśmy się jako ludzie dojrzali, po przejściach. Gdy poznałam Andrzeja, wiedziałam absolutnie i do końca, że jego decyzje dotyczące małżeństw wynikały również z poczucia odpowiedzialności za drugą osobę. Niewielu jest dziś takich mężczyzn. Są jednak w życiu etapy, które się kończą, zdajemy sobie sprawę z błędów, naszych nie zawsze odpowiednich wyborów. Oboje pochodzimy z rozbitych rodzin, wychowywały nas dzielne samotne mamy. Oboje chcieliśmy odmienić los przeżytego dzieciństwa, dlatego w przeszłości podejmowaliśmy decyzje o założeniu rodzin spontanicznie, zbyt szybko. Kiedy zaczęła się rodzić we mnie i w Andrzeju myśl, że chcemy być razem, mieliśmy pewność, że już nic złego nie może się wydarzyć. 

Między nami jest 18 lat różnicy, ale ja jej nie czuję. Andrzej ma młodzieńcze spojrzenie na świat, tyle sił witalnych i energii, że czasami nie mogę za nim nadążyć. Codziennie wstaje wcześnie rano, ćwiczy, biegnie do teatru, ma dziesiątki spotkań, wieczorem gra przedstawienie, potem, około 22, często wpadamy jeszcze na chwilę do jego córki. Bardzo dbam o kontakty z naszymi rodzinami, staram się, żebyśmy się często spotykali. Kiedy braliśmy ślub w Rzymie, nasze wnuki Jadzia, Adaś i Maja podawały nam obrączki, Lena nagrywała film, a dzieci Kasia, Marysia i Jaś były świadkami. Jedynie moja młodsza Zuzia nie mogła przylecieć z Alaski i płakała z żalu, a Maximilien tego dnia grał przedstawienie w Londynie.

Małżeństwo nas wzmocniło, jesteśmy teraz jednym organizmem. Kiedy Andrzej śpiewa "I’m Your Man" Cohena, czuję, że nic nas nie złamie. Ale uwielbia też inny utwór, już z pogranicza kiczu. Nuci "Żono moja, serce moje" i często tak właśnie się do mnie zwraca. Nieustannie mnie zaskakuje swoimi pomysłami, fantazją. W pierwszą rocznicę ślubu zawiązał mi oczy i zaprowadził do taksówki. Po odgłosach dochodzących z zewnątrz zorientowałam się, że jesteśmy nad Wisłą. Wsiedliśmy do łódki, otworzył prosecco i dopiero wtedy zdjął mi opaskę. Wspaniale wymyślił też nasze zaręczyny. Na początku znajomości wspomniałam, że nigdy nie byłam w Rzymie. Obiecał mi, że na moje 50. urodziny wybierzemy się tam razem. Pamiętał o tym, zrezygnował nawet z ważnych zdjęć, żebyśmy w tym dniu mogli tam polecieć. Zamówił kolację z cudownym widokiem na miasto, wyjął pierścionek i zapytał, czy za niego wyjdę. 

Dzięki skrupulatnie prowadzonym od 30 lat kalendarzom nie zapomina o ważnych sprawach. Jeśli ma coś do załatwienia, stara się to zrobić od razu, niczego nie odkłada na później. Uczę się od niego tej niezwykle przydatnej cechy. Myślę z kolei, że Andrzej uczy się ode mnie radości życia, umiejętności cieszenia się chwilą. Każdy przeżyty razem dzień traktuję jak dar i jestem szczęśliwa, że udało się nam spotkać, bo przecież, jak w filmie Kieślowskiego, mógł naszym życiem zarządzić inny przypadek i mogliśmy się minąć, w ogóle na siebie nie trafić. A może wszystko jest zapisane w górze? 

Andrzej Seweryn

Wybitny aktor teatralny i filmowy, reżyser teatralny, dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie (od 2010 r.). Wystąpił w wielu filmach Andrzeja  Wajdy, a także u Agnieszki Holland, Stevena Spielberga i Jerzego Hoffmana. W 1980 r. wyjechał do Francji, gdzie pozostał w związku z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego. Zaangażowany jako trzeci cudzoziemiec w historii francuskiej sceny do jednego z najbardziej prestiżowych teatrów na świecie Comédie-Française. Wielokrotnie nagradzany, ostatnio na Festiwalu Filmowym w Gdyni za pierwszoplanową rolę w "Ostatniej Rodzinie" w reż. Jana P. Matuszyńskiego. Ma trójkę dzieci: córkę Marię i synów Yanna i Maximiliena, troje wnuków: Lenę, Jadwigę i Aarona. Skończył 70 lat.

Kiedy sześć lat temu Kasia zapraszała mnie na festiwal filmów polskich do Maroka, zakończyła swojego mejla słowami: "Ciepło pozdrawiam". Może dla innych osób nie ma w tym nic nadzwyczajnego, ale do mnie nikt wcześniej tak nie pisał. Byłem ciekaw, kto to jest. Potem zobaczyłem wysoką, piękną kobietę w długiej sukni i stało się. Po prostu się zakochałem. 

Nie bałem się tego uczucia, bo powtórzę za prezydentem Wałęsą: "Boję się tylko Pana Boga". Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, że to pociąga za sobą poważne konsekwencje, ale nie był to strach, tylko dorosłe planowanie swojego życia. Zmiany nigdy nie są proste, miałem świadomość, że nie wszystkim to się podobało. Największym wyzwaniem w ciągu tych sześciu lat był czas poprzedzający nasz ślub, ponieważ wolałbym, żeby ta sprawa została załatwiona dużo wcześniej, jednak nie było to możliwe. Świat też Kasi nie pomagał - była obserwowana, oceniana, ale zaufała mi, tak jak jej rodzina. I to było dla mnie źródłem siły. 

Kasia jest osobą, na którą zawsze mogę liczyć, wiem, że to, co robię, jak się czuję, jak wyglądam, jest dla niej ważne. Dzięki niej lepiej się ubieram, wymieniła niemal całą moją garderobę, bo uznała że jest niemodna, i miała całkowitą rację. Mamy podobne poczucie humoru, a to jest piekielnie ważne w związku. Jesteśmy też podobnie wrażliwi, choć ona w dużo większym stopniu niż ja. Bardzo zwraca uwagę na sposób komunikowania się, bo lepiej, żeby ludzie mówili do siebie językiem eleganckim, spokojnie. A to wcale nie jest takie łatwe, gdyż czasem jesteśmy zmęczeni i brakuje nam czasu. Nie ma między nami różnic w ocenie rzeczywistości, sztuki, kuchni. Nie ma też tematów tabu, i to ma ogromne znaczenie, bo kiedy one są, pojawia się ostrożność. Oczywiście, jak wszystkim zdarzają się nam trudne sytuacje, ale cokolwiek by się stało, to nic nie popsuje naszego związku. W tej kwestii mam całkowitą pewność. Kasia nigdy nie stawiała mi żadnych warunków, ale ma wobec mnie oczekiwania. Zależy jej, żebym się nie denerwował i żebyśmy prowadzili nieustanny dialog o wszystkim: o cytrynie, Hiszpanii, wnukach.

Rozmawiamy również o mojej pracy. Czasem przychodzę z teatru szczęśliwy, czasem zmartwiony i przecież nie będę przed nią ukrywał swoich nastrojów. Opowiadałem jej, trochę w żartach, o syndromie żony dyrektora teatru, która dyrektoruje. Pamiętam, co kiedyś mówiono o wpływach Aleksandry Śląskiej, żony Janusza Warmińskiego, legendarnego dyrektora teatru Ateneum. Ale przecież Kasia nie jest aktorką, w teatrze bywa gościem, choć częstym, bo większość przedstawień ogląda kilkakrotnie. I to też jest wspaniałe. 

Bardzo dużą wagę przywiązuje do więzów rodzinnych, celebrowania wszelkich rocznic, świąt. Mogę powiedzieć, że przywróciła mnie mojej rodzinie w Polsce, choć było to też związane z moim powrotem do kraju. Dzięki niej stałem się bardziej rodzinny, ona ma wręcz boski dar - potrafi natychmiast wchodzić w dobre relacje z ludźmi. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie było to wcale proste. Moja pozycja społeczna, także przeszłość osobista były dla niej obciążeniem. Na pewno miało znaczenie, co ludzie powiedzą. Dziś coraz mniej przejmuje się opiniami. Zmieniła się, chociaż trudno mi znaleźć odpowiednie słowa, które by to opisały. Przy mnie Kasia znalazła się w świetle reflektorów i dajemy sobie z tym bardzo dobrze radę. Czasem mówi mi, że gdzieś nie pójdzie, czegoś nie zrobi, i ja to całkowicie akceptuję. Jest wolnym człowiekiem i postępuje tak, jak uważa za stosowne. 

Ja chyba tak surowy w sądach nie jestem - może z wiekiem stałem się bardziej tolerancyjny? Różnica wieku między nami ma znaczenie tylko dla ludzi, którzy chcą o nas mówić źle. I to wszystko w tej kwestii. Przyjaciele mówią o mnie teraz "Andrzej uszczęśliwiony". Mają rację. Moja miłość do żony czyni mnie szczęśliwym. Myślę też, że powrót do kraju po 33 latach nieobecności okazał się dużo prostszy właśnie dzięki Kasi. W zasadzie nie tęsknię za Francją, oczywiście bardzo chętnie bym tam pojechał, kocham ten kraj i szanuję. Wiele mu zawdzięczam. Kiedy przerzucam kanały telewizyjne, zatrzymuję się na francuskich, ale jest to dla mnie zamknięty etap. Prawie zamknięty, bo we Francji żyje mój syn Maximilien. 

Nasze zaręczyny i ślub odbyły się w Rzymie, było w tym wiele z przypadku. Kiedyś Kasia wspomniała, że nigdy w nim nie była, więc postanowiłem, że pojedziemy tam razem. Zachwycająca Roma Aeterna (Wieczne Miasto - red.). To nowe miejsce, tylko nasze, niezwiązane z przeszłością. To jest bardzo ważne. Teraz Kasia urządza dla nas mieszkanie, ja się z tego wyłączyłem całkowicie, ale wiem, że ona potrafi to zrobić.  Ciągle się jej uczę, są reakcje, które jestem w stanie przewidzieć, ale też wciąż mnie zaskakuje. Lubi być niespodzianką i lubi robić niespodzianki. Jacques Brel powiedział kiedyś, że kobieta wymaga ogromnej pracy: nad sobą, nad relacjami, i ta praca oznacza też próbę doskonalenia siebie. Małżeństwo to właśnie taka codzienna, żmudna, mało efektowna praca, bo świętować jest bardzo łatwo, natomiast znacznie trudniej w szarym życiu tworzyć dobry związek. Myślę też, że nic lepszego niż małżeństwo, jako relacja kobiety i mężczyzny, ludzkość nie wymyśliła i ja w tej dziedzinie rewolucjonistą nie będę.


Iza Komendołowicz
PANI 12/2016

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama