Przejdź na stronę główną Interia.pl

Agnieszka Rylik: Tyson w spódnicy

To historia kobiety o dwóch twarzach. Jedna jest zimnym wojownikiem, bezlitośnie nokautującym na ringu swoje przeciwniczki, druga to wrażliwa, ciepła romantyczka, dla której miłość jest najważniejsza. /East News

Twardy zawodnik i wrażliwa kobieta. W latach 2000-2005 stoczyła osiemnaście pojedynków w boksie zawodowym, wygrywając aż siedemnaście z nich - jedenaście przed czasem. Zdobyła dwa pasy mistrzowskie i przydomek Lady Tyson. Agnieszka Rylik opowiada o drodze z Kołobrzegu do Madison Square Garden i cenie, jaką zapłaciła za sukces.

Reklama

Co czułaś, kiedy spiker wywoływał tym charakterystycznym tonem twoje nazwisko przed walką?

Agnieszka Rylik: - Nic. Wychodzisz do ringu w pełnej koncentracji i ważne jest, żeby jej nie stracić. Największy stres jest przed walką.

Reklama

Ten stres się różni od tego, który przeżywasz poza ringiem?

- Zdecydowanie. Organizm przed walką działa na najwyższych obrotach, takiej adrenaliny nie ma nigdzie indziej - jak mówię o tym teraz, to mam ciarki. Czasami  miałam taki stres, że mogłabym się położyć i zasnąć, ale musiałam złapać koncentrację. To jest trudne, bo wywołują twoje nazwisko, jest muzyka, pełno znajomych i w takich warunkach wychodzisz.

Zwracasz wtedy uwagę na tych znajomych?

- Nie możesz! Pamiętam na pierwszej walce w Kołobrzegu, moim rodzinnym mieście, było pełno znajomych - najfajniejszy doping. To bardzo miłe, ale trzeba bardzo uważać, żeby się nie podpalić w takich momentach, kiedy wszyscy krzyczą twoje nazwisko, dopingują cię. Wszystko musi być spokojnie, bez emocji, bez podpalania się. Bardzo ważna jest pierwsza runda, zawodnicy są wtedy zazwyczaj spięci - np. Andrzej Gołota wchodzi sztywny, spięty. I wtedy właśnie liczy się koncentracja, bo jeden fałszywy ruch i po tobie.

Opowiedz o tym, jak to się zaczęło. Zawsze mówisz tak enigmatycznie: zapisałam się, po niespełna roku już ogromny sukces... To były lata 90., nie mów, że nie słyszałaś, że to nie jest sport dla dziewczyn, co ludzie powiedzą, a szkoła?

- Moja starsza o rok kuzynka chodziła wtedy do liceum ekonomicznego i u niej w szkole powstała sekcja samoobrony, 80 proc. kobiet. Poszłam z nią na taki trening, miałam 15 lat. Tego dnia były moje urodziny, spóźniłam się, żeby odebrać tort. Dostałyśmy na tym treningu taki wycisk, że miałam dosyć, ale poszłam na kolejne. Potem moja kuzynka zrezygnowała - niedawno rozmawiałyśmy o tym i ona mi przypomniała, że odeszła po pierwszych treningach. Podobno dlatego, że dałam jej wciry... ja tego nie pamiętałam. Zaczęły się takie zabawy sparingowe i po dwóch miesiącach zostałam sama z tych wszystkich dziewczyn, które się zgłosiły na początku.

Tobie się podobała wtedy ta samoobrona?

- No pewnie. Ja w ogóle uwielbiałam sport, a tu był tak, że uderzyłam prawym - wyszło, lewym - też wyszło. Miałam bardzo dobrą kondycję i koordynację, i to, co w boksie bardzo ważne - szybkość, taki dynamit. Tutaj bardzo mi się to przydało. Miałam talent. Kiedy padło pytanie, kto chce trenować kick-boxing - a wtedy nikt nie wiedział, co to jest - to ja się zgłosiłam. Na pierwsze zawody pojechałam w kimonie, rozbiłam chyba czterem zawodniczkom nosy i wygrałam swój pierwszy turniej. W boksie i kick-boxingu mocniejszą rękę trzymasz z przodu, żeby zadać mocny cios.

- Ja jestem praworęczna więc prawa ręka powinna być u mnie z przodu, ale wyćwiczyli mnie tak, że trzymam ją z tyłu, żeby zadać ten cios niespodziewanie. Przywiązywali mi tę prawa rękę niemal, żebym się tego nauczyła, ale doszłam do takiej wprawy, że potrafiłam nokautować lewą ręką, taka była sprawna. Ale prawa ręka jest lepsza, ona prowadzi dystans, a ja idealnie czułam dystans. Oprócz tego w ogóle się nie spalałam, a bokserzy często właśnie połowę swoich umiejętności tracą na początku walki przez stres. Załatwiałam wtedy wszystkich, nie spalałam się psychicznie, dlatego tak szybko zaczęłam odnosić sukcesy. Pojechałam na mistrzostwa Polski i wygrałam tam z seniorkami. Potem chciałam się dobić do mistrzostw Europy więc przyjechałam trenować do Warszawy. Tu było trzydziestu facetów i Rylik 16-latka. Cała kadra.

Nie było innych zawodniczek?

- Nie było.

Sugerowano ci, że to nie jest sport dla dziewczyn?

- Nie sugerowano, wszystko wprost, były artykuły w gazetach - można poszukać w archiwach - żebym do garów wracała. Trener Andrzej Palacz od razu powiedział, że ma złe doświadczenia z prowadzeniem kobiet, był na nie.

Nie zniechęcało cię to?

- Miałam to gdzieś.

A rodzina? Jak znam mamy, to pewnie i twoja mówiła, żebyś się zajęła nauką...

- Ona była zażenowana, że ja, dziewczynka, wzorowa uczennica się biję. To były lata 90., w tamtych czasach było inaczej, nie tak jak teraz, że nikogo nic nie dziwi.

W szkole trzymałaś się z chłopakami czy z dziewczynami?

- Do którejś klasy tylko z chłopakami. Miałam takich dwóch kolegów - tylko z nimi siedziałam.

Nazywano cię "Tysonem w spódnicy". Tyson - wiadomo, a spódnicę wymyśliłaś sama...

- Kiedy zaczynałam nie było kadry żeńskiej, byłyśmy z Iwoną Guzowską prekursorkami, nie było więc strojów dla kobiet, dziewczyny wychodziły w tym, co było. W kick-boxingu byłam pierwszą kobietą, w full kontakcie też. Jak zobaczyłam te ciuchy...  Powiedziałam, że nie wyjdę w spodniach za kolano jak od piżamy i sama wymyśliłam strój, trener zobaczył go dopiero na walce. Miałam spódniczkę, chciałam do tego krótkie buty, dali mi długie czarne z paskami, więc obcięłam je nożyczkami, wywinęłam skarpetkę i tak poszłam walczyć. Wymyśliłam spódniczkę kopertową, żeby nie krępowała ruchów. Raz mnie uratowała ta spódniczka... Na walce Sosnowskiego czekałam na swoją kolej przygotowana do wyjścia do ringu zaraz po nim, jednak czekanie się przeciągnęło do  kilku godzin, musiałam skorzystać z toalety, ale miałam już założone rękawice... Wszyscy oglądali walkę, nie miał mi kto pomóc... Ta spódniczka mnie uratowała. Stres był wtedy ogromny, przeciągnięty na kilka godzin. Co ja wtedy przeżyłam... Cały czas chcesz wyjść do ringu a tu ciągłe czekanie, cały czas się rozgrzewasz, w blokach startowych. Potem wynoszą Sosnowskiego, a tobie mówią, że idziesz walczyć... Wszystko jest w głowie.

No właśnię, ile w boksie to umiejętności, a ile głowa?

- Możesz mieć świetne umiejętności, ale jeśli nie umiesz ich wykorzystać, zaczynasz się podpalać - przegrywasz. Jeśli stają naprzeciwko siebie dwie osoby o takich samych umiejętnościach, to każda chce tę drugą przełamać. Jak nie masz kondycji, też przegrywasz. Psychika jest najważniejsza. Trener tak mnie ustawił, że nauczyłam się walczyć na zimno. Sportowcy sobie często przed walką wyobrażają, jak pójdzie, a walka pójdzie, jak ma pójść. Robisz koncentrację, wchodzisz na ring i robisz swoje. Tam jest tyle zmiennych, że nie ma sobie co wyobrażać. To tak, jakbym sobie wyobrażała naszą rozmowę, to, co ci powiem. Ale ja przecież nie wiem, o co ty mnie zapytasz, więc jak mam sobie wyobrażać, co ci odpowiem. Rozmowa się toczy inaczej, niż sobie zaplanowałam. W walce jest tak samo - nie przewidzisz tego, co się stanie. Nie ma więc, co o tym myśleć, bo tylko nakręcasz stres, nie śpisz po nocach i myślisz o tej walce, a stres cię zżera. Ja dopiero w dniu walki zaczynam się koncentrować.

- Nie cierpię nudy - siłowni, basenu, jakbym miała być pływaczką, to bym się chyba utopiła. W boksie nie ma nudy, powtarzalności, tutaj musisz myśleć cały czas, jest dużo zmiennych, każdy ruch przeciwnika wymusza reagowanie i dostosowanie się do sytuacji, to wymaga jakiejś mądrości, trochę tak, jak bycie myśliwym. Boks jest jednym z najbardziej wysiłkowych sportów i dlatego też ta psychika w pierwszych rundach jest taka ważna. Bywały walki, że w piątej rundzie już było po wszystkim, ale to jest ogromny wysiłek. Nie ma się też co zdawać na sędziego, bo on nie wszystko widzi.

- Gołota dostał od Tysona z głowy, popatrzył na sędziego, ale sędzia kazał walczyć dalej. Gołota się wtedy obraził i wyszedł. I to jest właśnie psychika. Ja mówię: Nie patrz na sędziego, on ci pomoże lub nie, a w tym czasie, jak będziesz na niego patrzył możesz dostać kolejny cios, bo się zagapisz. Walczyłam kiedyś z zawodniczką Trynidad-Tobago Ivą Weston, ona była wysoka i bardzo atakowała głową i w szóstej rundzie dostałam od niej w głowę, usiadłam w narożniku, na chwilę straciłam prawie zupełnie kontakt, czułam, że leci krew, że ruszają mi się jedynki. Gdyby to było w środku rundy, to bym leżała i sędzia nie wiedziałby dlaczego, bo nie widział tego uderzenia głową.

Co robiłaś w takiej sytuacji, widząc, że przegrywasz?

- Trzeba walczyć dalej. Koncentruj się na tym, co robisz i na przeciwniku. Zostawiasz wszystko, nawet jak jesteś w słabszej formie. Patrz, co się dzieje w ringu i licz na siebie. Ja sobie mówiłam, że jestem nie do pokonania.

Na ringu nie ma strachu?

- Nie ma. Nie może być. Nie możesz czuć emocji. Kiedy dostajesz cios, to spokojnie sobie ustawiasz  wszystko od początku, nie próbujesz oddać na siłę.

Łatwo uderzyć człowieka, zwłaszcza, jeśli nie robisz tego w afekcie? 

- To jest cios, nie myślisz o tym. Ja się zresztą czasem bawię ze znajomymi w taką "szermierkę", okładamy się pustymi butelkami plastikowymi. Walczysz, uderzasz.

To co innego, zabawa. Pytam, czy w walce trzeba znieść odruch, że nie uderzysz.

- To jest sport, wymiana ciosów, a nie walka.

Czy któraś walka była dla ciebie szczególnie ważna?

- W kick-boxingu na pewno było kilka ważnych, jedna po porażce z Ukrainką Eleną Twardochleb. To była nauczka na całe życie, wyszłam nieprzygotowana, a w tym sporcie jest tak, że nieważne, jakie masz umiejętności, jeśli ci zabraknie kondycji w drugiej rundzie to przegrywasz. I ja przegrałam. Akurat przyjechał "Apetyt na zdrowie" więc widziała to cała Polska, w tym moja siostra. Po walce powiedziała: " Wypier... z tym swoim sportem, nie chcę tego więcej widzieć". Obiecałam sobie, że nigdy więcej nie wyjdę nieprzygotowana do ringu.

Jak to się stało, że wtedy byłaś nieprzygotowana?

 - Coś tam w życiu prywatnym było nie tak, studiowałam, byłam chora, nie miałam kiedy zrobić wagi - wszystko na ostatnią chwilę. Oczywiście nie powinnam do takiej walki przystąpić, ale przystąpiłam. Nie miałam wtedy wsparcia. Niedługo potem były mistrzostwa świata i ona startowała w mojej wadze - pomyślałam sobie, że na pewno znowu przegram, ale tym razem wygrałam. To było zaskoczenie i fajne przełamanie się po porażce. Nikt na ciebie nie stawia, a ty wygrywasz. Ciężka walka była też w Las Vegas po dużej przerwie w boksie z powodu kontuzji, trzy miesiące o kulach - wyciągasz nogę, a tu za każdym razem leje się krew, wszyscy mówią: "Rylik - gwiazda telewizji, czego po niej się można spodziewać" i na dodatek masz jedną z lepszych zawodniczek... Ona potem zdobyła Mistrzostwo Świata Federacji. Bardzo silna fizycznie, dziesięć rund: moja - twoja, pierwszy raz całowałam ring, cały czas chciała mnie przełamać, ale wygrałam z nią na punkty wysoko. To była walka o wszystko, jedna z istotniejszych walk.

Jesteś piękną kobietą, nie bałaś się, że któryś cios może cię oszpecić, np. złamać nos?

- Oczywiście może się coś takiego zdarzyć, ale o tym się nie myśli. Nigdy mi się to nie zdarzyło, bo byłam dobra. To ja łamałam nosy. Bardzo ważna jest obrona. Ja nigdy nie chodziłam na wymianę, zawsze celowałam.

Ból nie dekoncentruje?

- Ciosy nie bolą. Jest taka adrenalina, że nic się nie czuje. Po kolejnych ciosach tracisz siłę, ale nie czujesz bólu.

A piersi? Tu ciosy też nie bolą?

- Mężczyźni często o to pytają, a ja zawsze mówię, że piersi to nie jądra. To jest tkanka tłuszczowa, trochę mięśni. W kick-boxingu używałam ochraniacza na biust dla bezpieczeństwa, to był taki pancerzyk, ale w boksie trzymam na tej wysokości gardę - żaden przeciwnik mnie tu nie uderzył. W kick-boxingu bywało różnie, ale bardziej boli, gdy dostaniesz cios na przeponę albo wątrobę - to zresztą najbardziej żenujący nokaut, paraliżuje cię i po prostu nie możesz się podnieść. Kiedy ktoś zaczyna wypluwać ochraniacz i sędzia przerywa walkę, to znaczy, że jest źle. Kiedyś w kick-boxingu dostałam cios w wątrobę.

Uderzyłaś kiedyś kogoś poza ringiem?

- Tak. Nie jestem dumna z tego, wyszło ze mnie zwierzę. Nigdy więcej tego nie zrobię, poniosłam porażkę jako człowiek. Chciałam uderzyć kogoś z płaskiej dłoni, spoliczkować, ale gdzieś ta pięść się zacisnęła. Powinnam coś powiedzieć, a nie używać siły fizycznej i umiejętności z ringu. Nasze umiejętności są przecież traktowane jako broń, jeśli zostaną użyte poza ringiem. Najpierw były emocje, a potem czułam się bardzo zażenowana.

Panuje stereotyp, że mężczyźni boją się silnych kobiet. Potwierdzasz?

- No jasne! Wszystkie te akcje typu: "Może jednak zostańmy przyjaciółmi"... Żeby być z silną kobietą, facet przede wszystkim musi być bez kompleksów, żeby się nie denerwował, jak mu koledzy mówią, że chodzi z ochroną. Faceci się w ogóle boją silnych kobiet, nie tylko bokserek, wielu rezygnowało, jak tylko skojarzyli: "A, Rylik, ta bokserka, to dzięki". Ale mi to nie doskwierało, mam mocny charakter, chociaż ta twardość to pozory... Trzeba mnie poznać.

Mówią o tobie, że nie wyglądasz na bokserkę. Ty też powiedziałaś, że jesteś twarda tylko na ringu - w środku wrażliwa kobieta, jednak stereotyp boksera jest taki...

- ... Tak, mówi się że do tego sportu ciągną ludzie z patologicznych rodzin, że coś sobie muszą udowodnić... To nie mój przypadek, zawsze poza ringiem mogłam robić wiele innych rzeczy. Nauczyłam się tej twardości, bo uwielbiałam sport, ale zawsze musiałam mieć duże wsparcie, dużo miłości. Gdybym nie miała tych wszystkich ludzi wokół siebie, to by mi się nie udało. Bardzo dużo mnie to kosztowało... Sport jest wielkim fizycznym i psychicznym wysiłkiem dla organizmu.

- Każdego sportowca dotyka depresja. Płaczesz, ryczysz, jest ciężko, przełamujesz kolejne etapy i nagle robisz genialną formę, ale czasem też dostajesz wpieprz. Każdemu zdarzają się kontuzje, nie możesz ćwiczyć i nagle kończy się sport... Wiesz, ile jest wtedy dramatów? Ilu byłych sportowców jest uzależnionych, bo nie potrafią się odnaleźć w normalnym świecie? 99 proc. byłych sportowców musi dalej pracować po zakończeniu kariery i nie każdy się odnajduje w tym świcie, często wracają też do sportu i to są dopiero dramaty. Ciężki kawałek chleba. Ja miałam sześć operacji... Nikt nie mówi o tym, co robią z człowiekiem hormony, PMS do kwadratu, co się dzieje z cyklem, jak organizm fiksuje... Czasami chcesz to wszystko rzucić w diabły...

Masz rytuały, które pomagały ci w codziennym funkcjonowaniu, dzięki którym udało ci się dojść tu, gdzie jesteś?

- Konsekwencja. Ludzie mówią, że jestem uparta. Jak czegoś szukam, mam coś zrobić, to to zrobię, ale absolutnie nie po trupach, jestem fair play, np. zawsze znajdę buty w internecie, choćby były na końcu świata.

Z nieba mi spadasz, będę do ciebie dzwonić.

- Dzwoń, ja ci znajdę każde buty, byłam mistrzynią świata zakupów, teraz mi trochę przeszło, nie mam czasu. Jestem też obowiązkowa. Jeśli mam się spóźnić, to muszę mieć telefon, żeby zadzwonić, że będę za 10 minut, bo stało się to i to. Lubię mieć poukładane i mam zasady. Jeśli mam 39 stopni gorączki, a jest do zrobienia zaplanowana sesja, ludzie czekają - ja to zrobię, bo jestem odpowiedzialna. Potem popłaczę, teraz mam zadanie do zrobienia. Potrafię się zebrać. Oczywiście organizm za to płaci.

Sport ci w tym pomógł?

- Tak, wiele rzeczy robię na zimno, wiem, że nie mogę się podpalać, to taka mądrość wyniesiona ze sportu. Staram się być dobrym człowiekiem, nigdy nie zrobiłam krzywdy ludziom, nie lubię bezinteresownego jadu. Pamiętam taki najgorszy moment mojego życia, wszystkie moje pseudoprzyjaciółki mnie zostawiły, pomagałam wtedy różnym ludziom. Sama nie byłam szczęśliwa, więc sprawiało mi radość pomaganie.

Masz przyjaciół z ringu?

- Na ringu ludzie się nie przyjaźnią, to jest sport indywidualny. Po latach pogodziłyśmy się z Iwoną Guzowską. Przyjechała na promocję mojej książki. Popłakałyśmy się. My jesteśmy takie same...

Nie stoczyłaś pożegnalnej walki, to znaczy, ze wrócisz na ring?

- Nie, to jest bez sensu. Z kim i po co? Sportowo to już za późno, nie mam już takiej wytrzymałości.  Jak zacznę teraz trenować, to mój organizm może tego nie wytrzymać. Wziąć kogoś słabego, żeby go znokautować na ringu? Bez sensu. Chyba, że z Iwoną wyskoczymy razem... Może kiedyś, zabawowo, benefis starszych pań, sportowo - nie. Ja już swoje zrobiłam.

To, że zostałaś mamą też ma znaczenie?

- Od czasu urodzenia córki wiem, że nie mogę się za bardzo połamać, bardziej na siebie uważam. Wiem, że czegoś już nie powinnam robić, że coś może mi się stać, bo nie jestem już taka sprawna jak kiedyś. Przyszedł instynkt samozachowawczy.

Anna Piątkowska

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje