Przejdź na stronę główną Interia.pl

Amerykański sen

Mistrzyni świata UFC w wadze słomkowej, wielokrotna mistrzyni Europy i świata w tajskim boksie. Walczy w Ultimate Fighting Championship (UFC), największej światowej organizacji MMA. Znalazła się w gronie 10 najlepszych sportowców w tegorocznym plebiscycie "Przeglądu Sportowego" i TVP. Joanna Jędrzejczyk opowiada o swojej drodze do sukcesu.

Podczas ostatniej walki po raz drugi złamałaś kość dłoni. Bolało?

Reklama

Joanna Jędrzejczyk: - Tylko po operacji. Może komuś wyda się to nienormalne, ale traktuję to jak złamany długopis. Całe szczęście, że nie mam połamanego nosa ani blizn na twarzy. Śmieję się do narzeczonego, że blizny na dłoni to znak, że musimy szybciej wziąć ślub.

Patrzę na ciebie i widzę delikatną dziewczynę, która w oktagonie, czyli ringu, zamienia się w fajterkę. Jak pogodzić kobiecość z kopaniem i brutalnym okładaniem się pięściami?

- Porównam to do teatru: na co dzień aktorka jest sobą, a na scenie zamienia się w kogoś innego. To jest moja praca i staram się ją wykonywać rzetelnie i profesjonalnie. 

Biłaś się w dzieciństwie?

- Nie. To były dziecięce zaczepki, ale nie byłam chuliganką. Wychowywałam się ze swoją siostrą bliźniaczką, zawsze miałyśmy zgraną paczkę dziewczyn i hasałyśmy po osiedlu.

Podoba ci się, że za oceanem mówią o tobie "beast" (bestia - red.)?

- W Polsce to brzmi mocno, ale tam to pochlebstwo.

A nie wolałabyś, żeby mówili o tobie "angel" (anioł - red.)?

- Nazywają mnie "polish princess of pain" (polska księżniczka bólu - red.). Nie wybrałam kariery modelki, bo nie mam takich warunków. Zaczęło się od tego, że jak miałam 16 lat, poszłam na trening, żeby schudnąć, a po pół roku pojechałam na pierwsze zawody. To była pasja, której szukałam.

Jesteś dumna z tego, co osiągnęłaś?

- Oczywiście, ale nie zapomnę, jak rok temu zdobyłam mistrzowski pas - wokół radość, a przyjaciel zapytał: "Nie cieszysz się?". "Cieszę się, dlatego że wy się cieszycie" - odpowiedziałam. Dopiero po kilku dniach dotarło do mnie, jak zmienił się mój świat.

Olsztyn nie staje się dla ciebie za ciasny?

- Nie, z chęcią do niego wracam i będę wracała. W Stanach pytają mnie, czy tam zostanę, żeby zarobić więcej pieniędzy, ale żadna kwota nie zastąpi mi czasu spędzonego z rodziną.

W USA jesteś traktowana jak gwiazda filmowa?

- Nie do końca, ale tam jest trochę inna mentalność. U nas ludzie muszą zacząć traktować MMA jak sport, a nie jak rozrywkę dla chuliganów.

Co cię w tym najbardziej pociąga?

- Rywalizacja. Przełamywanie barier. Choć muszę odmawiać sobie wielu rzeczy, które sprawiają mi przyjemność.

Mówisz: "Walka to dla mnie dzień chwały"...

- Przed wyjściem powtarzam sobie: "To jest ten moment, na który ciężko pracowałaś. Ona też, ale udowodnij, że to ty zasługujesz na zwycięstwo". Biorę głęboki wdech, wchodzę do oktagonu i czuję ogień. To są takie emocje, które trudno z czymkolwiek porównać.

A jak już wygrasz, oczekujesz oklasków, kwiatów, szampana do łóżka?

- (śmiech) Nie, chociaż tak często jest. 

Robisz sobie jakiś prezent po walce? 

- Zawsze kupuję sobie parę butów. Bo jestem tzw. sneakerheadem, czyli osobą, która lubi sportowe buty i ma ich bardzo dużo.

Nie szpilki?

- Nie, szpilek mam tylko trzy, cztery pary.

Masz w sobie agresję, którą uwalniasz podczas walki?

- To pozytywna agresja i sportowa złość. Ja się modlę przed walką. Nie o to, żeby złamać nos przeciwniczce czy ją znokautować, tylko o to, żebym miała siłę wytrwać.

Współczujesz przeciwniczce, którą pokonałaś, czy triumfujesz?

- Współczuję, bo nie chciałabym mieć połamanego nosa, ale ryzyko podejmujemy obie. A później powinna być zdrowa sportowa przyjaźń.

Udaje się to?

- Często tak. Dziękujemy sobie po walce. Wiemy, ile nas kosztuje.

Stosujesz czasem wobec siebie taryfę ulgową? Jesteś przecież kobietą.

- Ja nie odpuszczam, znam smak zwycięstwa. Wiem, że istnieje "amerykański sen". I jeżeli mnie zapytasz o sportowego idola, to odpowiem, że sama dla siebie jestem idolem. Może jest to narcystyczne, ale wiem, ile pracy w to wkładam. W oktagonie zostaję sama.

Mówisz, że chciałabyś zostać legendą. Nie boisz się upadku z wysokości?

- Nie (śmiech). Dużo już osiągnęłam i nawet jak upadnę, to nie będę tego uważała za porażkę. Przychodzi moment, że trzeba zejść ze sceny, choć trudno sobie powiedzieć "dość", bo są ambicje, które nie gasną.

Wzruszasz się na filmach?

- Mało ich oglądam. Teraz nadrabiam zaległości, dzisiaj kupiłam dwie książki i płyty. Jedna o Relidze, bo widziałam film - on był fajterem! I też dopiął swego.

Jesteś asertywna?

- Nie zawsze. Ale to się zmienia. Uczę się, jak być rekinem w biznesie. Choćby było sto osób przeciwko mnie, to zostanę na polu bitwy i postawię na swoim.

Twój chłopak nie ma łatwo...

- Świetnie się dogadujemy, jesteśmy naprawdę zgraną drużyną. Jest małomówny, ale ma silny charakter.

Chcesz zostać bizneswoman?

- Mam kilka pomysłów na biznes, bardzo bym chciała pracować z młodzieżą, z dziećmi, dawać im motywację. I chcę zostać milionerką do trzydziestki, czyli mam jeszcze półtora roku.

A dużo ci jeszcze brakuje?

- Nie. To jest niewyobrażalne, jak wszystko może się zmienić w rok. Wcześniej zarabiałam, pracując ciężko u rodziców w warzywniaku.

Czy ty, fajterka, masz jakąś słabość? Może boisz się myszy?

- Tak! Miałam kiedyś chomika i brałam go w rękawiczkach. Brzydzę się też pająków.

Jakie są twoje marzenia?

- Założyć rodzinę, zapewnić jej dobrobyt i spokojnie żyć.

Nie będziesz się nudzić?

- Coś wymyślę. Chciałabym wrócić do fotografii, do wspinaczki - na razie ze względu na kontrakty nie mogę uprawiać sportów ekstremalnych.

Najbliższe plany?

- Lipcowa walka w Las Vegas. To będzie ciężki pojedynek, ale po raz kolejny udowodnię, że to ja jestem najlepsza. Cieszę się, bo mam cel!

03/2016 PANI



Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje