Przejdź na stronę główną Interia.pl

Domagalik i Żmijewski

- A jak się kolega zakocha? - To jest zupełnie inna sprawa.

Małgorzata Domagalik: Z daleka dziś przyjechałeś?

Reklama

Artur Żmijewski: - Z domu.

A jaka to odległość?

- Wczoraj do późna miałem zdjęcia do filmu "Atak paniki". Gram teraz u debiutanta - zrobił kilka dokumentów, krótkich filmów i wszyscy go bardzo chwalą. Ja zresztą też, po tych paru dniach z nim spędzonych mam o nim bardzo dobre zdanie. Nazywa się Paweł Maślona. Był m.in. współautorem scenariusza "Demona" Marcina Wrony.

Kogo grasz?

- Andrzeja. Film jest złożony z wielu historii, które są nanizane tak bardzo piętrowo. Zdarzają się w różnych miejscach i różnym ludziom. Każda z nich nie jest opowiadana linearnie, tylko w pewnym momencie widz orientuje się, że te zdarzenia na siebie wpływają, chociaż niektóre z nich miały miejsce rok temu, inne całkiem niedawno. Postaci, które biorą udział w wydarzeniu, są związane z historią, która zdarzyła się wcześniej. Dużej uwagi potrzeba było przy czytaniu scenariusza. Dorota Segda gra w tym filmie moją żonę. Wracamy z wakacji. Jacek, który jest moim szefem, podróżuje tym samym samolotem z dużo młodszą partnerką, która ma takiego focha, że chciałaby siedzieć na miejscu przy oknie, na którym zasiadła moja żona. Przesiadamy się. I się zaczyna.

Filmowa żona focha nie ma?

- Nie ma, ale jest bardzo niezadowolona, że się musi przesiąść. Nie tylko dlatego, że dostaje jej się miejsce w środku, obok zwalistego człowieka, który piekielnie dużo gada i nie daje jej chwili spokoju, ale też dlatego, że jest zaogniona sytuacja pomiędzy nią a jej mężem.

Czyli tobą filmowym?

- Czyli mną. Komplikacje polegają na tym, że oni najpierw się kłócą, że zamienili się miejscami, a potem... to zobaczysz.

I twój bohater z miękkiego robi się twardy?

- Tu właściwie nie ma takiej typowej przemiany, jest rodzaj szoku, którego on doznaje.

Widzę, że jesteś zadowolony z tego filmu...

- Bardzo. Jestem zadowolony i z pracy z Pawłem, i z tego przedsięwzięcia, bo poznaję młodych ludzi. Ci bowiem, z którymi przepracowałem już 30 lat, często są na emeryturze albo niestety odchodzą. Właśnie odszedł Wajda.

Spodziewanie, ale i tak niespodziewanie, trudno przygotować się na odejście tak wielkiego artysty.

- Niestety. Nie byłem na festiwalu, gdzie Andrzej pokazywał "Powidoki". Niestety nie widziałem.

Piękny film.

- Rozmawiałem z naszą agentką o tym, jak to wyglądało, i kiedy słyszałem, jak został tam przyjęty, to tak ciepło na duszy mi się robiło. Bo ja tak emocjonalnie z Panem Andrzejem się sfazowałem.

Nie przypadkiem zagrałeś postać jego ojca w "Katyniu".

- To takie niesamowite przełożenie. To była dla mnie absolutnie wyjątkowa świadomość. Właściwie od pierwszego spotkania, od oryginalnych zapisków, które się pojawiały, sformułowań, Wajda nie ukrywał, że pierwowzorem postaci, którą grałem, miał być jego ojciec. Wrzucił w ten sposób na moje barki niesłychaną zupełnie odpowiedzialność.

Zagrałeś koncertowo...

- Dziękuję, starałem się, jak mogłem. Kiedy ten film wszedł na ekrany, pojawiły się zarzuty, że jest zbyt wielowątkowy, za bardzo dydaktyczny. Wajda wyraźnie powiedział, kiedy go robiliśmy i wtedy gdy była jego premiera, że to jest pierwszy film fabularny o Katyniu. Czyli jego powinnością, jako reżysera, w myśleniu o nim było też to, że świat musi się dowiedzieć.

Poruszający i przejmujący film.

- Ja też bardzo go lubię, jeżeli można tak powiedzieć o filmie o takiej tematyce. W ogóle uroczo wspominam naszą współpracę. Bywały ciężkie warunki, szczególnie dla Pana Andrzeja, który miał już swoje lata. Wprawdzie to było parę lat temu, ale to już był człowiek w takim wieku, że spokojnie mógłby siedzieć w fotelu, popijać herbatę oraz nalewki i niczego nie robić. Wszyscy bardzo chcieliśmy mu pomagać przy tym filmie. Mieliśmy świadomość, że uczestnicząc w tym przedsięwzięciu, zapisujemy się w kolejnym rozdziale historii kina. A scena finałowa... Pamiętam jej powstawanie na poligonie w Rembertowie.

- Przyjechałem tam o świcie: mgły, słońce w prześwitach, ten dzień był taki jasny, z taką jesienną aurą, wyzłocony i wyczerwieniony kolorami. Z kamperów, gdzie nas charakteryzowano, trzeba było przejść 600- -700 metrów do planu. To wszystko robiło piorunujące wrażenie: spychacze usypywały kopy piachu, odkopywały albo zasypywały doły, myśmy przechodzili obok tych dołów, które już były wypełnione manekinami i częściowo statystami ucharakteryzowanymi na martwych. I pamiętam, że jak doszło do wrzucania nas do tych dołów i spychacz zasypywał Małaszyńskiego, a na końcu widać było tylko rękę, to kiedy wstaliśmy po tym ujęciu, to większość ekipy ryczała jak bóbr. To było absolutnie niesamowite.

Jak teraz o tym mówisz, to też mam gęsią skórę.

- To z jednej strony było bardzo naturalistyczne, z drugiej wiedzieliśmy, że to wszystko nieprawda. Pamiętam, że dla mnie największym szokiem było to, jak sobie uświadomiłem, że nawet jeśli ktoś do końca miał nadzieję, pisał dzienniczek, to nagle nad tym dołem zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma czasu na rachunek sumienia, na pożegnanie z bliskimi, na nic. Życie jest, buch, i go nie ma. Koniec.

Cały wywiad w najnowszym numerze magazynu "PANI". W sprzedaży od 22 listopada.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Dowiedz się więcej na temat: Artur Żmijewski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje