Przejdź na stronę główną Interia.pl

Domagalik i Szyc

Borys Szyc – aktor filmowy i teatralny. Ma 38 lat, urodził się w Łodzi. Popularność przyniosła mu rola w „Symetrii‟ Konrada Niewolskiego, za którą w 2005 r. dostał Orła. Zagrał m.in. w takich filmach, jak „Vinci‟ Juliusza Machulskiego i „Kret‟ Rafaela Lewandowskiego. Za „Wojnę polsko-ruską‟ Xawerego Żuławskiego otrzymał nagrodę za pierwszoplanową rolę męską na festiwalu w Gdyni. Na premierę czeka „Kantor. Nigdy tu już nie wrócę‟ Jana Hryniaka. Od 2001 r. jest w zespole Teatru Współczesnego w Warszawie. Ma 12-letnią córkę Sonię.

Małgorzata Domagalik: Tutaj usiądź, dobrze?

Reklama

Borys Szyc: A mogę leżeć?

Możesz, chociaż teraz to słońce masz prosto w oczy.

- Nie, fajnie jest.

Podoba mi się, że od razu tak poczułeś się jak u siebie. To w naturalny sposób skraca dystans.

- Nie wiedziałem, że już jesteś, chciałem zobaczyć, jak wygląda tamten pokój, bo nigdy tu nie byłem.

Świetnie wyglądasz, młodo, buty też masz fajne...

- Dziękuję.

Późno się spotykamy, bo...

- Jeszcze nie byłem mistrzem.

Raczej chodzi o to, że swoją legendą zapracowałeś na to, że nie "rwałam się" do spotkania z tobą. Czekałam trzynaście lat (śmiech).

- Nie wiem, co takiego strasznego słyszałaś o mnie?

Że sodowa, że umawia się i nie przychodzi, że alkohol itd. Trochę sobie sam zapracowałeś na taką opinię...

- Na sodową chyba nie.

To ustawmy to inaczej. Może masz cechy charakteru, które są trudne do zaakceptowania przez innych. Na przykład, że jesteś rozkapryszony, niepokorny, że wszystko ci za łatwo przychodzi, że...

- Od dziecka słyszałem: tobie tak wszystko łatwo przychodzi. Mnie to wkurzało z jednej strony, ale z drugiej - masz rację - sam później podtrzymywałem taki mit. I myślę, że tym mogłem irytować.

Ale po co to się robi? Tak żeby irytować?

- Pewnie z niskiego poczucia własnej wartości. Zawsze chciałem być w centrum uwagi, rozśmieszać ludzi. Dopiero teraz, po wielu latach, zrzuciłem z siebie potrzebę zabawiania wszystkich, rozśmieszania na siłę...

...żeby mówili: fajny jest ten Borys?

- Tak, bardzo mi zależało, żeby mnie wszyscy lubili, byłem takim dzieckiem błaznem.

Byłeś miłym chłopczykiem?

- Myślę, że bardzo wdzięcznym blondynkiem, który był chorobliwie nadpobudliwy. Mama mnie sama wychowywała. Jeździliśmy na twórcze wakacje dla artystów plastyków do Ustki i tam...

To się chyba plenery nazywało.

- Tak, no i w pierwsze wakacje podobno w ogóle nie spałem. Przysypiałem tylko wtedy, gdy mama miziała mnie suchym pędzelkiem po twarzy, a gdy przestawała, ja znowu wrzeszczałem (śmiech). Ludzie wokół mówili jej: Karina, idź na spacer, odpocznij.

Ładnie ma na imię twoja mama. 

- Maria Karina Szyc. 

A ja, gdy cały przedział zasypiał i mama mówiła: proszę, śpij już, to ja odpowiadałam, że nie, bo muszę czuwać. Miałam 5 lat. 

- No, to jest bardzo ciekawe, coś musiało się wydarzyć w twoim dzieciństwie, może się bałaś o mamę. 

Może. A ty bałeś się o mamę? 

- Bałem się. 

Co drugi mój rozmówca - mistrz, mówi: ojciec nas zostawił, odszedł, nie było go, gdy go potrzebowałem. 

- Znam sporo osób z rozbitych rodzin, o czym wcześniej się nie mówiło, a nieposiadanie ojca jest mocnym upośledzeniem, zwłaszcza dla chłopaka. 

Nie wszyscy mężczyźni się do tego, jak to nazwałeś "upośledzenia", chętnie przyznają. 

- Nie muszą. Nie muszą tego robić publicznie, ale gdyby się przyznali wobec samych siebie, to byłoby dla nich zbawienne, bo to duża wyrwa psychiczna. Eichelberger napisał niedawno taki materiał o mężczyźnie bez ojca, że bardzo ważne jest, aby tego ojca odnaleźć, nawet jak on jest już starszym człowiekiem. I tak jak ty coś o mnie słyszałaś i nie chciałaś się ze mną spotkać, tak ja miałem to całe życie z moim ojcem. Dorosłem do tego spotkania dopiero teraz. Od dwóch lat jest mi ten kontakt potrzebny do ukonstytuowania siebie samego. Robię to dla siebie. Jestem ciekaw, kim był, kim jest ten facet, który jest moim ojcem. 

Doroślejesz i dziś i pewnie inaczej patrzysz na decyzje mamy, ojca. 

- Oczywiście, że tak. Przesunę się... o, teraz cię widzę. 

Tak? 


- Tak, muszę widzieć oczy. Nie wiem, jak inni, ale ja po prostu muszę odnaleźć swoją historię. Wcześniej tylko żyłem w jakimś przekonaniu, ale przestało mi to wystarczać. Zmagałem się też ze swoim życiem i doszedłem do wniosku, że pewnie jakimś istotnym elementem tego zmagania jest brak ojca. I że muszę wykonać jakiś ruch, żeby zrozumieć, co robię, gdzie jestem, kim jestem. 

Brak ojca, czyli nikt nie pokaże, jak się wbija gwóźdź, nie nauczy jeździć na rowerze? 

- Nie pokaże niczego. Wbić gwóźdź mogę się później sam nauczyć, to mały pikuś. Bardziej to, że nie pokaże ci, jak się mężczyzna powinien zachowywać - oczywiście według tego ojca - w sytuacjach, w których dojrzewa, jak się zakochuje pierwszy raz. Znałem tylko kobiecą wersję tych wszystkich zachowań. 

Mama musiała być czasami jak ojciec, patrzyłeś na nią i myślałeś, że facet tak by się nie zachował...? 

- Mama była niezwykle twarda. 

A ty byłeś takim mężczyzną w krótkich spodenkach? 

- Tak. Stąd pewnie wziął się mój zawód. Od dziecka chciałem być kochany, lubiany. Teraz jakby mam to porozkładane na części pierwsze, wiem, skąd się to wszystko wzięło. A nie mając u boku taty, nie masz pełnych wiadomości na jego temat. A przecież wszystko, co ci się przydarza pierwszy raz w życiu, to gdzieś zawsze z rodzicami zderzasz. Teraz kiedy mam córkę, widzę, że ja coś robię i daję jej przykład, a ona, mimo że nie ma na coś ochoty, robi to, bo widzi, że ja też wkładam w to jakiś wysiłek. Jeśli z kolei się czegoś bała, na przykład panicznie bała się pobierania krwi, to ja mówię: dobra, to ja zrobię to razem z tobą, będzie ci łatwiej. Dzięki temu, że ją mam, widzę, czego mi brakowało. Mimo że nie jestem z jej mamą, to staram się być przy ważnych wydarzeniach w jej życiu. Udaje mi się to, bo na przykład mówi o swoich uczuciach. A ma 12 lat. 12 lat! 

Rzeczywiście, 12-letniej dziewczynki nie zmusisz do niczego, jeśli sama nie będzie czuła potrzeby, żeby ci o tym powiedzieć...

- W jej głowie jestem obecny. To jest bardzo fajne i dla mnie bardzo ważne. Mnie tego brakowało. Chłopiec pewnie inaczej by to powiedział, inaczej tata by go zagadał o tę dziewczynę, ukochaną, inaczej mama. Ja nie chciałem wszystkich rzeczy mówić mamie. Z jednej strony bardzo się o nią bałem, kochałem nad życie, ale z drugiej przed chłopakami nie mogłem być maminsynkiem. Miałem więc w sobie gigantyczne rozdarcie, że też chcę być twardy, zawsze taki chciałem być przed kolegami. Całe życie się biłem, byłem bardzo niegrzeczny, natomiast bardzo dobrze się uczyłem, miałem genialne wyniki w nauce, ale zachowanie zawsze naganne. 

Chuligan z czerwonym paskiem. 

- Ale to zasługa mojej mamy, ona bardzo na to naciskała. Nasiedziała się ze mną i nade mną, bo mam też w sobie strasznego lenia. Ona się ze mną natrudziła, natrenowała i dzięki temu na przykład jeździłem konno, grałem w tenisa, pływałem. Wygrałem olimpiadę z geografii w podstawówce - wtedy były tematyczne olimpiady i pamiętam, że to była Australia i Oceania. 

Masz już kontakt z ojcem? 

- Tak. Dzisiaj, nomen omen, ma urodziny. 

Co by powiedział, czy byłby ze mnie dumny? Myślałeś tak przez lata o ojcu? 

- Nie. Jednak wszystko, co robiłem we wczesnym okresie życia, w czasie dojrzewania, nawet gdy dostałem się na studia... robiłem dla mamy i z nią chciałem to skonsultować, powiedzieć jej, żeby się ucieszyła. Ona duże wymagania mi stawiała. Ale patrząc też na ten mój "leniwy" gen, wielu rzeczy bym nie zrobił, gdyby mnie tak nie cisnęła. Natomiast zawsze szukałem ojca w różnych osobach wokół siebie, miałem jakiegoś starszego kolegę, przez moje życie paru takich facetów się przewinęło. I Krzysiu Materna nazywa mnie swoim synkiem, ja do niego mówię "tato", był i Maciej Englert, i Maciej Maciejewski i Daniel Olbrychski mówi mi "synku". I oni gdzieś mnie usynowiali, czyli musiałem wzbudzać takie uczucie, że lgnę i potrzebuję, jak myślisz? 

Nie ma co, fajnych ojców masz, tak myślę... 


- Miałem też od dziecka problem z autorytetami, więc bardzo ich szukałem. Szukałem w starszych facetach i najczęściej znajdowałem, i dostawałem od nich rady i recepty na życie. Od każdego coś brałem. Zresztą tę grę, którą podejmowałem - mówiłem do nich "tato" - oni bardzo szybko łapali. Ja się trochę wygłupiałem, jednak słowa "tato" przez długi czas nie używałem na serio. 

Teraz używasz? 

- Jak dzwonię do ojca, mówię: cześć, tato. Natomiast dla mnie jest to obce słowo. Jak pierwszy raz miałem powiedzieć "tata", a byłem w podstawówce, bardzo trudno przechodziło mi to przez usta. Czułem się głupio. Do tej pory jest to dla mnie pojęcie abstrakcyjne. Tak jak się nie ma brata albo siostry... 

Właśnie chciałam zapytać, czy gdybyś miał brata albo siostrę, umiałbyś się z nimi podzielić miłością mamy? 

- Trudno powiedzieć. 

Bo mama to twoje centrum świata... 

- Była nim, jak każda mama dla swojego dziecka. Ona jest moim, a ja jej. To taki bardzo zgrany team, oczywiście iskrzący. Sama wiesz, że to jest ktoś, kto potrafi cię wynieść w sekundę na szczyt, ale i zranić jak mało kto. Jednym słowem, spojrzeniem. Ja słyszę mojej mamy mruknięcia pod nosem - przecież dla niej to też musi być trudne, że ten jedyny, który był jej całym światem, jest już dorosły i musi odejść. 

Jesteś dorosły? 

- Poczułem to tak naprawdę dwa lata temu. 

Co się stało? 

- Przestałem pić. 

Zadam to pytanie i miejmy to z głowy. To są stracone lata? 

- Nie. Ale sporo straconych godzin i parę szans na pewno. To podstępna choroba. 

Nazywasz picie chorobą, byłeś już na takim etapie? 

- Oczywiście. Albo jest się chorym, albo nie. Potem są tylko etapy choroby. Jej przebieg wygląda jak sinusoida. Na jej dole jest dno, od którego się odbijesz lub umrzesz. Trzeba powiedzieć jasno i stanowczo, że to choroba śmiertelna. Bardzo trudna do leczenia. 

Niektórych twoich środowiskowych "kolegów", w co trudno uwierzyć, wkurza, że dałeś sobie radę. 


- Naprawdę? 

Łatwiej było powiedzieć: Szyc jest dobrym aktorem, owszem, i zaraz dodać: ale ma problem. To się wtedy jakoś bilansuje. 


- Spotykamy się teraz w takim momencie mojego życia, kiedy jestem po rocznej profesjonalnej terapii. I jestem trzeźwym alkoholikiem, bo jest to choroba, którą się ma do końca życia. 

Dał radę, czemu ja mam nie dać... Wiesz, jak ważne są dla ludzi słowa, które teraz wypowiadasz? 


- Mam nadzieję, że przeczytają to ludzie, którzy boją się o swoje życie i myślą, że już nie ma dla nich ratunku. Że wszystko jest bez sensu. O tej chorobie trzeba mówić, ale mówić mądrze, bez rozczulania się. Jej główny problem tkwi w samym chorym. Bez jego autonomicznej decyzji i chęci ratowania siebie nie da się nic zrobić. Alkoholik manipuluje też wszystkimi dookoła, żeby móc dalej pić. Otoczenie więc błędnie pojmuje chęć pomocy, kryje go, tuszuje jego wyczyny i straty, jakie czyni alkohol, ratuje jego "dobre imię", a tak naprawdę pomaga mu pić i przeszkadza przejrzeć na oczy. I koło się zamyka. Nikt cię nie uratuje, jeśli sam nie podejmiesz decyzji o wyjściu z nałogu. Sam musisz to swoje dno złapać, a każdy ma to dno gdzie indziej. Niektó- rzy nie zdążą, bo nie przestaną pić. Jest to trudna choroba, podstępna jak rak. Wkracza w każdy element twojego życia. Alkohol, gdy chorujesz, jest związany ze wszystkim, co robisz - kiedy wstajesz rano, jak oddychasz, jak się kochasz, jak jesz, kiedy jesz... 

Kiedy nie jedziesz samochodem... 


- Osiem lat nie jeździłem autem, zrobiłem prawo jazdy i od dwóch lat znowu jeżdżę. Jednym słowem - alkohol jest we wszystkim, a tobie się wydaje, że to twoje życie. Wydaje ci się niemożliwością przestać pić, bo to jest związane ze wszystkim, co robisz. A trzeźwienie to jest zmiana, zmiana, zmiana... 

Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy... 

- Oczywiście, to są różne mechanizmy - iluzji i zaprzeczeń, mechanizm dumy i marzeniowego planowania. To nimi kieruje się każda uzależniona osoba. Iluzja zaprzeczeń - alkoholik niczego nie widzi, a nawet, jak widzi czy słyszy, to wypiera, duma nie pozwala mu się przyznać, że jest alkoholikiem. Nie pije na przykład przez miesiąc alkoholu, bo się zaszyje, a tak naprawdę ta choroba to jest obsesja picia. Alkohol jest tylko skutkiem - to ci szkodzi, to cię zabija, natomiast choroba jest w twojej głowie. Nie umiesz o niczym innym myśleć, tylko o tym, żeby się napić. To połączenie choroby psychicznej z fizyczną. 

Upijałeś się na wesoło czy na demoluję lokal? 


- I tak, i tak. Piłem ponad 15 lat, przeszedłem przez wszystkie etapy. Dziś rozumiem, jakim byłem niegrzecznym chłopcem. Tak naprawdę poznałem siebie teraz, przez te ostatnie dwa lata. Widzę, że właściwie nie potrzebuję wielu ludzi dookoła. Jestem dosyć zamknięty. 

I nie... 


- ...nie zrobiłbym niektórych rzeczy, gdybym nie pił. Alkohol jest jednak przydatny, inaczej byśmy nie pili. W wielu rzeczach nam pomaga, na przykład w kontaktach, tylko że niektórym pomaga aż tak mocno, że nie umieją później bez tego żyć. Ja się czułem szczęśliwy, bo ludzie mi wtedy nie przeszkadzali, ze wszystkimi żartowałem, bawiłem się... 

Napić się z Borysem...


- Lubiłem ten styl życia. Całe życie podporządkowałem piciu. Mechanizm planowania - już kupowałem winnicę w Toskanii, mieszkania, domy, auta, osoby, miłości, wszystko układałem pod to. Ale robiłem też zawrotną jak na mnie karierę - jako młody człowiek tuż po szkole, mając 25, 26 lat, miałem mnóstwo pieniędzy, wszyscy mnie lubili, ale ja też to lubiłem... 

Żyć nie umierać... 


- Zawsze chciałem tak żyć. 

Nagle się okazuje, że życie jest też piękne, wesołe, i już nie muszę grać twardziela. 


- Tak, ale grałem jeszcze więcej, może to ta sodówa, o której mówisz, a jak sodówę zalewasz alkoholem, to gdzieś tracisz poczucie rzeczywistości. Alkoholik często czuje się równocześnie dużo lepszy od innych i dużo gorszy, czyli ma gigantyczne poczucie winy. 

Piekło w głowie... 


- Tak, generalnie piekło polega na tym, że nie masz emocji pośrodku, tylko albo jesteś w ekstazie, albo w depresji. 

Zdarzyło ci się na przykład nie pójść na spotkanie ze swoim dzieckiem? 


- Oczywiście, że tak. Zdarzyło mi się dużo różnych strasznych rzeczy, o których nie mogę zapomnieć. Mam to już przerobione. Teraz czerpię z tego siłę. 

Lepiej przerobić niż zapomnieć? 


- Ja mam przerobione - mówię o takich chwilach, które lepiej, żeby się nigdy nie wydarzyły. Suma tych zdarzeń to było moje dno. 

Często jeżdżę ulicą Mokotowską, koło Teatru Współczesnego, i wisi tam plakat z tobą - mówię o "Hamlecie". Często sobie myślałam, że jeżeli Szyc potrafi zagrać Hamleta i go "zrozumieć" - a u Szekspira każde zdanie jest jakąś cudowną, kolejną historią - to niemożliwe, że jest taki, jak o nim mówią. To się nie klei. 


- Mam nadzieję, że część ludzi mówi też o mnie inne rzeczy, może się spotykałaś nie z tymi, co trzeba (śmiech). Ale jest też parę osób, które poznałem w życiu i które mi pomogły, wyciągały do mnie rękę albo dawały po twarzy, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu - m.in. Maciej Englert, Agnieszka Glińska. Stawałem się też na moment granymi przeze mnie postaciami: Płatonowem, który jest takim wiejskim Hamletem, alkoholikiem, nieumiejącym sobie poradzić z kobietami. Bardzo utożsamiałem się z tą postacią już od szkoły teatralnej. Na drugim roku przyszła do nas Agnieszka, wówczas trzydziestoletnia, i zaczęła... 

Rozumiem, że 30 lat to atrakcyjny wiek dla kobiety, bo tak jakoś miło to powiedziałeś? 


- Powiedziałem to z takim sentymentem, bo wtedy to było poruszenie, że taka młoda osoba i na topie, i miała z nami zajęcia. Zaczęliśmy od Czechowa. 

Trzymając się Czechowa, czytałam, jak opowiadałeś, że kiedyś spotkałeś się ze studentami szkoły teatralnej z Rosji i powiedziałeś im, że jesteś królem życia i wtedy któryś z tych chłopaków zapytał, czy sobie przy okazji duszy nie ubrudzisz? Z drugiej strony, trzeba sobie trochę tę duszę ubrudzić, bo taka prosta autostrada do "nieba" raczej się nie zdarza... 

- Pamiętam moje myślenie sprzed lat, byłem wręcz przekonany, że je- żeli się nie utaplam w błocie życia, to nie będę miał z czego czerpać. Namiętnie się w tym błocie taplałem. Miałem w sobie bardzo dużo autodestrukcji, z której potem czerpałem. To był taki mój worek emocji, przeżyć, które wyciągałem na scenie, bardziej mówię o teatrze. Oczywiście w filmie się to zdarza, ale to w teatrze jest spotkanie na żywo z widzem, to tam możesz przeżyć coś w rodzaju sesji terapeutycznej. Dla mnie granie też było terapeutyczne. 

Nie odrzuca cię to, o czym często mówi na przykład Linda, że jak grał w teatrze i wchodził do garderoby, to widział, jak artystka niosła pietruszkę w siatce, a za chwilę przebierała się za Ofelię. Jemu to przeszkadzało, i ta powtarzalność. 


- Nie mam takiego uczucia. Ja to lubię. Dla mnie to jest magiczny moment - przejście z tego życia w tamto sceniczne. Lubiłem nawet, żeby ta granica była jak najcieńsza. Lubiłem pokazywać, że wejście w rolę nic mnie nie kosztuje. Nie lubiłem skupiania się przed rolą. Chociaż mam kolegów i jeden musi gdzieś wyjść, drugi robi 10 przysiadów albo gdzieś biegnie... 

Przysiady to robi P..., a skupia się A... 

- Ja właśnie o tym. To mnie zawsze bardzo śmieszy. Dla mnie ten zawód musi być uprawiany z radością. Musi być iskra w tobie, która powoduje, że chcesz się z ludźmi dzielić jakąś opowieścią. Ta iskra kojarzy mi się z radością. To jest pasja. I wtedy człowiek się nie męczy. Jak widzę, że facet się męczy na scenie, to ja się męczę razem z nim. Nie można też za poważnie tego wszystkiego traktować, bo to z założenia jest niepoważne. Wczoraj o tym z Maciejem Englertem gadałem. On z kolei powiedział, że trzeba to bardzo poważnie w pracy traktować, bo to, co robimy, jest tak niepoważne. Ja jednak lubię się w pracy wygłupiać. Teraz mamy próby do "Psiego serca" Bułhakowa. Czterech dorosłych facetów stoi na scenie i ja udaję psa, wszyscy udajemy, że robimy coś poważnego, a to jest dosyć śmieszne. Ale trzeba mieć też tę świadomość, do czego dążymy. Jest sporo młodych osób, które niedawno przyszły do teatru, a o których na pewno usłyszycie. Basia Wypych, Ewa Porębska, Mikołaj Chroboczek. 

"Kantor..." jest już skończony? 


- Jeszcze nie. 

Droga przez mękę... 


- Droga przez mękę. Mamy zakończyć zdjęcia w marcu, kwietniu. 

Jesteś zadowolony z siebie w tej roli? Charakteryzacja jest spektakularna. 


- Tak. 

Poznałeś kiedyś Kantora? 


- Nie, nie miałem nawet takiej możliwości. Natomiast on od dziecka istniał w moim życiu w opowieściach mamy. Mama i ojciec kończyli krakowską ASP, mama miała legitymację do Krzysztoforów podpisaną przez Kantora, która była relikwią w domu, i były opowieści o spektaklach Kantora. Widziałem fragmenty "Umarłej klasy", kiedy jeszcze byłem mały. W takim kulcie Kantora byłem wychowany. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że będę go grał.

Pamiętam, jak byłam małą dziewczynką, poszłam z dziadkiem do Muzeum Narodowego we Wrocławiu i pierwszy raz zobaczyłam obraz Kantora, do którego była przyklejona parasolka. Mój dziadek podszedł do dzieła bardzo sceptycznie, a ja byłam zafascynowana. A teraz siedzimy tu razem, a ty grasz Kantora. 


- Pomyślałem właśnie o swojej dziewczynie, bo powiedziałaś, że jesteś z Wrocławia, a moja ukochana jest z Wrocławia. 

Fajnie, że trafiła na taki, a nie inny moment twojego życia, prawda? 

- Dzięki niej też, tak myślę, ten moment się wydarzył. Była przy mnie wtedy, kiedy to wszystko się mieliło i gdy podjąłem decyzję, żeby coś zrobić ze swoim życiem. Jestem jej bardzo wdzięczny za to, że zdecydowała się na wspólną drogę prowadzącą do zmiany. Bo i ona musiała się zmienić, żeby zrozumieć, co się dzieje w naszym życiu. 

Jak ma na imię?


- Justyna. 

Szyc? 

- Jeszcze nie. 

Szyc i kobiety to, szczerze mówiąc, temat, który niespecjalnie mnie frapuje. Wolny mężczyzna, to i ma dziewczyny. 


- Nie ma tu co dodawać żadnej filozofii. Bo wtedy jest to rodzaj okładki dla kucharek i jakaś okładka... 

Albo dla kucharzy, żeby było równouprawnienie. 

- Tak, albo dla taksówkarzy (śmiech). 

Wracając do cytatów, lubię, jak mówisz, że kiedy się zmienisz, to cię bez tych twoich wad nikt nie pozna. Dla mnie jesteś dziś zaskoczeniem. 


- Cieszę się. 

No ale jakieś wady chyba ci zostały? 


- Pewnie wszystkie zostały, tylko nie trwam w chorobie, która wynaturza to, co ci się wydarza w życiu. Oczywiście nie chcę wracać do moich związków, na pewno skoro piłem, to też miało to na nie wpływ. Na pewno nie zmienia to też faktu, że byłem kochliwy. Nie umiałem się zdecydować. 

To wada? 

- Może rodzaj upośledzenia. Nie miałem ojca, więc nie widziałem, jak funkcjonuje związek kobiety z mężczyzną. 

Wierzysz w związki na całe życie? 

- Nie mogę, bo ich nigdy nie widziałem. Mogę powiedzieć, jak jest teraz. Spotkały się dwie osoby, które były ze sobą 15 lat temu przez rok. Byłem wtedy tuż po szkole, grałem w "Bambini di Praga" - to był mój debiut - i z Krysią Jandą w "Porozmawiajmy o życiu i śmierci", pierwszy Teatr Telewizji w moim życiu. Justyna była asystentką Jandy i tam się poznaliśmy. Była przy tym, jak wręczali mi pierwszego Felixa za debiut teatralny. Później nasze życie zupełnie się rozjechało - ona wyszła za mąż, ma dwójkę dzieci, ja mam dziecko, i nagle znowu się spotkaliśmy. 

Byłeś kiedyś mężem? 

- Nie. Spotkaliśmy się teraz, i takie oto dwie osoby zdecydowały, że chcą być ze sobą.

Mówisz jak ktoś bardzo dorosły. 

- Nie byłem na związki wcześniej gotowy. I wiesz co, dobrze, że my też te parę lat temu się nie spotkaliśmy, bo ja bym nie umiał z tobą gadać. 

Wiem, że to cię wkurzyło, ale z dziennikarskiej uczciwości musiałam ci powiedzieć, dlaczego się wcześniej nie spotkaliśmy. 

- Nie wkurzyło, myślę, że dobrze się stało. Starałbym się popisywać, jakieś głupoty bym gadał.

Z zainteresowaniem słucham tego, co mówisz. 

- Bardzo mi miło, dziękuję. 

W kontekście tego, co teraz mówisz, jeszcze bardziej doceniam twoje kreacje w "Hamlecie", w "Krecie", w "Symetrii"... "Enen" był jeszcze (Feliksa Falka - red.). "Vinci" (Juliusza Machulskiego - red.), lubię tę rolę. Do tego wszystkiego trafiam na kogoś, kto też uwielbia Prince'a.

- Moja miłość. Dlatego nagrałem płytę, chociaż czując hucpę w tym, tak go uwielbiałem, że pomysł doszedł do skutku. Płyta, co prawda, jest parafrazą z Jamesa Browna, "I Feel Good", ale tam jest też "Nothing Compares To You" i "Purple Rain". 

Ale ty wybijałeś już do rytmu, kiedy jako dziecko zakładałeś rajtuzki w zespole folklorystycznym. 

- W Harnamie to bez rajtuzków. To zespół pieśni i tańca, a nie balet. To były obertasy i inne.

Chłopiec nie wstydził się tańczyć?

- Z jednej strony byłem wstydliwy, ale z drugiej tak mi się to podobało, że jednak chciałem występować. To był krótki epizod. To są takie kody czasowe w moim życiu. Teraz zaczynam film z Pawłem Pawlikowskim. 

Gra z tobą też Tomek Kot? 

- Tak, i Joasia Kulig, ja i Agata Kulesza. 

Niezły skład. 

- No, opowieść genialna, ale póki co owiana tajemnicą produkcyjną. Film nazywa się "Zimna wojna", i tyle na razie mogę powiedzieć. Później u mnie muzycznie byli Michael Jackson, Prince, chciałem tańczyć nowocześnie. Chodziłem do młodzieżowej akademii tańca. To były breakdance, hip-hop. 

Zobacz, tu na karteczce napisałam sobie: "Szyc w graniu ma taki »piłkarski ciąg« na bramkę". Chociaż ciągu na bramkę w dosłownym znaczeniu nie miałeś? 

- W ogóle mnie ten sport nie interesował, ja jeździłem konno 15 lat, skoki przez przeszkody, grałem też w tenisa. Przez moment byłem zawodnikiem MKT Łódź. Bo ty jak coś, to już z osiągiem? No tak. Nie umiałem też nigdy tańczyć w parze, tylko w kółku, i ja w środku (śmiech). To możemy sobie ręce podać, ale tak zwane lepaki znałeś? Czyli że przytulańce? No jasne. Natomiast piłka nigdy mnie tak nie wciągnęła. Teraz lubię, oglądam, interesuję się, ale może wynika to z tego, że chłopaki tak grają, że jest kogo oglądać. Byłem na paru meczach. A mógłbym cię zapytać, czy byłaś na CSIO w Sopocie na skokach? 

Nie, ale dzisiaj będę oglądała MMA. Byłeś kiedyś na KSW?

- Tak.

Zdziwiło mnie, że w telewizji to jest bardzo brutalne - te zbliżenia, krew, wszystko, a tam, na miejscu, jest przede wszystkim taka zwierzęca siła. 

- W ogóle w tym miejscu tworzy się taka energia, testosteron wisi w powietrzu. Poza tym słychać co chwilę jakieś bójki z trybun, ktoś się napierdziela z kimś. Przepraszam, że to zrobię (Borys Szyc wyciera nos). 

Nie wiem już, w jakim kontekście to powiedziałeś, że facetom kiedyś nie przyszłoby do głowy, żeby zakładać nogę na nogę. Ty jesteś dobrze wychowany z mamy?

- Z mamy. No, teraz to tak siedzę... 

Właściwie leżysz na kanapie, ale dziś są inne czasy. 


- Taką przyjęliśmy konwencję, ustaliliśmy na początku.

Ale to jednak fajne było, jak kobieta wchodziła do restauracji albo wychodziła na chwilę przypudrować nos, wracała, a mężczyzna wstawał. 


- To jest nadal piękne. Aczkolwiek kobiety, generalizuję, też walczyły o to, żeby tak było, jak jest dziś. Ten wszechobecny trend, że ma być równość we wszystkim, emancypacja kobiet, feministki i Kazia (Szczuka - red.), która nie da się pocałować w dłoń, to gdzieś ma wpływ na ogół. A wiadomo, że jak człowiek jest leniwy, to wybiera wersję taką, która mu odpowiada, a większość ludzi jest leniwa, więc przyjmuje wersję, że może kobiety tak chcą, że nie należy im usługiwać, podawać płaszcza. 

Należy. 

- Też tak uważam. Ja uwielbiam założyć płaszcz mojej kobiecie, przy okazji mogę jej dotknąć i poczuć jej zapach. Czy to nie jest cudowne? 

Mówisz jej to wtedy? 

- No pewnie, za uchem ją wtedy całuję. 

To wspaniałe, jak ludzie się kochają... 

- Tak naprawdę to te małe gesty podtrzymują cały czas atmosferę. 

Czy to moment, w którym Borys Szyc wraca do gry? 


- Tak myślę. Nie chcę robić takiego nagłówka, ale na pewno wróciłem do gry w życiu. 

O tym mówię. 

- Tak szybko i niespodziewanie dla mnie wróciło to wszystko, co już zacząłem tracić, że aż teraz poczułem wzruszenie. Naprawdę, nie żartuję. To jest wzruszające, że tylu ludzi gdzieś na mnie czekało. 

Czekało? 

- Tak. To dlatego ta choroba jest taka ciężka, bo ludzie nie umieją z tobą o tym porozmawiać, odpuszczają sobie albo się wstydzą, albo jest im głupio. 

A ci, którzy atakują, drążą temat, to tych odsuwasz? 

- Uważasz ich nawet za wrogów, to takie podstępne kur...o, gówno. I dlatego powinno się uświadamiać ludziom, że można walczyć i mówić, jak to robić. Bardzo szybko poczułem, że mam zwrot od świata, że dobrze zrobiłem, że fajnie, że jestem, że jednak chce mi się żyć, a nie umierać. 

Pamiętasz, co mówiłeś, jak stałeś przed komisją egzaminacyjną do szkoły teatralnej? 

- Czechowa. Taki fragmencik chyba z "Niedźwiedzia" i mówiłem do Jana Englerta, miałem też "Tren Fortynbrasa", coś Słowackiego, "Pana Tadeusza" kawałek, piosenkę miałem góralską - zaśpiewałem "Hej, Janicku, siwy włos, co do nas nie zajrzy los, hej, czy się mamy boisz i czy o mnie nie stoisz". I pamiętam, że profesor kazał mi potem dodać taki ruch, że niby na basetli gram. I ja tak naiwnie dodałem, i zacząłem to robić na egzaminie, i do tej pory widzę twarz Grześka Małeckiego, który pada ze śmiechu, bo studenci mogli to oglądać (śmiech). I nabijali się ze mnie, a ja robiłem się taki czerwony. 

Też fajny aktor. 

- Bardzo i superczłowiek. Dużo fajnych historii razem przeżyliśmy. 

Był taki film, na podstawie powieść Saganki "Witaj, smutku". Ty często mówisz, że w środku, gdzieś tam głęboko, stale nosisz jakiś smuteczek, ale czy dzisiaj nie spełnia on już trochę innej roli w twoim życiu? 

- Przede wszystkim kiedyś uważałem, że tego smutku nie mogę w sobie mieć, więc z nim walczyłem. Walczyłem w najszybszy dostępny mi sposób, żeby się go pozbyć. A teraz rozumiem, że jak każda emocja ten smutek też mi jest potrzebny. I muszę dać sobie czas, żeby go przeżyć. 

Żeby być uczciwą z tobą, to kiedy mówimy o alkoholu, to nie możemy wylać dziecka z kąpielą i dlatego uważam, że jedną z przyjemności jest też smak dobrego wina. 

- Alkohol jest generalnie dla ludzi. Poczułaś się trochę nieswojo? 

Zaczęłam się zastanawiać, czy to powiedzieć. 

- Różnica pomiędzy piciem alkoholika a osoby zdrowej jest diametralna. 

Zostawmy to... 

- Nie, fajnie, że o tym powiedziałaś. 

Jest za dwadzieścia czwarta, jesteśmy na 40. piętrze, Warszawa już prawie by night. 


- Tylko mogłoby być bardziej biało. Bardzo lubię wtedy być w Sopocie. To jest ten moment, kiedy Sopot jest fajny. Molo takie trochę zamarznięte, łabędzie biegają. Cofasz się w latach i Grand Hotel inaczej wygląda, nie ma tych bud kolorowych, tych gofrów. 

To jak już znasz te wszystkie didaskalia naszej rozmowy, to proszę, rzuć jakieś słowa, które kojarzą ci się z tym, co dzisiaj sobie powiedzieliśmy. 


- Z całą naszą rozmową? Wreszcie. 

Nareszcie. 

- Spokój. 

Spokój. 

- Radość. 

Tak bardzo się cieszę, że cię spotkałam, zresztą chyba to czujesz. Cieszę się, że po 13 latach... 


- Jeszcze ci powiem, że jak usłyszałem, że jest telefon z PANI i będzie rozmowa z Małgorzatą Domagalik - "Mistrz i Małgorzata", to ja mówię, jaki "Mistrz i Małgorzata"? Ja robię "Psie serce" (śmiech), z książką mi się to skojarzyło. Wyszło nowe tłumaczenie. 

Dostałam od Nergala z dodanymi fragmentami wyrzuconymi wcześniej przez cenzurę, to to? 


- Nie, wyszło nowe. Kupiłem dopiero i jestem ciekaw. Chociaż stare tłumaczenie jest tak genialne, że trudno mi sobie wyobrazić, że to będzie lepsze. 

Wspaniała książka, a czasy nadal ponure... 

- Wiem, dlatego robimy "Psie serce". Sztukę, w której pies sczłowieczał, i to jest najgorsze, co mogło się temu psu przydarzyć. 


MAŁGORZATA DOMAGALIK, PANI 2/2017

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje