Przejdź na stronę główną Interia.pl

Domagalik i Wodecki

- Nigdy nie byłem piosenkarzem, za przeproszeniem - mówi w rozmowie z Małgorzatą Domagalik Zbigniew Wodecki. Przypominamy wywiad z Mistrzem z 2015 roku.

Zbigniew Wodecki: - Paderewski tu mieszkał, wiesz?

Reklama

Małgorzata Domagalik: Wiem.

- Ja ciągle walczę o to, żeby ludzie uczyli się słuchać muzyki...

To dobrze. Są tacy, którzy chcą nie tylko uczyć, ale i się uczyć.

- Są, ale oni kompletnie nie mają przebicia, bo za mała jest oglądalność i słuchalność. À propos, Paderewski był kiedyś w Ameryce i tamtejsi producenci filmowi zaproponowali, żeby zagrał u nich na przyjęciu. Paderewski zapytał, ile by to kosztowało. No, powiedzmy - strzelam teraz - pięć tysięcy dolarów. I on przyjechał na tę kolację z koncertem. Pani, która go zaprosiła, mówi: "To mistrz zagra tu, bo tu mamy kolację, a dla mistrza będzie podane w pokoju na pierwszym piętrze". Paderewski na to: "Czyli ja z państwem nie muszę tu siedzieć na kolacji?". "Nie". "Aaa, to wystarczą trzy tysiące dolarów". Bo to tak jest z tą naszą robotą, wiesz? Im więcej człowiek umie, tym bardziej jest traktowany jak... Brałem udział w raucie w bardzo znanym domu, gdzie brylowali celebryci, a na fortepianie grał za parę groszy mistrz, historia polskiej muzyki. Zamiast kupić bilet na niego za 1500 zł i posłuchać, jak gra, to oni gadali, a on im przygrywał do kotleta.

No, niefajne...

- Zresztą wielcy ludzie mają to do siebie, że się nie umieją rozpychać łokciami. Rzadko się zdarza, żeby ktoś miał taki tupet i hucpę jak ci, którzy nie są geniuszami. Ale przyszedł chyba czas, żeby zacząć z tym walczyć.

Jak?

- Nie poddawać się. Internet dołuje, bo tam jest strasznie dużo chamstwa, chorych ludzi, którzy nie są spełnieni i szukają wroga. Wylewają to swoje bagno, ale ja w ogóle tego nie czytam, wszystko tam zlikwidowałem.

A jak ktoś zapyta: "Zbyszek, czytałeś, co o tobie tam piszą?", to...?

- Nie interesuje mnie to. Nigdy mnie nie interesowało.

Jesteś silny?

- Proszę?

Jesteś tak odporny?

- Nie. Ale ile krzywdy robi się dziś ludziom, którzy umieją jeść nożem i widelcem? Którzy odróżniają Bacha od Gershwina?

Musiałeś mieć dobrych nauczycieli?

- Wiesz co, ja od dziecka byłem - w dobrym tego słowa znaczeniu - katowany, bo jakby mnie ojciec nie lał, to ze mnie by nic nie było. Ja się bardzo późno...

Dzieci się nie bije.

- Ja jestem z tych czasów, co jak psa z rana w pysk nie strzelisz, to przez cały dzień głupi chodzi. I coś w tym było w tamtych czasach. Sam byłem świadkiem tego, jak paru lekko zwyrodniałych kolegów sobie używało na drobnych chłopcach. Po prostu ich bili z przodu, z tyłu, podkładali nogi i tak dalej. Był jeden taki asior, który mi nawet imponował, jaki to z niego gość. I nagle pewien spokojny chłopak w okularach, najwyraźniej z inżynierskiej rodziny, oddał mu, znaczy strzelił w pysk tego rozrabiakę. I ten tak zdurniał, że z sekundy na sekundę stał się normalnym człowiekiem. Natura ludzka jest, jaka jest, i każdy idzie po swoje, każdy chce drugiego wydymać.

Każdy...?

- Może nie każdy, ale ludzie już tacy są. Ostatnio słyszałem wypowiedź Krzysztofa Pendereckiego, który na pytanie, co myśli o wypowiedziach innych twórców na swój temat, odpowiedział, że to wszystko jest w miarę nieuczciwe, bo każdy kompozytor z natury jest zazdrosny o innego kompozytora i każdy gdzieś tam szuka...

Każdy?

- Każdy artysta. Polega to na tym, żeby być zawsze przed, prawda? Od dziecka mnie uczyli tego, żeby się popisywać, być lepszym. Trzeba było najpierw zagrać gamę G-dur, a później koncert i było iluś konkurentów. Była też komisja. I te białe spodenki, białe podkolanóweczki, skrzypeczki, rany boskie. I trzeba było rzeźbić w tym, bo to wszystko szło pod punktację. Kto lepszy.

To cię emocjonalnie nie zżerało?

- Bardzo się bałem, żeby mi się ręka nie trzęsła, bo to jest trema paraliżująca. Ja jestem akurat przedstawicielem formacji paraliżującej (śmiech).

Sprawiasz zupełnie inne wrażenie - pełen luz...

- Podobno. Nie, nie. Miałem za dużo mądrych ludzi wokół siebie. I w tym dążeniu do absolutnego ideału...

Słuchałeś innych...

- Musiałem słuchać, ale ze mnie był bardzo głupi i rozkojarzony chłopaczek. Żeby nie dzieci kolegów mojego ojca, to... Na przykład Rysiek, który grał w Jazz Band Ballu, pierwszym zespole jazzowym w Polsce. Mnie to imponowało. On ćwiczył. Starałem się mu niejako dorównać. Później synowie Franka Zielińskiego, Jacek i Andrzej, którzy chodzili do liceum klasę wyżej - cały czas było, który lepiej, wiesz? Mówię o tym dlatego, że apogeum, jeśli chodzi o najlepszą jakość muzyki na świecie, miało miejsce przecież 300-400 lat temu. Tego nikt nie przeskoczy. Ci geniusze już się urodzili, napisali największe kawałki i teraz nie ma sensu z nimi...

Mówisz o Bachu?

- Mówię o Bachu, Czajkowskim, Mozarcie, Beethovenie i tak dalej. I dziś ci, którzy są muzykami i kończą szkoły, muszą wykonać to, co kiedyś stworzył geniusz. Wiesz, jakie to trudne?

Można też zagrać Chopina w filmie.

- I cały czas jest walka o to, kto jest większym artystą: czy kompozytor, czy aktor... Bo my żyjemy w takich czasach, że aktor grający Chopina w filmie uważa, że Chopin żyje i właściwie jest na premierze swojego filmu. I wszyscy lecą po autografy do aktora, który gra Chopina. A Chopin ze swoją muzyką stoi w kolejce. Tak się zrobiło.

Może tobie było łatwiej, bo byłeś lepszy od innych?

- Tylko dlatego, że zacząłem wcześniej chałturzyć.

Czy ty kiedyś w ogóle chałturzyłeś? Bo dla mnie chałturzenie to nie jest to, że zagrasz do kotleta, tylko że zagrasz do kotleta kiepsko.

- Nigdy. Im gorsze warunki, tym człowiek bardziej się stara, żeby nadrobić brak pogłosu, ścianę odrapaną, halę gimnastyczną, gdzie się gra, gdzie stoi rozstrojony fortepian, a na nim popiersie Lenina. Zamknięty fortepian oczywiście, żeby dzieci nie niszczyły.

O jakich chałturach w takim razie mówisz?

- Dla nas "chałtura" to było niepejoratywne. "Chałturzyć" znaczy zagrać tzw. dżoba w dzisiejszych czasach. Jeszcze wtedy nie było biznesmenów, białych skarpetek, BMW używanych i kredytów. Wtedy trzeba było uczciwie zapracować i na przykład grało się na fajfie chociażby w Feniksie czy w Jaszczurach w Krakowie. Mówiło się, że idzie się na chałturę. Ale to nobilitowało młodego człowieka, że on umie i chociaż improwizuje, więc jest w tym...

Dobry?

- Wiesz, czasem jest tak, że ludzie słyszą genialnego muzyka, ale na nich to nie działa. Im trzeba powiedzieć, że on jest genialny, i dać mu jakąś nagrodę. Wtedy wiedzą, że on jest genialny. Strasznie dużo jest rzeczy, które są pseudo, nadmuchane, żeby tylko było wydarzenie. I to jest zbójeckie prawo! Niech będą takie imprezy, tylko dlaczego nikt, k...a, nie słyszy, że ten facet nie musi wygrać żadnego festiwalu, żeby udowodnić, że jest świetny. Przecież to słychać. Tego trzeba się nauczyć, żeby odbierać, że on jest świetny.

Wszyscy się zachwycają tą twoją starą-nową płytą "1976: A Space Odyssey", a przecież ty zawsze potrafiłeś śpiewać...

- Bogu dziękować, tak. Żyję i mam dobrą publiczność, od małego do dużego. Poza tym "umię". Nie ma ściemy. Od razu ci powiem, żeby się "obronić" przed kolegami, że nie ma nic specjalnego w tej płycie. Została napisana 40 lat temu. Weszli muzycy do studia, zagrali, nikt się wtedy nie silił, żeby były hiciory.

Kiedy było ją trudniej nagrać: wtedy czy dzisiaj?

- Wtedy było łatwiej, dlatego że wszystko było jakby bliżej ludzi. Wiedziałeś, jaką sekcję zaangażować. Byli muzycy studyjni, wchodziło się, płaciło i było wiadomo, że to zagrają. Dla Polskich Nagrań nagraliśmy tę płytę. Nikt na nią wtedy uwagi nie zwrócił. Po 40 latach okazuje się, że ludzie potrzebują czegoś normalnego. Tak mi się wydaje. Bo to nie jest żadne aj-waj o rzeczach karkołomnych.

Porównują ją do podróży pociągiem: jedziesz, jedziesz i nie chce się wysiąść.

- Chyba chcesz mi zrobić przyjemność. Trzeba to obejrzeć na DVD i zobaczyć, jak się chłopaki bawią. To czar tej płyty.

Yhm.

- Ale dopiero jak usłyszałem na dużych głośnikach ten drugi numer z płyty, "Rzuć to wszystko co złe", który był teraz na pierwszym miejscu, to nagle sobie zdałem sprawę z tego, dlaczego tak się stało, że teraz to wróciło. Teraz wszystkie nagrania są robione selektywnie. Każdy instrument jest czyszczony, wszystko musi iść przez komputer, być prostowane. A to jest nagrany live i tam słychać oddech sali. Jak głośno tego posłuchasz, to nie ma plastiku, który idzie idealnie grany w radiu. To wszystko żyje. Ale to nie jest nic specjalnego, Małgosiu. Zaznacz to. To było napisane 40 lat temu.

A jednak młodzi ludzie zdecydowali: ta muzyka to czad!

- Wiesz, jest coś takiego jak utwory muzyczne i piosenki. Nam się udało napisać parę utworów muzycznych śpiewanych, które wchodzą w szuflady piosenki. Ale to, moim zdaniem, są utwory takie jak, nie chwaląc się, "Zacznij od Bacha", "Z Tobą chcę oglądać świat". Z muzyką, melodią, aranżem, instrumentacją. Ja robię wszystko sam. Jak piszę numer, to sam sobie aranżuję każdy dźwięk. Nie ma tak, że jeden maluje konie, drugi rycerzy, a trzeci niebo, bo jest w tym świetny. To jest robione przez jednego człowieka i może to ma wartość.

Może...

- Ma. Chociaż uważam, że dzisiaj mam świetniejsze utwory. Z tego się zrobiło wydarzenie. I coś, czego nie rozumiem. Mam nadzieję, że ty mi wytłumaczysz, na czym to polega.

Że?

- Że piosenki balladowe zagrane przez normalnych muzyków, bez grypsowania i bez technologii współczesnych, tak bardzo się podobają. W Katowicach na Off Festival przyszło parę tysięcy ludzi, a ja czekałem na moją porażkę sromotną. Bo to przecież rockowy festiwal. Pióra dotąd i wiesz (łęęę - Wodecki naśladuje dźwięk gitary).

Co do włosów, to akurat...

- No, wiesz, ale dłuższe. Łańcuchy... no, z całym szacunkiem. I nagle my mamy zagrać "Balladę o Jasiu i Małgosi", a tu stoi pięć tysięcy ludzi. Ale trzeba też powiedzieć, że nie każdy to wykona (śmiech). Tam są rzeczy, które wydają się nietrudne, ale...

Z jednej strony: "nie, nie byłem zdolny", a z drugiej: "ale potrafię to i to".

- No, tak jest.

Szczerość w tej rozmowie od 1 do 10, to...?

- Po to żeśmy się spotkali, żeby mówić szczerze.

To cieszysz się z tego sukcesu?

- Ja się bardzo cieszę, ale jednocześnie wstydzę.

Czego?

- No, może bardziej się dziwię, i muszę mieć szacunek dla ludzi, którzy okazali się muzykalni i potrzebują czegoś takiego jak utwory napisane 40 lat temu.

W ich graniu jest oddech, przestrzeń, twist.

- Trochę luzu. Może na tym to polega. Tam jest zabawa, nie ma tego mozołu, żeby się koniecznie popisać. Oni nie są gwiazdami, lecz geniuszami, którzy sobie siedzą, grają w piwnicy i zachwycają, ale nie są na pierwszych stronach koloraków.

Myślisz sobie: a jednak wyszło na moje. 40 lat minęło i...?

- (śpiewa) ...jak jeden dzień...

Ty chyba nie miałeś nigdy artystycznej zapaści...

- Nieee, miałem. Nigdy nie byłem piosenkarzem, za przeproszeniem. Zawsze byłem facetem w okularach, co to śpiewa i gra na skrzypcach.

Jakaś poza?

- Żadna poza. Zawsze chciałem być człowiekiem znanym i popularnym.

I jesteś.

- No tak. Chciałem być jak Młynarski. To jest gość. Nie musi robić z siebie widowiska.

Dlaczego chciałeś być popularny?

- Bo chciałem podobać się dziewczynom, imponować.

Podobałeś się?

- Niektórym chyba tak. Wiem, że miałem, i mam nadal, opinię casanowy. Kompletna bzdura. Oczywiście zdarzyło się parę zakrętów.

Jak się ma rodzinę, to trudno być casanową.

- No właśnie. Jak się ma żonę, taki zawód i jeszcze jest się ciągle na świeczniku, nie ma się czasu. Ja ledwo mam czas, żeby się uczesać, wiesz? (śmiech) Nie, nie, nie. To jakie było pytanie?

Już odpowiedziałeś. Niektórym się podobałeś. Ale czy podobałeś się tym, którym chciałeś się podobać?

- Nie było z tym najgorzej, ale mogło być lepiej. Wiem, że byli koledzy, którzy... Ja myślałem, że jak człowiek wyjdzie na scenę i zagra, to to jest mistrzostwo w uwodzeniu.

A nie jest?

- Gdzieś tak może jest, ale znajdź mi teraz kobiety, które ulegną czarowi tego, co produkujesz na scenie. Może są...

...mniej uczuciowe?

- O uczuciach mówisz? Ale początkiem uczuć jest chyba seks, nie? Przepraszam, najpierw muszą być uczucia, a potem seks. To już jest wyższa szkoła jazdy. Pokaż mi małżeństwa, które się utrzymały, idąc tą drogą, o której mówisz.

...

- No, bardzo mało. Są ludzie, którzy są, że tak powiem, skazani na siebie.

Skazani?

- Nie wiadomo, z czego to wynika: czy z niemożności, nieumiejętności, braku czaru, czy ze strachu? Że kobitka czy facet nie pójdzie w bok, bo się boi.

Słyszałam, że mężczyźni nie zdradzają z dwóch powodów: ze strachu albo dlatego, że im się nie chce.

- (śmiech) No, ze strachu, to się zgadza. Ze strachu przed konsekwencjami, nie? To jedno i drugie. A jeżeli chodzi o moją skromną osobę, to ja od początku byłem w grupie ludzi, którzy wszystko o sobie wiedzieli, i głównie żeśmy się spotykali po to, żeby coś wyćwiczyć i się popisać.

Ale o czym teraz mówisz? O kobietach?

- Tak. Najpierw bardzo się cieszyłem, że będę grał w zespole kameralnym, bo będą dwie koleżanki. Jedna altowiolistka, a druga wiolonczelistka.

Czyli jesteś typowym...

- Tak. Ale nie to, żeby do łóżka, bo to było na drugim planie, albo i na trzecim. Żeby dobrze wystąpić, dostać brawa, ukłonić się, zjeść kolację, gdzie już będzie więcej koleżanek i kolegów. W ogóle życie w grupie, rozumiesz? Cały czas od 16. roku życia byłem w jakiejś grupie ludzi razem pracujących. Może romanse się zdarzały, ale to normalna rzecz.

Nie było paparazzich, było łatwiej.

- Tak, do pewnego stopnia. A później pojawili się paparazzi i zaczęły się młyny, o których nie miałem pojęcia i które były sterowane nie przeze mnie, a przez innych ludzi. Dużo krzywdy to zrobiło, przede wszystkim rodzinie. Na szczęście to się uspokoiło. Wiem dlaczego, ale nie powiem.

Yhm. Cierpiałeś za niewinność?

- Bałem się tylko, żeby przykrości dzieciom nie robić. Strasznie nie lubię, jak się ludziom grzebie w prywatnej pościeli.

Teraz mówią o tobie bardziej w kontekście artystycznym, że jesteś polski Burt Bacharach.

- Bardzo chciałbym być jak Bacharach, bardzo. I pomyśleć, że to było tyle lat temu, kiedy on napisał "Raindrops..." (śpiew). Przepiękny numer (śpiew). Ale myślę, że w Polsce Bacharach by się nie przyjął.

Nie?

- Za dobry, za trudny. Ludzie tego nie czują. W Stanach być może to też jest niszowe, tylko że tam jest ta nisza olbrzymia. To nieprawdopodobne, że on był jeszcze chłopakiem, kiedy bajerował Marlenę Dietrich.

Nie podobała ci się?

- Poza tym, że jej się udało, to ona nic nie umiała. Śpiewała kiepsko, niskim głosem. Miała długie nogi, i to wszystko. Było wiele innych, fantastycznych kobiet, które były umuzykalnione i ładniejsze od niej, a odeszły w zapomnienie. Dietrich to zjawisko socjologiczne bardziej niż artystyczne.

Ile w tobie przez te wszystkie lata nadal ciebie?

- Dr. Jekyll i Mr. Hyde jest we mnie, jak Boga kocham. Ja to mam od dziecka.

Ty i Pszczółka Maja? Ty Dr. Jekyll, a ona Mr. Hyde?

- Bardzo często jest tak, że wychodzisz, trzeba się popisać i nie zawieść publiczności. Schodzi kolega. Zaśpiewał swoje numery świetnie, nie doszedł do kulis, a już było po brawach. Wiesz, jakie to bolesne? Bo szybko cisza się robi. I ktoś tam krzyknął: "Jedzie pociąg z daleka". Musiał wrócić, zaśpiewać.

Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Wodecki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama