Przejdź na stronę główną Interia.pl

Agata Kulesza: Pora zatańczyć flamenco

Rzadko zdarza się taki sukces. Jeden po drugim wybitne filmy: "Sala samobójców", "Róża", "Ida", "Moje córki krowy". Oscarowa gala, lawina nagród. Klaka, wywiady, sesje mogą zawrócić w głowie, zmienić człowieka na gorsze, jednak Agata Kulesza mówi, że to przyszło w dobrym czasie. Gdy jest dojrzała, odporna, wie, co w życiu ważne. Fakt, zapłaciła za te szalone lata zdrowiem, ale nauczyła się mówić „nie”, gdy tłok i hałas wokół niej jest za duży. Statuetki z festiwali ustawiła w kuchni. Patrzy na nie, kiedy zmywa albo gotuje zupę.

Dobrze pani sypia?

Reklama

Agata Kulesza: -  Dobrze, a dlaczego pani pyta?

Bo grając kobiety w tak ekstremalnych sytuacjach, jak bohaterki "Róży", "Idy" czy "Niewinnych", trudno chyba mieć kolorowe sny.

- Nie przychodzę do domu tak zdewastowana jak bohaterki moich ról. Emocjonalną śluzą jest droga powrotna z planu filmu albo z teatru. Jeśli poszło dobrze, czuję satysfakcję, jeśli źle, jestem wściekła. Ale potem w samochodzie włączam głośno muzykę, dzwonię do przyjaciółek, do mamy. W domu jest kąpiel, książka, rozmowa z rodziną. Mam to szczęście, że otaczają mnie bliscy i normalne sprawy. Po rozmowie z panią jadę do domu obgotować grzyby, które zebrał mąż. Cieszę się z tego, bo lubię realne życie.

Nie ma w pani artystycznego rozwibrowania?

- Niepokój, rozedrganie jest w drodze do pracy. Jakby organizm przeczuwał, że ma przed sobą trudne do zagrania sceny, i sam wprowadzał mnie w odpowiedni stan. Każda rzecz może z niego wybić, więc ważne jest, kogo spotykam, z kim rozmawiam. Z reguły są to dziewczyny od make-upu, które wyczuwają mój nastrój. Są dni, kiedy możemy się powygłupiać, porozmawiać, ale i takie, kiedy potrzebuję skupienia i ciszy.

A jak było, gdy grała pani brutalną scenę gwałtu w "Róży" Wojtka Smarzowskiego?

- Wszyscy byliśmy tego dnia zdenerwowani, ale ekipa zachowywała się ostrożnie, empatycznie. Oczywiście bałam się tego doświadczenia, ale jestem aktorką, to daje mi margines bezpieczeństwa. A jednak po tej scenie musiałam pójść do charakteryzatorni i sobie popłakać. Wypłakałam to, co złe, i w drodze z planu napięcia już we mnie nie było.

Czy przeżywając w imieniu swoich postaci trudne sytuacje, aktorka nie gromadzi w sobie złych doświadczeń, czy one nie ciążą w realnym życiu?

- Nie jest tak, że postać kontroluje mnie. To ja kontroluję ją. Zdarza się jednak, że gdy pracuję nad trudnym filmem, zalewa mnie smutek, który nie jest uzasadniony, bo film jest fikcją, dramat jest tylko zagrany. Przygotowując się do Róży, czytałam dużo książek o wojnie, bo kontekst historyczny był dla nas ważny. W pewnym momencie zaczęło mi to robić źle, obciążać. Wtedy trzeba z kimś porozmawiać, niekoniecznie z psychologiem, ja mam na szczęście mądrych przyjaciół.

Doświadczenia aktorskie wzbogacają człowieka? Dają życiową mądrość?

- Odwróciłabym kolejność. Przy budowaniu roli ważne jest doświadczenie życiowe, choć nie trzeba wcześniej zabić, żeby przekonująco zagrać mordercę. Ale niedojrzała dziewczyna nie zatańczy flamenco tak, jak kobieta pięćdziesięcioletnia. Nie będzie miała wyrazu i głębi, które przychodzą z wiekiem. A czy korzystam z doświadczenia moich bohaterek? Tak, czasem pracując nad dramatyczną sceną, zastanawiałam się, co ja, Agata Kulesza, zrobiłabym na miejscu mojej bohaterki. Staram się zrozumieć jej przeżycia i motywację, a to wzbogaca doświadczenie.

Jak zrozumieć motywację Wandy, stalinowskiej prokurator z "Idy"? To osoba zła i okrutna.

- Wierzę, że każdy człowiek ma w sobie wszystkie cechy, dobre i złe, jest zdolny do każdej emocji. Tylko niektórym nie pozwalamy dojść do głosu. Pracując nad rolą Wandy, dokopywałam się do tych złych. Ale przecież w tej okrutnej kobiecie jest też refleksja. Już w pierwszej scenie, kiedy wpuszcza Idę do mieszkania, intuicyjnie czuje, jak ta historia się dla niej skończy (Wanda popełnia samobójstwo - przyp. red.). Rozumie, że jeśli zmierzy się ze swoją mroczną przeszłością, to będzie dla niej koniec.

Dokopała się pani w sobie pokładów zła. Przestraszyła się pani tego?

- Nie, nie przestraszyłam się, umiem przez takie doświadczenie przejść. Choć jak wszyscy zastanawiam się, co bym zrobiła w trudnej etycznie sytuacji, na przykład w czasie wojny. Jedyne, co można, to budować siebie, żeby złu się wymknąć. Choć eksperyment profesora Zimbardo, w którym podzielił studentów na więźniów i strażników, pokazał, że to niełatwe. Podobno tylko trzy procent ludzi jest w stanie oprzeć się złu w ekstremalnej sytuacji. Mało.

Cały wywiad w najnowszym wydaniu magazynu "Twój Styl". W sprzedaży od 11 października.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje