Przejdź na stronę główną Interia.pl

Domagalik i Woronowicz

- Zawsze byłem zachłanny na życie - mówi w rozmowie z Małgorzatą Domagalik Adam Woronowicz.

Małgorzata Domagalik: Gdyby był pan zawodowym piłkarzem, to na jakiej pozycji chciałby pan grać?

Reklama

Adam Woronowicz: - Dobre pytanie, bo ja całe dzieciństwo przekopałem w piłkę.

Nie chwali się pan tym w wywiadach...

- Nie grałem zawodowo, nie byłem w żadnym klubie, mimo to od rana do wieczora kopaliśmy piłkę. Ale zabawa w wojnę też dobrze mi wychodziła. I rozstrzeliwanie, i stawanie po tamtej stronie muru, czyli padanie, też dobrze odgrywałem. Tyle że na boisku już nie było mowy o żadnym "graniu", tylko o prawdziwej grze w piłkę. Czasem dość ostrej. Byłem gościem pędzącym po skrzydle. Dzisiaj odnalazłbym się na pozycji... defensywnego obrońcy. Dobrze bym się czuł jako gracz, który wspomagałby atak ewentualnie cofał się do obrony. Harował na skrzydle. Byłem wtedy bardzo chudy i wszyscy się dziwili, że techniki nie ma, ale bramkę Woronowicz zawsze strzeli.

Polska piłka wtedy nie oferowała "biletu" do wielkiego świata...

- Dla mnie w 1984 roku, po sukcesie polskich piłkarzy w Hiszpanii, to był jedyny piłkarski raj, który wtedy w Białymstoku można było osiągnąć. Chodziłem na Jagiellonię Białystok - tato mnie zawsze zabierał - i sercem tam jestem nadal. Chociaż teraz bardziej z racji tego, że mieszkam w Warszawie, to jednak Legia.

Chodzi pan na mecze?

- Kiedy tylko mogę, to chodzę.

Telefon dzwoni...

- Muszę go wyciszyć.

Może z Hollywood?

- Na pewno nie z Hollywood. Po pierwsze, nie o tej porze, bo jeszcze śpią, po drugie, lepiej nie mieć złudzeń. Wracając do piłki nożnej, to tak to przekładam: czy można by było ciężar swojego aktorstwa przekuć na ciężar piłki nożnej i jakby tak się zamienić, to czy dałbym radę w takiej Bundeslidze albo lidze włoskiej. Czy zostałbym tylko w Ekstraklasie... To też zawsze mnie ciekawiło.

Zawód, który pan uprawia, jest...

- Generalnie jest olbrzymi problem z opowiadaniem o tym zawodzie, z mówieniem, co tak naprawdę robię.

Pana koledzy często krygują się: nie używajmy słowa "misja", jesteśmy tylko rzemieślnikami...

- Może chodzi o to, żeby nie upiększać postaci, które się gra, tylko mówić o nich w taki sposób, w jaki są napisane. Jak jest zabójca, to zabójca, jak sk...n, to sk...n, jak ktoś jest dobry, jak kocha jak Romeo, to trzeba to po prostu powiedzieć.

Romeo miał łatwiej, kochał krótko...

- Ale każdy z nas chciałby z taką intensywnością. Bywają momenty, że czujemy się jak Romeo i Julia, a czasami jak Otello i Desdemona. Bywa różnie. Jednak jest coś takiego w tym zawodzie, że i ja wierzę w słowo "misja" albo "powołanie". Tak jak bardzo chciałbym na przykład spotkać, idąc z dzieckiem, lekarza z powołaniem. To jest bardzo ważne. I tak samo myślę o dziennikarzu, kiedy widzę, że ma on instynkt, który prowadzi go prostą ścieżką w tym, co robi, czym się zajmuje. To jest coś, czego nie da się nauczyć.

Etos pracy brzmi dziś tak jakoś archaicznie...

- Byłem poruszony książką Hanny Krall o przedwojennych lekarzach, którzy po swojej pracy szli do biednych dzielnic, wchodzili do pierwszej lepszej kamienicy i pytali, czy ktoś jest tam chory. Dzisiaj pacjent jest produktem, wszystkim rządzą pieniądze. Jak to zrobić, żeby nie stracić w tym człowieka? Żeby kiedy przychodzi on z jakimś dramatem, na przykład z wynikami badań, które nie są najlepsze, dać mu nadzieję wbrew nadziei? Pamiętam, jak moja córka wylądowała na neurologii w Centrum Zdrowia Dziecka. W ciągu jednego dnia przyleciały dwa helikoptery ze sparaliżowanymi od pasa w dół dziećmi i widziałem beznamiętny wzrok lekarza oraz rodziców wpatrzonych w niego podczas obchodu. Tak sobie wtedy pomyślałem: odwróć się do nich...

Cały wywiad w najnowszym numerze magazynu "PANI". W sprzedaży od 24 listopada.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Dowiedz się więcej na temat: Adam Woronowicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje