Przejdź na stronę główną Interia.pl

Alicja Klenczon: Historia jednej znajomości

Opole, czerwiec 1969r., VII Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. Czerwone Gitary Krzysztof Klenczon (pierwszy z prawej) /Jerzy Michalski /Agencja FORUM

Choć zmieniły się muzyczne trendy, 36 lat po śmierci Krzysztof Klenczon wciąż ma status gwiazdy. Słowa jego piosenki "nie przejdziemy do historii" nie były prorocze. Od kilku lat w Pułtusku - mieście, w którym urodził się Klenczon - odbywa się festiwal jego imienia, podobnie w Szczytnie - mieście, w którym spoczęły jego prochy - jeden z koncertów cyklicznych "Dni i nocy Szczytna" nosi jego imię. Właśnie ukazała się książka "Historia jednej znajomości". O tej znajomości rozmawiamy z żoną muzyka Alicją Bibi Klenczon.

Reklama

Anna Piątkowska, STYL.pl: Kiedy się pani przedstawia, padają pytania o nazwisko?

Alicja Klenczon: - Tak, taksówkarze często pytają, czy jestem spokrewniona z tym Klenczonem. Nawet dziś.  

Reklama

Bycie partnerem gwiazdy to chyba trudna rola. Jak pani sobie z tym radziła?

- To jest bardzo trudna rola. Krzysztof nie żyje od ponad 36. lat, ale doskonale to pamiętam. Zresztą jego też sława męczyła, zwłaszcza pod koniec nie mieliśmy prywatności. Będąc na ulicy czy w sklepie, kawiarni, pomimo że zakładał ciemne okulary, kapelusz to i tak zawsze go poznawali. Zresztą nie tylko jego, podobne historie opowiadali jego przyjaciele, np. Czesiu Niemen, Krzysztof Krawczyk czy Skaldowie.

Andrzej Olechowski, menedżer Trzech Koron - zespołu założonego przez Krzysztofa po odejściu z Czerwonych Gitar - w jednym z wywiadów mówił: "Krzysztof był bardzo popularny i bardzo lubiany. To był człowiek, z którym pokazywanie się na mieście było dość krępujące, bo on był powszechnie rozpoznawalny. Naprawdę był wtedy jedną z paru największych postaci w polskiej muzyce. Gdziekolwiek byśmy nie poszli, zawsze ktoś Krzyśka rozpoznał".

- On nie traktował siebie jak wielkiej gwiazdy, ale dla innych to musiało być naprawdę krępujące. Krzysztof miał wielu kumpli, zwłaszcza takich starych z Mazur jeszcze, sprzed tego okresu, kiedy zaczął być popularny i ich to bardzo denerwowało, że go wszędzie rozpoznawali. To nieraz bywało uciążliwe, a czasami nawet niebezpieczne. Pamiętam, kiedyś, jeszcze w czasach Czerwonych Gitar, jechaliśmy autobusem - był w nim cały zespół, osoby towarzyszące, osoby odpowiedzialne za sprzęt, no i cały sprzęt, instrumenty - fanki doskoczyły do tego autobusu, zaczęły nim bujać w dwie strony. Kierowca się wystraszył, mogły przecież przewrócić ten autobus. Dziewczyny wariowały. Kochały się w nich wszystkich.

Nie przeszkadzały pani te zakochane fanki?

- Nie, miałam zaufanie do Krzysztofa. Chociaż czasami bywało dziwnie, dostawałam nawet listy z pogróżkami. Była taka fanka z Lublińca, która napisała, że mnie zabije - milicja zajęła się tą sprawą. Oni wszyscy mieli fanki, ale najwięcej Krzysztof i Seweryn. Pamiętam jak Jurek Skrzypczyk wspominał list i paczkę od dziewczyny, w której była stara dusza od żelazka. W tym liście napisała: "Zabrałeś serce, weź i duszę". U nas w domu w Gdańsku - Oliwie było ponad 20 kartonów z listami, kiedy wyjeżdżaliśmy do Stanów Zjednoczonych, zostawiliśmy je pod opieką ciotki z myślą, żeby zabrać podczas jakiejś kolejnej wizyty w Polsce, ale ona to wyrzuciła... Kilka listów mam. Mam też listy Krzysztofa, które pisał do mnie. Pisał najpierw na brudno, potem przepisywał. Miał bardzo ładny charakter pisma. Listy ozdabiał zawsze jeszcze jakimś rysunkiem. Zawsze malował na końcu gitarzystę.

Gdy się poznaliście Krzysztof Klenczon nie był jeszcze popularny.

- Nie, to były początki.

Kto kogo poderwał?

- Nikt nikogo nie poderwał. Ja w ogóle nie byłam ich fanką. Poznaliśmy się w sumie przez przypadek, to było dokładnie w premierę Non Stopu zimowego. 19 stycznia 1965 roku był koncert Czerwonych Gitar - chyba w ogóle ich drugi  koncert. Ja przyszłam z kolegą, nawet nie za bardzo chciałam iść. Siedziałam sobie z tym kolegą i jakimiś znajomymi, w pewnym momencie podszedł do mnie jakiś grubawy facet i poprosił do tańca, ale dziwny to był taniec, bo on mnie wciąż obracał jakoś tak do sceny i ja tam zobaczyłam chłopaka, którego widziałam już gdzieś dzień wcześniej, rozpoznałam jego twarz. Po koncercie przyszedł ten facet, z którym tańczyłam i powiedział, że Czerwone Gitary zapraszają mnie do kawiarni do góry w Grand Hotelu. Poszłam, siedzieli członkowie zespołu, każdy się przedstawił. Krzysztof raczej mnie wtedy nie podrywał, chociaż usadzili mnie obok niego. Potem przyszły siostry Jana i Helena Kras - późniejsze żony chłopaków z zespołu.

Spodobał się pani wówczas Klenczon?

- Tak, lubiłam urodę południowców. Kiedy później rozmawialiśmy, on mi powiedział, że zwrócił na mnie uwagę już wcześniej. Zobaczył mnie kilka dni wcześniej w barze Alga, do którego ja wpadłam coś zjeść między zajęciami, studiowałam wówczas na ASP. Muszę przyznać, że ja go wtedy też zauważyłam - przystojny, ciemnowłosy chłopak z moherowym szalikiem, w kożuszku. Ale to było kilka sekund i tyle.

Podobno był nieśmiały i wycofany.

- Tak, był nieśmiały, a ja z kolei szybko nawiązuję kontakty. Słyszałam od jego znajomych, że on unikał dziewcząt, bo się kiedyś zawiódł. Ale był nieśmiały nie tylko do dziewczyn. Ja go trochę nauczyłam tej śmiałości.

Kiedy się poznaliście Klenczon nie był jeszcze tak popularny jak wówczas, gdy braliście ślub. Wspomina pani o fankach, które czekały pod kościołem...

- O, to była histeria... Fanki pisały: "Krzysiu, zastanów się jeszcze", "Krzysiu, jeszcze masz czas"... Byłam trochę przestraszona, Krzysztof zresztą też, ale spodziewaliśmy się tego. Ach, co to był za ślub... Miałam dwie sukienki, do ślubu cywilnego była biała z peleryną obszytą lisem - bo w PRL-u był cywilny i kościelny oddzielnie. Później biała sukienka z bardzo długim welonem, dzieci niosły ten welon. Ślubu udzielał nam proboszcz katedry.

- Ślub mieliśmy w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, babcia to załatwiła - pewnie dzięki temu, że Krzysztof był sławny. Babcia zawsze powtarzała, że muszę mieć przyzwoity ślub, zażądała czerwonego dywanu do katedry - nie wiem, jak tego dokonała. Po ślubie pojechaliśmy na Westerplatte - taki był zwyczaj. Wesele było w domu, wtedy nie było sal weselnych. Witała nas ciotka z babcią chlebem i solą, moi rodzice od lat mieszkali w Stanach, a mnie wychowywała babcia. Byli kucharze wynajęci z Batorego po jakieś tam znajomości, byli kelnerzy. Trwało to całą noc. Było zaproszonych 120 osób, ale potem zaczęli wchodzić ludzie jacyś z miasta, jak już towarzystwo było rozluźnione.

Po ślubie fanki odpuściły?

- Z czasem ta sytuacja się unormowała i były już serdeczne kontakty. Często nas zaczepiali na Wybrzeżu, żeby zrobić sobie zdjęcie, kiedy spacerowaliśmy z małą Karoliną w wózku. Wtedy też różne kobiety mnie pouczały na tych spacerach, np. że źle ubrałam dziecko, źle położyłam, że źle karmię. Krzysztof zyskał też nowe fanki... Moje trzy babcie - prawdziwa i dwie cioteczne - rwały naręcza kwiatów z ogrodu, brały taksówkę i kazały się wieźć na koncert. Wparowywały na te koncerty bez biletów, bo moja babcia mówiła, że wnuczek gra. Zawsze im dostawiano jakieś krzesła w pierwszym rzędzie. Po koncercie pchały się z tymi kwiatami na scenę. Szkoda, że nikt tego wtedy nie nagrywał... Im się bardzo ta muzyka podobała.

Pisał dla pani piosenki?

- Tak, np. "Historia jednej znajomości". Chociaż o tę piosenkę jest mały spór, ja uważam, że ona jest dla mnie, Jana, żona Jurka Kosseli mówiła, że to dla niej i pamiętam, że Helena Dornowska też uważała, że dla niej. Ale ja myślę, że to dla mnie, bo tam jest w piosence takie zdanie o psie, który w pysku niósł "Głos Wybrzeża", a mój pies tak właśnie był nauczony, że przynosił nam gazety. Inna piosenka, nie taka znana, ale bardzo ładna, nazywa się "Masz w sobie coś".

Jak powstawały te piosenki? Pisali razem?

- Z reguły najpierw Krzysztof pisał muzykę i do tego powstawały słowa. Oni mieli różne spotkania, na których prezentowali to, co skomponowali wcześniej, tekściarze słuchali muzyki razem z nimi i tak powstawały słowa. Jeden z ich największych przebojów - "Biały krzyż" powstał inaczej, najpierw były słowa, potem muzyka. Czerwone Gitary były na warsztatach w Zakopanem, ja byłam wtedy z nimi, ale tę historię znam z opowieści.

Ta piosenka opowiada o ojcu Klenczona.

- Krzysztof poszedł na tych warsztatach na spacer z Januszem gdzieś pod regle, zobaczyli brzozę, która skojarzyła im się z grobem. Ojciec Krzysztofa był żołnierzem wyklętym, ta piosenka jest dla niego i takich jak on. "Biały krzyż" zresztą miał się nazywać inaczej, "Gdy zapłonął świat", ale cenzura się nie zgodziła. Dziwne, że zgodzili się w ogóle na taką piosenkę i że ona dostała pierwszą nagrodę w Opolu w 1969 roku, dyplom podpisał generał Jaruzelski. Po tym koncercie w Opolu - ja to też znam z opowieści, bo wtedy byłam w Stanach - podeszli do Janusza i Krzysztofa jacyś wojskowi i zaprosili ich do samochodu. Myśleli, że ich aresztują. Okazało się, że zawieźli ich na jakieś przyjęcie wojskowe.

Klenczon był porównywany do Johna Lennona. Lubił to?

- Nie. Nazywano ich polskimi Beatlesami, to prawda, Seweryna wtedy nazywano polskim McCartney'em, bo był taki przystojny i spokojny.

O Krzysztofie Janusz Kondratowicz mówił, że był niepokorny. "Zawsze był to chłopak, który miał swoje własne zdanie, który zmagał się z życiem, który jeżeli w coś wierzył, bardzo wierzył, to chciał to osiągnąć. Jeden z przyjaciół nazwał go zbuntowanym aniołem.

- Krzysztof był samoukiem, sam się nauczył pisać nuty. Oprócz talentu miał duże samozaparcie. Wszystko osiągnął dzięki sobie. Rodzice chcieli, żeby został inżynierem i nawet dostał się na politechnikę, ale nie chciał tego robić i zrezygnował. Bardzo lubił za to sport, był cholernie wysportowany. Uwielbiał żagle. Kochaliśmy jeziora.

Właściwie u szczytu popularności zespołu Krzysztof Klenczon odszedł z Czerwonych Gitar. Yoko Ono do dziś oskarżana bywa o to, że przez nią rozpadli się Beatlesi. Czy spotkała się pani z podobnym zarzutem dotyczącym odejścia Krzysztofa Klenczona z Czerwonych Gitar?

- Oczywiście! Ale ja się nie wtrącałam, nie mam nic wspólnego z tym odejściem. Nawet byłam niespecjalnie zadowolona, że on odszedł z Czerwonych Gitar, bo chciał zakładać nowy zespół. Nie wiedzieliśmy, jak to się będzie wszystko układało, ale Krzysztof mi tłumaczył, że ma już dość tej lirycznej muzyki Seweryna Krajewskiego. Moim zdaniem to właśnie dawało "kopa" Czerwonym Gitarom, że jeden był taki melancholijny a drugi żywiołowy.

Konflikt w Czerwonych Gitarach był dla wielu zaskoczeniem. Dlaczego odszedł?

- To właściwie nie był konflikt, tam za dużo osób chciało mieć wpływ na ten zespół. A ostatecznie stało się to przy powstawaniu materiału na longplay "Na fujarce". Krzysztof był demokratyczny, chciał, żeby na płycie było połowę kompozycji jego, połowę Seweryna. Była kłótnia, zrobili głosowanie w hotelu Bristol, to był styczeń 1970 roku. I przegłosowali Krzysztofa, odszedł z zespołu. Kiedy w 1980 roku Czerwone Gitary koncertowały w USA, Krzysztof spotkał się z Sewerynem Krajewskim, chcieli reaktywować Czerwone Gitary. Sprzeczna informacja dotycząca tego spotkania dotyczy składu - ja wiem od Krzysztofa, że mieli reaktywować w takim składzie, z jakiego Krzysztof odszedł. Kiedyś jednak przeczytałam w jakimś wywiadzie z Sewerynem, że to miał być zespół ich dwóch i nowych muzyków. Nie wiem. To zostało niedopowiedziane.

Klenczon założył nowy zespól - Trzy Korony, później w Stanach nagrał płytę - z tego okresu po Czerwonych Gitarach pochodzi kilka wielkich hitów, choćby "10 w skali Beauforta", "Nie przejdziemy do historii" czy "Port", ale nigdy później nie miał takich sukcesów jak z Czerwonymi Gitarami pod koniec lat 60.

- Nie było czasu, bo niecałe dwa lata po powstaniu Trzech Koron wyjechaliśmy do USA. Krzysztof miał do nich pretensje tylko o jedno - umówieni byli, że Krzysztof będzie komponował i wysyłał taśmy do Polski i tak robił, jednak oni trzy tygodnie po naszym wyjeździe się rozwiązali.

Co zadecydowało o tym, że wyjechaliście do Stanów? Dla Klenczona-muzyka to była pewnie niełatwa decyzja?

- Nie dbał wtedy o karierę, to był PRL - każdy chciał wyjechać, tu nie było życia, perspektyw. Nie mówię nawet o represjach, nie było przecież nic, ani pieniędzy, ani szans na cokolwiek. Ubrania, pomarańcze kupowało się od marynarzy. Dziś sobie młodzi nie zdają sprawy, jak wtedy wyglądało życie. Koszmar.

7 kwietnia 1981 roku Krzysztof Klenczon zmarł w wyniku urazów, jakie odniósł czterdzieści dni wcześniej w wypadku. Jak pani sobie wówczas radziła z dwójką małych dzieci?

- Nie radziłam sobie za bardzo. To był szok. Gdyby nie moje córki, to pewnie bym wtedy popełniła samobójstwo. Przez długie lata w ogóle nie chciałam udzielać żadnych wywiadów, rozmawiać na ten temat, do tej pory mnie to boli. Dla moich córek to też jest wciąż wielka zadra na sercu, straciły ojca - bardzo dobrego ojca. Wtedy, jak widziałam młode małżeństwo z dzieckiem, to w ogóle sobie nie radziłam. Czasem życzyłam im śmierci, zazdrościłam, że są razem, a mój Krzysio nie żyje... Tego się nie zapomina. Staram się o tym nie myśleć, ale czasem nachodzą mnie wspomnienia.

Choć zmieniły się muzyczne trendy 36 lat po śmierci Krzysztof Klenczon wciąż ma status gwiazdy. Słowa jego piosenki "nie przejdziemy do historii" nie były prorocze. Od kilku lat w Pułtusku - mieście, w którym urodził się Klenczon - odbywa się festiwal jego imienia, podobnie w Szczytnie - mieście, w którym spoczęły jego prochy - jeden z koncertów cyklicznych "Dni i nicy Szczytna" nosi jego imię. Właśnie ukazała się książka "Historia jednej znajomości". Chętnie bierze pani udział w takich przedsięwzięciach?

- Tak, ciągle o nim pamiętają. Szczególnie na festiwalu w Pułtusku to widać. Ktoś dał pomysł, żeby powstała w Pułtusku ławeczka, na której będzie można usiąść obok Klenczona, wcisnąć guzik i będzie grała piosenka.

Więcej o książce "Historia jednej znajomości"

Zobacz także:

Twoja inspiracja

Styl.pl

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje